dzieci

Przyjemności weekendowe

piątek, stycznia 20, 2017


Nim się człowiek obejrzy zaraz i prymulki i glicine i fiołki zakwitną, a tymczasem śnieg się powoli roztapia i kolejny styczniowy tydzień przeleciał raz dwa trzy. Nawet jeszcze nie pokazałam wszystkich zeszłoniedzielnych migawek, a tu już następny piątek i nowe plany. Znów czeka nas wiele atrakcji. W miniony weekend było towarzysko, kulinarnie i kulturalnie, najbliższe dni natomiast też zapowiadają się smakowicie - przy pysznym jedzeniu i w wyjątkowym towarzystwie. Nie zdradzę jeszcze co, gdzie i z kim, o tym opowiem po fakcie, a na zakończenie tygodnia zostawiam kilka zaległych migawek.


W minioną niedzielę odbył się obiad dla wszystkich wolontariuszy pracujących przy sagrach kasztanowych. Zaproszeni zostali więc również moi chłopcy, a ja trochę na gapę wraz z nimi. 
Przy tagliatelle i tortelli spędziliśmy wesoło pół niedzieli. Wszystko było pyszne, towarzystwo przy stole doborowe, a atmosfera tak ciepła, tyle dobrych słów, że na samo wspomnienie uśmiecham się do siebie.


Całe popołudnie natomiast spędziliśmy w teatrze. Tym razem w repertuarze był spektakl o przygodach Shreka, dedykowany głównie dzieciom, przygotowany przez grupę z sąsiedniego miasteczka. Moi chłopcy niby już nie takie znowu dzieci, ale bardzo do teatru iść chcieli, bo już miejsce jest przyjemnością samą w sobie. Nie licząc rodziców, byli chyba w najstarszej grupie wiekowej, ale wyszli zachwyceni niemniej od maluchów. Rzeczywiście było zabawnie. Coś się działo, wyszliśmy z domu, byliśmy razem. To wystarczy.


 Oto nasze życie na toskańskiej prowincji. Nawet w styczniu w zimowym uśpieniu nie brakuje atrakcji. Dlatego nie można tej prowincji nie kochać.

cisza

Życie na prowincji

piątek, grudnia 04, 2015


13.00. Na drodze do Marradi pusto, ledwie jeden samochód mija mnie nim dojdę do miasta. Przebieram nogami najszybciej jak umiem, świńskim truchtem albo krokiem gejszy, jak kto woli. Zerkam co chwilę na zegarek i zaklinam w duchu, żeby mi tylko poczty o 13.20 nie zamknęli. 
Nareszcie! Dopadam do okienka, kiedy w środku panuje już atmosfera południowego rozluźnienia, w ostatniej chwili! Załatwiam to, co mam załatwić i już spokojnym krokiem kieruję się znów w stronę domu.    



Teraz mam czas, by przystanąć, zrobić zdjęcie, zwyczajnie się pogapić na fasady, okiennice, świąteczne dekoracje. Już się nigdzie nie spieszę. Miasteczko się zatrzymało. Wygląda teraz jak królestwo z bajki o śpiącej królewnie. Żadnego ruchu. Cisza. Życie schowało się w domach. 
Sklepy oczywiście już zamknięte. Po zakupy będę musiała wrócić po południu. Nim przyzwyczaiłam się do tego rytmu, minęło trochę czasu. Ależ mnie kiedyś irytowało to zamykanie wszystkiego w południe, ale teraz wiem, że ma to swój sens i że wszystko jest tylko kwestią organizacji. Ktoś, kto pracuje w banku, w sklepie czy w innym przybytku w małym, włoskim miasteczku, w południe zamyka kasę i idzie do domu zjeść obiad. Jest czas na oddech, na to, by pobyć z dzieckiem, chwilę odpocząć. Wydaje się to całkiem naturalne i takie ... ludzkie. Jesteśmy przecież ludźmi, a nie trybikami wielkiej machiny, która ma być w ciągłym ruchu.


O ile wcześniej minął mnie jeden samochód, to teraz droga jest kompletnie pusta. Wszyscy są pewnie w domach, przy stole. Zatrzymuję się znów nad rzeką, na przeciwko Castellone i kościoła na Cardeto. Życie biegnie tu innym rytmem. Wolniej, dokładniej, prawdziwiej. Włoski dzień na prowincji... wycisza i uzależnia. Pozwala schronić się przed chaosem, pędęm, gonitwą. Uczy pokory i innej organizacji codzienności. Pozwala celebrować życie w najdrobniejszych szczegółach.


Na zdjęciach wczesne, czwartkowe popołudnie. Cisza, niezgasła całkiem zieleń, toskański grudzień.

CHIUDERE - ZAMYKAĆ (wym. kiudere) 

dzieci

Tańczący z wilkiem

niedziela, listopada 15, 2015


Ludzie czasem komentują z przekąsem - czego oni się na tej prowincji nauczą? Przecież tam szkół dobrych nie ma, możliwości ecc... 
Krytykują, bo według większości dobra szkoła, to teraz ta, co stoi wysoko w rankingu. Krytykują bo odgórnie założyli, że włoska szkoła jest zła. Utrzymują też, że prowincja niczego nie nauczy. 
A ja patrząc dziś na moich chłopców, dorastających na tej toskańskiej prowincji śmiem to wszystko podważyć. Teraz po dwóch latach widzę, czego się nauczyli, ile przełamali lęków, że jeszcze bardziej rozwinęła się w nich wyobraźnia i wrażliwość.   


- Mogę go pogłaskać? 
- Możesz.
Podchodzi nieśmiało, bo jednak wilk to wilk, robi wrażenie na dorosłych, więc tym bardziej na dzieciach. Mikołaj trzyma się chwilę dalej, za plecami brata. Ale tylko chwilę. Potem już następuje seria najcieplejszych czułości.
Pamiętam, jak na początku bali się wszystkiego, nawet własnego cienia. Teraz wiedzą, że lęki trzeba oswoić, że wiele z nich jest całkiem niepotrzebnych.  


Po przedwczorajszych wydarzeniach, jeszcze bardziej cieszę się, że dorastają z dala od wielkiego świata. Choć wiem, że niestety nie mam takiej mocy, by ochronić ich przed całym złem, to jednak mam poczucie, że tutaj żyją lepszym, spokojniejszym życiem. 


Życie tu w żaden sposób ich nie ogranicza, każdego dnia zadziwia mnie ich wiedza, ciekawość świata, otwartość. Coraz częściej to ja uczę się od nich. 
- Mamusiu wiesz w co się teraz bawimy z F? 
- Nie, w co?
- Ja jestem Carlo Magno, Mikołaj to Enea, a Filippo to Alessandro Magno.... (Karol Wielki, Eneasz i Aleksander Wielki). 
Opowiada mi z pasją historie zasłyszane, przeczytane i zaraz znajduje w nich inspirację do wspaniałej zabawy. A ja? Ja taka kiedyś mądra i oczytana, coraz częściej oczy wybałuszam, słuch wytężam, sama idę doczytać, szukam i zgłębiam, żeby za nimi nadążyć ... 
Jak to było? Że niby prowincja ogranicza? Dobre sobie!
Wraz z Enea i Carlo Magno życzymy Wam dobrej niedzieli. 


WILK to po włosku LUPO (wym. lupo)