praca

A zatem dobrej nocy...

poniedziałek, lipca 29, 2024

Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

Tak właśnie było - czyli nie było! Nie było czasu na poranny wpis, bo dzień wypełnił się bardziej, niż plecak na  bagaż podręczny, kiedy leci się z Ryanairem. Lekcja, zdjęcia na zamówienie, wycieczka do Ravenny z moimi Gośćmi, przystanek nad morzem, pożegnalny kieliszek wina, przyjazd bolońskiego dziecka, lekcje na dzień kolejny, kilka porad on line i jeszcze próba przeczytania i sprawdzenia aktu notarialnego, ale tu... Tu już mózg posłuszeństwa grzecznie odmówił. Mało tego - posłał mnie do stu diabłów. Mózg nie jest w końcu taki młody i zna swoje granice.

Nawet jednego słowa długopisem dziś nie napisałam... 

Było za to dużo słów mówionych. Słów szczerych, ciekawych, słów współodczuwających, słów zrozumienia, słów do śmiechu, słów niosących nowe, słów inspirujących, porozumiewawczych, słów "nie na wiatr". 

Wiatr był tylko we włosach u schyłku lipcowego dnia i to była radość wielka, bo w ogóle nie myślałam, że do Lido dziś zawitam. Pewnie w wakacje już w ogóle mi się to nie uda w celach relaksacyjno prywatnych, to choć przez chwilę mogłam się tam znaleźć będąc "w pracy". I to było cudowne. Ach ta woda w temperaturze lekko przestudzonego rosołu! 

Wieczorem na zakończenie czasu w miłym towarzystwie był też toast za moje urodziny, bo kto mi zabroni świętować już dwa dni przed czasem?? Dodatkowo od dziecka bolońskiego spłynął w moje ręce pierwszy (podobno nie ostatni!) prezent. 

Jutro jeszcze nie zwalniam w moim letnim kołowrotku, ale jutro, kiedy już uporam się z lekcjami, chcę się tylko cieszyć dziećmi. A właściwie to chcę to cieszenie zacząć już dziś, a zatem dobrej nocy! 

praca

Nowe zadania, zagadkowe miejsca i wspomnienie starych marzeń

niedziela, lipca 28, 2024

Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

Gdybym zadała zagadkę - częścią jakiego domu czy też domku jest to zdjęcie? - pewnie minęłyby całe lata świetlne, a i tak nikt by nie odgadł. Dziś jeszcze zdradzać nie będę, bo to jest temat, do którego emocjonalnie muszę się nastroić. Temat dla mnie niełatwy. To zupełnie coś innego niż pisanie o kwiatkach, górach, Modiglianim czy dojrzewających pomidorach. Całą sobotę wypełniły kadry przedziwne. Trafiłam do miejsca, którego do tej pory do końca nie potrafię zrozumieć - to znaczy zrozumieć wszystkie jego detale, połączone w przedziwnym, niemal absurdalnym koktailu. Z drugiej strony cieszę się, że to miejsce udało mi się znaleźć, bo mam nadzieję, że tym sposobem stanęłam na wysokości zadania, jakie zostało mi powierzone kilka miesięcy temu. Reaserch - co innego kiedy robi się go dla siebie, a co innego dla innych i to w trudnym dość temacie. Hmmm powiedziałabym nawet - w bardzo trudnym. 

Ostatnie dni są bardzo intensywne. Ta sobota była intensywna do kwadratu, ale i tak największa intensywność spodziewana jest dziś. 

Jednym z moich marzeń dawno temu w czasach stania u progu dorosłości, kiedy już pogodziłam się z tym, że Akademia Sztuk Pięknych ma za wysokie progi na moje nogi, było dziennikarstwo. Jednak i z tego marzenia szybko musiałam zrezygnować, a powodem - tak jak przy Akademii - były prozaiczne finanse. 

Dziś jednak na chwilę być może wcielę się w rolę quasi dziennikarza. Z jednej strony to ekscytujące, ale z drugiej mam chyba tremę, choć żadnych wywiadów z nikim przeprowadzać nie będę. Moim zadaniem będzie stać się niewidoczną, a to przez lata chowania się za monitorem komputera wychodzi mi chyba całkiem nieźle.
 
Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

Poza różnymi dziwnymi miejscami, poza poszukiwaniami i zadaniami z serii "mission impossible", był też czas na miejsca w oczywisty wspaniałe, prosecco, na smaczny obiad gdzieś w trasie, na wymianę doświadczeń. 

Dobrego dnia! A kto dziś pracuje, tak jak ja, temu dobrych pracowych wiatrów!

Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej
Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej
Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej


praca

Praca solo, pomoc deszczu i Lamone wizjonerka

sobota, lutego 10, 2024

Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

Dokładnie trzy lata temu o tej samej porze też zachwycałam się szmaragdowym kolorem rzeki. Widocznie luty to jej najbardziej spektakularny moment. Można powiedzieć, że gra kolorów wartkiej Lamone jest metaforycznym preludium rychłego rozkwitu natury. W wodzie odbija się przyszłość kolorów... 

Tylko dwa kadry złapane przelotem i to nawet nie Nikonem, tylko zwyczajnie telefonem. Ot tyle, żeby mieć pamiątkę samotnego spaceru. Zupełnie jak trzy lata temu - historia wciąż zatacza koło, rownież w kwestii zachwytów.

dom z Kamienia Kasia Nowacka, blog o życiu w Toskanii

Piątek nie był aż tak deszczowy jak miał być, ale jednak do długiego wędrowania nie zachęcał. Niestety cały plan piątkowego obiadu z przyczyn niezależnych trafił szlag. Znów miałam poczucie, że jak sobie robię wielkie plany i się na te plany cieszę jak wariat, czy też jak się nimi w dobrej wierze naiwnego dziecka chwalę, to dostaję przytyczka w nos. Może więc lepiej z tymi planami się nie obnosić?

Zostałam w domu, z marszu uwinęłam się z moimi ulubionymi spaghetti, bo głodna byłam jak nie wiem i zaraz zabrałam się do pracy. Rozpłaszczyłam się przy komputerze i tkwiłam tak już do wieczora.

Dużo w czasie ostatnich miesięcy miałam refleksji na temat pracy. Dużo przy tym życiowych lekcji - czasem bardzo bolesnych. Dwa tygodnie temu ostatecznie dotarło do mnie, że jednak najlepiej jest działać w pojedynkę, bo tylko na samą siebie mogę liczyć na sto procent i tylko sobie samej ufam do końca. Oczywiście nie mówię o działaniu wspierającym bliskich - to jest na wagę złota i dobrze jak za człowiekiem stoją ludzie. Jednak poza tym u steru lepiej stać w pojedynkę. 

Najlepiej wychodzi mi od zawsze to, co wypracowałam sama. Uświadomiłam sobie ostatnio, że w tym roku mija dwadzieścia lat od mojego pierwszego poważnego spotkania z językiem włoskim i dziesięć lat odkąd ja sama uczę tego języka innych. Pomyślałam, że takie piękne rocznice trzeba w szczególny sposób uczcić i zdecydowałam się wcielić w życie to, co niektórzy moi uczniowie sugerowali już nie raz. Kończę właśnie przygotowywać ofertę warsztatów językowych na jesień. Jak tylko będzie dopięta na ostatni guzik - deszcz mi w tym pomaga, wytapetuję nią wirtualny świat. Jednocześnie przepraszam za ofertowy falstart sprzed dwóch tygodni. 

Ponieważ grafik wakacyjny coraz gęściej się zapełnia, przypomnę, że kto planuje w najbliższym roku marradyjski przystanek, lepiej żeby nie zwlekał do ostatniej chwili z rezerwacją miejsc, zwłaszcza jeśli myśli o miesiącach letnich. Ja już dziś cieszę się na wiele przyszłych spotkań.  

Pulcinella - czyli karnawałowy front złej pogody - bawi się w najlepsze, a luty cichutko, cichuteńko odfajkował już pierwszą dekadę. 

Dobrego sobotniego wieczoru!

 

praca

Na kreatywnym głodzie

niedziela, grudnia 03, 2023

Dom z Kamienia blog Kasi Nowackiej

To się święta Bibiana popisała! A niech ją! Po nocnych ulewach i wichurach, które miały potrwać do wczesnego ranka, wszyscy spodziewali się dnia tonącego w słońcu. Tymczasem wichry i ulewy wypełniły szczelnie cały dzień, zupełnie jak ta bura woda, która wypełniła po brzegi koryto Lamone. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w dawnych przysłowiach nie ma nawet krztyny prawdy.

Na szczęście niedzielny poranek obudził się bez deszczu i co ważne - nawet wiatr się uspokoił, a to na początek tego dnia jest najlepszą wiadomością, bo do dzisiejszych planów dobra pogoda jest nam niestety niezbędna. Pogodowe kwadraciki obserwowałam w tym tygodniu z zapartym tchem, a kupno biletów przeciągałam ryzykownie chyba do środy, czując się przy tym jakbym grała na giełdzie. 

Ale wystarczy już o pogodzie! Chłopcy zwrócili mi kiedyś uwagę, że tylko starzy ludzie rozprawiają o pogodzie i chyba coś w tym jest...

Miałam plany na długi spacer w sobotnie popołudnie, ale jak łatwo się domyśleć, musiałam te plany zmodyfikować i ostatecznie bez większego żalu przykleiłam się do kanapy, do książki i do komputera. 

Po głowie tłukło mi się mnóstwo twórczych idei. Tak wiele jeszcze chciałabym zrobić, a jedynym co mnie w tej chwili ogranicza jest czas, a dokładnie jego brak. Co chwilę rozpisuję w "roboczych" kolejny spontaniczny konspekt, żeby go kurz niepamięci nie przykrył, ale potem i tak nie mam czasu do niego przysiąść. Mam w sobie irytującą potrzebę ciagłego wymyślania rzeczy nowych. Moja głowa nie potrafi się zatrzymać. Łapie milion koncepcji i z każdą chciałaby coś zrobić, tylko to się nie zawsze udaje. 

Odkąd jestem w Biforco robię wszystko, żeby każdy kolejny rok przynosił mi nowe doświadczenia i wyzwania. W tym roku był YouTube, a co przyniesie nowy rok? Kilka planów jest już w powijakach i chciałabym, aby pięknie rozkwitły. 

Dom z Kamienia Kasia Nowacka blog

Jestem uzależniona od tego rodzaju adrenaliny - od twórczej adrenaliny, jestem na wiecznym głodzie kreatywnych działań. Pomyślałam sobie wczoraj, że ja nie nadaję się zupełnie do klasycznych schematów. Do szczęścia potrzebuję zmian, impulsów i wychodzenia ze strefy komfortu. 

Kiedy idzie się z wiatrem, pewnie jest dużo łatwiej, bo wiatr sam niesie, więc wysiłek jest mniejszy, ale też - jeśli niesie wiatr, to niesie tam, gdzie on chce i jak chce. A ja chcę tak jak ja chcę, po mojemu, więc idę zwykle pod wiatr i czasem aż brakuje tchu, aż mnie zatyka, ale to są emocje i poczucie siły, które dają właśnie tą wspomnianą, upragnioną adrenalinę. Poza tym, kiedy idzie się pod wiatr - włosy zdecydowanie ładniej się układają...

Wystarczy już tych filozoficznych wywodów. Czas na poranną jogę i w drogę (powiało wielką poezją). Pięknej niedzieli!

GŁÓD to po włosku FAME

Ps. Ponieważ ostatnio znów opętała mnie muzyka, a dokładnie kilka utworów, których słucham na okrągło, to może z okazji niedzieli podzielę się nimi z Wami. 

Ps2. Dawno nie było, więc znów nasz film podklejam:



praca

Ile srok można trzymać za ogon?

środa, kwietnia 26, 2023

Dom z Kamienia blog

Gdybym wiedziała, że spotkają mnie takie cuda, na pewno na degustację w ulubionej winnicy, która jest częścią programu warsztatów zabrałabym aparat. Nie chciało mi się go tachać, bo pomyślałam sobie - no ile można?? A tu masz ci los, zupełnie niespodziewanie tam, gdzie kończą się długie szpalery winorośli pojawiły się pierwsze w tym roku kwiaty ginestre

Fotografowałam je często na początku maja, ale w końcówce kwietnia chyba jeszcze nie. Na ich zapach musimy oczywiście poczekać, bo do tego potrzeba słońca, a ono tej wiosny nieco kaprysi. 
Najważniejsze jednak, że ginestre już kwitną. 

Konsekwencją ich rozkwitu będzie moje coroczne przynudzanie. Oznacza to, że zaraz włączy mi się mantra lub jeśli ktoś woli oklepane slogany w stylu: "zabutelkować najpiękniejszą porę", "zatrzymać słodki zapach", "oddam cały listopad lub grudzień za dodatkowy maj bądź czerwiec".

A tak całkiem poważnie - jak nie kochać ginestre?? 

Dom z Kamienia blog

Degustacja i zwiedzanie winnicy dobiegły końca. Warsztaty już za półmetkiem. Czeka nas jeszcze kilka atrakcji i mam nadzieję, że kolejne dni dopiszą nowe zwrotki do ody radości i entuzjazmu. 

Tymczasem ja czuję, że moje baterie powoli się wyczerpują. I nie chodzi o warsztaty, bo te są piękną przygodą i oby po nich były kolejne i następne i tak dalej... 
W moim przypadku chodzi o bezlik pozostałych zajęć. Jeśli człowiek zajmuje się jedną tylko rzeczą, może dwoma, to nie ma w tym nic trudnego, jeśli natomiast trzyma w "garści piętnaście srok" albo nawet "sto piętnaście", to wcześniej czy później głowa zacznie odmawiać posłuszeństwa. 

Wędrowałam dziś przez chwilę sama w stronę Marradi i zaczęłam na poważnie zastanawiać się, czy z czegoś dla własnego zdrowia nie będę musiała zrezygnować. Z czego i kiedy - to jest jeszcze niewiadomą, ale z czegoś trzeba. 

Co ciekawe do tych przemyśleń natchnął mnie dziś właściciel winnicy... Mam momentami takie poczucie, że generalnie robię bardzo dużo, a w gruncie rzeczy niczego wielkiego, ważnego, pożytecznego, twórczego... nie robię. Czuję się trochę jak gracz, który dostał dostał świetne karty, zalicytował wysoką grę, tylko biedaczyna zapomniał, że nie umie dobrze rozgrywać i nie wie co dalej z tymi świetnymi kartami zrobić... 

W Biforco mamy ciepłe, słoneczne popołudnie. Niech to słońce będzie z nami jak najdłużej!
Pięknego dnia!

praca

Ferragosto w ferworze zajęć

sobota, sierpnia 15, 2020

Poranek w Biforco Ferragosto 2020

Piątek był tak naszpikowany zajęciami, że w końcu żeby móc się ze wszystkim wyrobić skapitulowałam i odwołałam jedną lekcję. Sobota zapowiada się podobnie i już wczoraj musiałam przełożyć zaplanowany na dziś spacer po górach obiecany mojej Turystce. Nijak nie dało się wszystkiego pogodzić! Poza lekcjami i ostatnimi porządkami muszę przyjąć dziś dwie grupy Gości oraz odebrać klucze do zaprzyjaźnionego apartamentu, do którego w najbliższych dniach przyjedzie jeszcze trzecia grupa... 

Oto moje plany na świętowanie dzisiejszego Ferragosto! 

Czyste szaleństwo! 

Kiedy kochana Ellen zaproponowała leniwe świętowanie u nich - tak jak to nakazuje nasza świecka marradyjska tradycja, aż jęknęłam z żalu. Nie było jak! Znów musiałam zrezygnować.  

Moje oczy odmawiają posłuszeństwa. Niedospanie i ciągłe zapalenie spojówek sprawia, że już nawet uczniowie w czasie lekcji pytają czy wszystko w porządku, bo wyglądam jak ktoś, kto przepłakał tydzień. Trochę tam pochlipałam z żalu, z bezsilności, ze strachu, ale nie aż tak, żeby z oczu zrobiły się szparki. Zamiast spojówek mam dwa rozżarzone węgielki, a pod powiekami "piasek" i "mrówki". Wszelkie rady jak te biedne oczy ratować mile widziane! Rady inne niż: wyspać się i odpocząć. 

Ale z dobrych rzeczy: Mario dziś ma wejść na nasze nowe salony, poskrobać, pooglądać, uradzić coś. Chłopców nauczyć szybko tego i owego. Już wczoraj debatowaliśmy w mojej nowej kuchni, rad kilka podsunął, inne spojrzenie, inne rozwiązania. Jakoś przynajmniej w tej kwestii zrobiło mi się ciut lepiej. 
Poza tym jutro "dla odmiany" znów pojadę do Florencji i choć zmęczona jestem jak nie wiem, to cieszę się na ten dzień bardzo. W planach na najbliższy tydzień jest też pizza u myśliwych, bo po zdjęciach, które ukazały się na blogu, takie wieczory okazują się być największym pragnieniem kolejnych przybywających do Marradi Gości.

Rano na fejsbuku wyskoczyło mi zeszłoroczne wspomnienie - nocna wyprawa strastellata. I tak zaczęłam się zastanawiać - co za przedziwny sierpień w tym roku: ani nocnych wypraw, ani święta dzika, ani nocy czarownic, ani potańcówki w Popolano, ani nocy polenty... Sierpień jak i cały rok przejdą do historii i jak narazie nic się nie zapowiada, żeby wiele miało się zmienić. Trzeba przyjąć rzeczywistość taką jaka jest. 

BUON FERRAGOSTO! 

PRZEŁOŻYĆ to po włosku RIMANDARE (wym. rimandare)

praca

Adrenalina, satysfakcja i zmiana planów

sobota, lutego 22, 2020


W piątek pobiłam lekcyjny rekord. Dziewięć godzin konwersacji, rozjaśniania przyimków, utrwalania imperativo, tłumaczenia condizionale, zaimków i już sama nie pamiętam czego. Dotelepałam się do wieczora ostatkiem sił, ale i tu radości nie brakowało. 

To jest tak, że czasem głowa ze zmęczenia odmawia mi posłuszeństwa, ale kiedy słyszę moich uczniów składających pierwsze niepewne wypowiedzi i tych, którzy konwersują już na bardzo zaawansowane tematy, kiedy słyszę, że K., który przy pomocy lekcji ze mną miał tylko nadgonić materiał i wyrównać z resztą klasy, teraz dostaje z kartkówki 16 punktów na 16 możliwych, kiedy J. przyjmuje na stałe do wiadomości, jak zachowują się zaimki przy trybie rozkazującym, kiedy każdy w swoim rytmie robi wyraźne postępy, to wtedy nawet zmęczenie odchodzi, a jego miejsce zajmuje ogromna radość i duma!

Do piątkowego zmęczenia na pewno przyczyniła się też adrenalina, która odpłynęła wraz z wyjazdem Gości. Za każdym razem, kiedy ktoś pełen ufności powierza mi "zorganizowanie wakacji", kiedy prosi o wspólny spacer czy po górach czy po miastach, działam na pełnych obrotach, a wysokie stężenie adrenaliny daje mi zastrzyk nadludzkiej energii. Powiem więcej - im większe zadowolenie Gości, tym bardziej rozbuchana moja euforia. To wszystko niesamowicie mnie nakręca. Nie zwracam wtedy uwagi na zmęczenie, w ogóle nie zdaję sobie z niego sprawy. Dopiero kiedy Goście odjeżdżają, czuję jak wszystko we mnie słabnie. 

I właśnie w piątek nagle poczułam taką słabość, że z godziny na godzinę coraz poważniej myślałam nad zmianą sobotnich planów, a plany te pierwotnie były bardzo ambitne...
Ostatecznie tę zmianę przypieczętowała prośba Mikołaja, który po cichutku, niemal bez słów poprosił, bym została w domu...
Mogę odmówić każdemu, chadzam własnymi ścieżkami, robię to co uważam za słuszne, kierując się przede wszystkim tym, co w mojej głowie. Są na świecie tylko dwie osoby które, w tej kwestii mogą coś zmienić, które mają na mnie wpływ, z których zdaniem liczę się na poważnie. Tymi osobami są oczywiście moje dzieci.

A zatem zostaję i nigdzie dalej się nie ruszam. Na pewno dziś lub jutro wyjdę w góry, ale góry to przecież tak jak dom. Może tak będzie sensowniej, może odpocznę, naładuję akumulatory przed kolejnym intensywnym tygodniem. Może lepiej nic na siłę...

Pogoda w weekend ma nas jeszcze bardziej rozpieszczać. Mamy mieć jeszcze cieplejszy przedsmak wiosny i tak sobie myślę, że może czas na pierwszy w tym roku obiad pod gołym niebem? Coś pewnie kulinarnie wyczaruję, coś słodkiego karnawałowo chłopcom zakręcę i tyle...

Drzewa owocowe kwitną coraz śmielej. Magnolia przy markecie otworzyła już pierwsze pąki i uśmiecha się lila fioletem. Niech to będzie dobry dzień!

SŁABOŚĆ to po włosku DEBOLEZZA (wym. debolecca)

Bologna

Robić to co się kocha!

wtorek, sierpnia 27, 2019

fot. Kasia P.

Wielka to radość i prawdziwe szczęście móc w życiu robić to, co naprawdę się kocha... I tak sobie myślę - jak wiele musiało się w moim życiu naplątać, żebym i ja mogła dojść do takiego punktu, w którym mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć "I love my job"! Znów jak bumerang wraca moja teoria, że wszystko jest po coś. Pewnie gdyby nie wydarzenia sprzed kilku lat, po których rwałam sobie włosy z głowy, dziś nie spacerowałabym z Gośćmi po Florencji czy Bolonii...
Ten, kto pisze nam życiowe scenariusze, musi mieć nie lada fantazję!

fot. Kasia P.

Przedostatni sierpniowi Goście kończą swój wakacyjny marradyjski czas... 
K. A. P. i P. - mam nadzieję, że zabierzecie ze sobą miłe wspomnienia, mam nadzieję, że te kilka dni zaostrzyło apetyt na więcej. Nie udało nam się przecież iść w góry, czeka na Was Ravenna i na pewno Florencja na bis i na tris... Wiele jest jeszcze do odkrycia. 
Ja dziękuję Wam za wspaniałe towarzystwo, zainteresowanie, ciekawe rozmowy i wspólny czas. Szczęśliwej drogi!

Tymczasem dziś "dla odmiany" na mnie znów czeka Bologna. Ciekawa jestem kolejnych wrażeń i porównań. Zawsze zadaję Gościom to same pytanie: Florencja czy Bologna. I niezwykłe jest to, że wciąż utrzymuje się stałe wyważenie pomiędzy wielbicielami jednego i drugiego miasta. 

Ja bezdyskusyjnie kocham obydwa, do obydwu lubię wracać tak często jak to możliwe, ale choć to Bolonię pokochałam od pierwszego wejrzenia, a z Florencją ten proces był zdecydowanie dłuższy, to jednak ta druga głębiej i mocniej zapadła mi w serce. 

Zobaczymy co o Bolonii powiedzą dzisiejsi Goście. 
Dobrego dnia! 

Ps. Wciąż o końcu lata staram się nie myśleć, ale nie da się nie zauważyć, że z platanów w Bolonii powoli zaczynają spadać liście...

PRZEDOSTATNI to po włosku PENULTIMO 

bierzmowanie

Praca, stres i powrót do starej pieve

niedziela, czerwca 09, 2019


Choć zwykle piszę, że nie lubię przyspieszać czasu, a często wręcz wystąpiłabym z petycją o jego spowolnienie, to jednak całą sobotę nie mogłam się doczekać wieczora. Każda moja komórka marzyła tylko o jednym - żeby była już 20.00, kiedy to będę mogła zasiąść z chłopcami do kolacji i nie myśleć już o żadnych zdjęciach. W drodze do Brisighelli starałam się zrelaksować widokiem łąk, po których sunęły traktory zostawiając za sobą malownicze bele siana. Jego zapach rozchodził się w powietrzu i przypominał momenty z dzieciństwa, kiedy jako dzieci w drodze nad rzekę rzucaliśmy się na zagrabione przez chłopów kopki. 

Patrzyłam tęsknie za łąkami S. Adriano i gdybym tylko mogła, wolałabym zatrzymać się i urządzić tam sesję zdjęciową w charakterystycznej letniej scenerii, niż stać przez dwie godziny w pięknej skądinąd pieve i stresować się, czy każde dziecko uda mi się dobrze uchwycić w momencie bierzmowania... 
Sesje zdjęciowe dla grup okupione są z mojej strony ogromnym stresem i cieszę się, że było to ostatnie zamówienie w tym sezonie. Zdecydowanie bardziej inspirujące, przyjemne i przede wszystkim niestresujące są sesje indywidualne i już niedługo będę fotografować kolejną przyszłą mamę.

 

Tak czy inaczej wieczór w końcu nastał, moja głowa aż dudniła i pierwsze o co poprosiłam Mario, kiedy przyjechał mnie odebrać to oki - niezawodny środek na moje migreny. Aparat na szczęście pełen był dobrych ujęć, z których mam nadzieję choć część rodziców będzie zadowolona, a na stole w Kamiennym Domu wylądowała pizza na wynos, bo o 20.00 byłam już jak trup i nawet nie miałam siły myśleć, a co dopiero stać i gotować. 

Bierzmowanie odbyło się w starej pieve del Tho', którą już dawno temu sfotografowałam i na blogu opisałamTo jeden z piękniejszych kościołów w naszej okolicy. 
Życie nie przestaje mnie zadziwiać. Przedziwnie plotą się jego ścieżki, czyż nie? Wtedy w życiu nie pomyślałabym, że za kilka lat wrócę do tych kamiennych wnętrz w trochę innej roli... Swoją drogą przepiękne miejsce na wszelkie uroczystości. Stara pieve otoczona jest cyprysami i winnicami. Przy wejściu rosną oleandry, naprzeciwko ławeczka w cieniu wiekowych lip, zaczarowane miejsce na ślub...

***
Dziś zapowiada się piękna niedziela bez żadnego "muszę". Zamiast "muszę", będzie relaks, dobre jedzenie i doborowe towarzystwo. I może w końcu uda się sfotografować kwitnące ginestre...
DOBREJ NIEDZIELI!

STRESUJĄCE to po włosku STRESSANTE (wym. stressante) 

Florencja

Kiedy słowo "praca" dobrze się kojarzy

środa, maja 01, 2019


Kwiecień pożegnał się z nami całkiem ładnie, a ze mną o już w ogóle przeuroczo, nawet jeśli dzień był bardzo pracowity i jak już dotelepałam się do Biforco przedostatnim pociągiem to marzyłam tylko o łóżku. 
Tak czy inaczej: mieć pracowity dzień w byle jakim mieście, a mieć pracowity dzień we Florencji... Refleksje nasuwają się same! Pięknie wczoraj było w toskańskiej stolicy! W różanym ogrodzie róże w pełnym rozkwicie, ludzie porozkładani na ławeczkach i trawnikach w poszukiwaniu spokoju poza turystyczną karuzelą...

Podzieliłam się z moimi gośćmi legendami mniej i bardziej prawdziwymi, pokazałam drobne ciekawostki i rzeczy wielkie. Przeszliśmy razem wiele kilometrów i pewnie młodsza część wycieczki dziś na mnie złorzeczy, ale wycisnęliśmy z tego pięknego dnia ile tylko się dało. Dante, Michał Anioł, Medyceusze, trippa, lampredotto, barany na moście, Duomo, San Miniato, Santo Spirito, Santa Croce... 
Siedziałam w pociągu zamyślona nad minionym dniem i cieszyłam się tym co robię. Cieszyłam obrazami za oknem, Florencją zostającą w dali i ludźmi obok. Obserwowałam dyskretnie starszą parę obok, która zacięcie współpracowała nad jakąś krzyżówką. Pani w kaszmirowym sweterku, pan w wygodnych butach, obydwoje z okularami zsuniętymi na czubek nosa i jak on pięknie przy tej całej krzyżówce gładził ją po ręku, jaki to był rozczulający obrazek...



Dziś w Italii święto pracy i mam ogromny zamiar świętować jak umiem. Z obowiązkami już się prawie uporałam, bo nawet jak święto, to nie ma zmiłuj i zrobić trzeba to, co pilnie czeka. Powiedzmy jednak, że ten dzień liczę od teraz. 
Od teraz do wieczora już nic nie będę "musieć". Przygotujemy koszyk z chlebem, wędliną i pomidorami. Weźmiemy wino, trochę sera i koc i ruszymy do innej doliny, by z gośćmi ucztować pod wodospadem i pokazać zaginione światy. Dobrego dnia i BUONGIORNO MAGGIO! 

KRZYŻÓWKA to po włosku CRUCIVERBA (wym. kruciwerba)

Alto Mugello

Dante i Mugello na polskim gruncie, czyli całkiem nowe rzeczy

poniedziałek, kwietnia 08, 2019


Kilka słów o tym, co robiłam i co działo się w Krakowie i Warszawie napisać muszę, bo było to dla mnie nowe i bardzo ciekawe doświadczenie. 
Tak jak już wspominałam pretekstem do całego zamieszania była rocznica śmierci Dantego.  Siedemsetlecie tego wydarzenia przypada dokładnie za dwa lata. Na tę okoliczność różne organizacje w tym oczywiście Ziemie Dantego, ruszyły z promocją. Do terenów, po których błąkał się Dante na wygnaniu należy też rzecz jasna Mugello i Alto Mugello lub - jak wolą je nazywać miejscowi - Romagna Toscana. Wygnanie to najważniejszy czas w życiu poety, bo gdyby nie ono, być może Commedia nigdy by nie powstała, a już na pewno nie w takiej formie, w jakiej jest obecnie.
Jednym z punktów naszej wyprawy były wykłady niesamowitej kobiety, mojej towarzyszki podróży - Wilmy Malucelli, która o życiu Dantego opowiadała tak ciekawie, że sama słuchałam z zapartym tchem, nawet jeśli o wielu faktach miałam pojęcie już wcześniej.
Wyprawa do Polski zaowocowała nowymi znajomościami i wśród najważniejszych dla mnie na pewno będą dwie niezwykle inspirujące kobiety - wspomniana wyżej Wilma i Valentina, bloggerka na stałe współpracująca z Mugello. Myślałam, że o Mugello wiem już wszystko, tymczasem w czasie podróży Valentina nie raz zaskoczyła mnie nowym, które teraz mam zamiar sama zobaczyć i dla Was opisać. Wilma e Valentina - viaggiare con voi e' stato un vero piacere! Grazie.

Dziękuję też oczywiście Dyrektorom obydwu instytutów za ciepłe przyjęcie, za docenienie mojego bloga i tego co robię, a móc uczestniczyć w całym wydarzeniu jest dla mnie wyróżnieniem.


Kolejną i tak naprawdę jedną z ważniejszych rzeczy w całej podróży było oczywiście spotkanie się z Czytelnikami, ze stałymi bywalcami Marradi i Domu z Kamienia, z Uczniami, z tymi z którymi już miałam okazję się poznać i z tymi, którzy w czasie tych spotkań nieśmiało się ujawniali. Nawet nie wyobrażacie sobie jak piękne podarowaliście mi emocje. Bardzo dziękuję.
I tak jak Wam mówiłam w czasie degustacji w Warszawie - byłam onieśmielona, bo ja przecież tylko gdzieś tam sobie piszę i patrzę w monitor, całkiem schowana przed światem, a tu nagle się okazuje, że ktoś podchodzi wzruszony rękę ściska, mówi, że od lat czyta, że rano do kawy albo wieczorem po pracy, a mnie w gardle ściska ... Piękne chwile. Dziękuję Wam z całego serca. 

fot. Michał Cichocki

Zaszczytem wielkim było dla mnie wystąpić w Warszawie i Krakowie jako polska "ambasadorka" tych ziem. Dało mi to porządny zastrzyk energii. Od jutra siadam do pracy nad przewodnikiem i nad książką. Teraz wiem, jak wiele osób na to czeka. 


Z rzeczy smutnych...
Na warsztaty dla blogerów i biur podróży, mimo potwierdzeń na oficjalne zaproszenia przyszły w sumie tylko trzy osoby... Było mi zwyczajnie wstyd, za tak nieprofesjonalne podejście. I jeszcze jedna refleksja - żaden z blogerów/ żadna z bloggerek piszących o Italii - mówię o osobach blogujących z Polski - nie była zainteresowana spotkaniem z nami. To naprawdę niesamowite. Mam wrażenie, że interesowność wybija się tu ponad wszystko inne. Szkoda, bo Mugello miało dla bloggerów naprawdę atrakcyjną ofertę.

Już wiem, że w Polsce zamawia się kawę na własne ryzyko. 
fot. Michał Cichocki
fot. Paw

 I ostatnie już refleksje na temat miejsc. 
W Krakowie czułam się swojsko i jak turystka, otoczona zabytkami i chaosem. Piękny, cichy, ale rześki poranek, potem ciepłe i gwarne południe, a na koniec równie gwarny i rozświetlony wieczór. 
W Warszawie czułam się tak obco, że trudno to sobie wyobrazić. Przytłaczał hałas i ciągły ruch i ogrom.
Hotele świetne, jedzenie bardzo dobre, poza tą nieszczęsną kawą. 
Kiedy wsiadałam do samolotu czułam jak schodzi ze mnie stres, czułam radość i ulgę. Wrócić do domu to coś pięknego.  

fot. Michał Cichocki

 ZASZCZYT to po włosku ONORE (wym. onore)

Mugello

Ulubiona codzienność

środa, kwietnia 03, 2019


Nawet jeśli problemów się namnożyło i w ogóle od kilku lat jest wciąż pod górę, to z mimo wszystko uwielbiam to moje "tu i teraz". Uwielbiam moją rutynę, miejsce, widoki, ludzi, których spotykam każdego dnia, smaki, obowiązki, pracę, krótko mówiąc - uwielbiam moją codzienność. Uwielbiam do tego stopnia, że zostawienie tego na kilka dni okazuje się trudniejsze niż myślałam. Tomka wyjazd i teraz mój zaburzyły codzienny rytm i już nie mogę się doczekać, kiedy wszystko znów będzie po staremu.

Tak czy inaczej ciekawa jestem nowego doświadczenia i szczęśliwa, że zaproszono mnie do współpracy przy promocji tego, co stało się moim światem i co sama z siebie wychwalam każdego dnia. Już samo to jest dla mnie wyróżnieniem. Zawsze powtarzam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że wszystko jest po coś. 
Niech więc i to otworzy - jak mówi Mario - jeśli nie drzwi to choć jakieś okno. 

W Marradi zaczynają kwitnąć bzy i glicine, a przy Via Francini nawet pierwszy mak się zaczerwienił. 
Dziś tak krótko, bo czas przygotować się do drogi. Na kilka dni Dom z Kamienia zamilknie, bo w najbliższym czasie nie będzie czasu na nic. Mam nadzieję, że w weekend kiedy już wszystko wróci na stare tory, będę mogła opowiedzieć Wam dużo dobrego. Z niektórymi z Was spotkam się w tych dniach osobiście, na co już się bardzo cieszę! Życzcie mi powodzenia! 

Jeszcze raz podsumuję:

Kraków - 4 kwietnia
Warszawa - 5 kwietnia

Spotkania z bloggerami o 15.00 zamknięte dla szerszej publiki, wstęp dla tych Czytelników, którzy kontaktowali się mailowo. 
Spotkanie Terre di DANTE o godzinie 18.00 wstęp wolny dla wszystkich. 
Niestety z racji bardzo napiętego planu nie będę miała możliwości spotkać się indywidualnie z czytelnikami. Obiecuję, że to zrobię, kiedy znów zawitam do Polski z promocją własnej książki. Kiedyś to może nastąpi...




Alto Mugello

Wiosna oficjalnie i inne oficjalne sprawy

czwartek, marca 21, 2019

fot. Piotr Czaja

I tak oto nastała wiosna... Dokładnie wczoraj dwie minuty przed 23.00 przy świetle pełnego księżyca królowanie na naszej części świata przejęła primavera.
Kiedy kończy się lato, wydaje nam się, że "długie" jesienne, a potem zimowe tygodnie będą się wlec w nieskończoność. Ale jak widać - nawet zima kiedyś się kończy... 
Wprawdzie dziś ranek nastał bardzo zimny, ale niebo jest pogodne i jak tylko słońce wdrapie się ciut wyżej, zaraz i termometry podskoczą. Nie wyciągnęłam jeszcze z głębin garderoby białych sukienek i szczerze mówiąc boję się je tknąć, by nie zapeszyć, tym bardziej, że gdzieś mignęły mi przed oczami prognozy na pierwsze dni kwietnia nie do końca satysfakcjonujące. 
A W Polsce to chyba nawet śniegiem straszą... A może się mylę? Powiedzcie, że się mylę! Bo ja właśnie do Polski niedługo zawitam i nie chciałabym się zmrozić na dzień dobry. 


Oto czego dotyczyły moje "ważne spotkania". Kilka tygodni temu zatelefonowała do mnie przedstawicielka biura Unii Gmin Mugello z pewną propozycją. 
Za dwa lata będziemy obchodzić siedemsetlecie śmierci Dantego i już teraz tak zwane "ziemie Dantego" - których serce bije właśnie tu w Mugello i Alto Mugello - ruszają ze światową promocją. Jako blogerka, wielbicielka i nieoficjalna ambasadorka tych terenów zostałam zaproszona do współpracy i tak oto 4 i 5 kwietnia będę w Polsce. W Instytucie kultury włoskiej w Krakowie i Warszawie odbędą się spotkania literackie poświęcone największemu włoskiemu poecie, poprzedzone naszą krótką prezentacją turystyczną. Prezentacja skierowana jest przede wszystkim do blogerów podróżniczych, dziennikarzy i biur podróży, ale też otwarta dla innych. 
Kolejna wiosna i kolejne doświadczenie. Trzymajcie proszę kciuki, żeby udało mi się stanąć na wysokości zadania i spisać w nowej roli. Tak naprawdę promowanie regionu to coś co robię każdego dnia i nie dlatego, że ktoś mnie o to poprosił, tylko z potrzeby serca, jednak występ przed publiką niesie za sobą coś więcej niż blogowanie w zaciszu domowym. 
Dam radę. Muszę!
W związku z wyjazdem już teraz pracy jest tyle, że na zakrętach się nie wyrabiam. Proszę więc o cierpliwość przez najbliższe kilka tygodni. Nie gniewajcie się jeśli nie odpowiadam na wiadomości albo odpowiadam po kilku dniach, jeśli jestem oszczędna w słowach czy nie wszystko komentuję. Uwijam się od lekcji do lekcji, bo i uczniów przybyło, w między czasie organizuję wakacje, bo wiosna obudziła w Was chęci zaplanowania urlopów, a przecież w tym wszystkim jestem też mamą, która musi ogarnąć i dom i dzieci i życie całe... 
Czasem więc mam chwile słabości. Tak silnej słabości, że nie mam siły kiwnąć palcem, ale powtarzam sobie - to minie, kiedyś będzie łatwiej, może pewnego dnia i ja pojadę gdzieś na wakacje, może nawet odpocznę...

PROPOZYCJA to po włosku PROPOSTA (wym. proposta)

droga

Kostropatą szosą...

poniedziałek, stycznia 14, 2019


Na łąkach przy drodze do Campigno wciąż gibią się na czarnych, zeschniętych nóżkach, wspomnienia letnich kolorów i zapachów. Znów szłam sama kostropatą szosą i co kilka kroków przystawałam przy jakimś letnim relikcie. Bylica, dzika róża, dziurawiec, mięta ... Zioła i kwiaty, które zbierałam w przeddzień świętego Jana. Jak dobrze, że to już prawie połowa stycznia! Do palenia marcowych ogni zostało już tylko sześć tygodni, a nim się obejrzę znów nastawię przed domem magiczną wodę.
Ale tymczasem wszystko jeszcze bardziej bure niż kolorowe, senne, jakby nieobecne. 
Samotny spacer był mi bardzo potrzebny. W głowie kłębiła się cała masa myśli do poukładania, myśli dobrych i tych złych, ciepły wiatr wiał w plecy, ale zmęczenie, które chciałam przegonić z głowy, za nic nie chciało się ruszyć. 


- Pusia to taki zmarnowany weekend, prawda? - wymamrotał Tomek, kiedy kładł się wieczorem do łóżka.
- Święta prawda! Do kitu z takim weekendem. Ale w sumie dla ciebie to czemu zmarnowany? 
- Bo czeka mnie bardzo trudny tydzień i boję się, czy wszystko mi dobrze pójdzie. 
- Uczyłeś się?
- Uczyłem.
- To nie martw się, będzie co ma być. Postaraj się, daj z siebie wszystko, a co wyjdzie zobaczymy. Dla mnie weekend był zmarnowany, bo z moich planów nic nie wyszło, a do tego musiałam pracować i ten tydzień zapowiada się pracowo jeszcze bardziej intensywny... Szkoda gadać!  


Dzień dobry w poniedziałek!
Ja uciekam już na poranną sesję zdjęciową, a Was zostawiam ze zdjęciami zeschniętych badyli i z nowymi smakami w Kuchni Kamiennego Domu. Oby ten trudny tydzień przyniósł trochę dobrego i oby nie sprawdziły się prognozy o załamaniu pogodowym, które czeka nas pod koniec tygodnia. Niech pierwsi w tym roku Goście zasmakują zimowego, toskańskiego słońca!

POSTARAĆ SIĘ to po włosku CERCARE DI (wym. czerkare di)