festa dello sport

Bogowie Nocy - starożytna Grecja na marradyjskim placu

sobota, czerwca 03, 2017


Kiedy przechodziliśmy obok teatru, zerknęłam okiem na monitor informacyjny. 19 stopni. 3 giugno. Ale trial był przecież drugiego.... Otumaniona ze zmęczenia zerknęłam na zegarek. 1 w nocy. No tak … już trzeci czerwca. Mikołaj resztkami sił powłóczył nogami i nic nie mówił. Miałam wrażenie, że zaśnie nim dojdziemy do samochodu. Ja zaciskałam zęby przy każdym kroku, bo nagle poczułam jak emocje opadły i stopy przypomniały mi, że kilka kilometrów po kamienistym placu w balerinkach, to nie jest to co lubią najbardziej. Nie mogłam się doczekać, żeby ściągnąć z szyi aparat i wyciągnąć się w łóżku… Pomyślałam ze szczerym współczuciem o tych, którzy teraz mieli ruszyć do pracy przy rozmontowywaniu betonowych dekoracji, tak by rano Marradi odzyskało swój codzienny wygląd i ład.

Dziś pewnie jeszcze śpią. Śpią snem spokojnym, bo miniony wieczór na pewno przejdzie do historii. To była przepiękna kulminacja trwającej ponad tydzień Festa dello Sport. Ogrom pracy i zaangażowanie, jeszcze więcej emocji i wzruszeń, spektakl na miarę wielkiego świata…

Dobrze żyć w miejscu cichym i spokojnym, ale dobrze też, że ta swojska codzienność jest czasami urozmaicana wielkimi wydarzeniami. 

Campionato Trial Indoor - foto relacja specjalnie dla Was, dla fanów sportu i nie tylko, bo widok "latających" motorów na pewno do codziennych nie należy. Kiedy zawody się skończyły i zawodnicy prezentowali swoje wolne popisy zastanawialiśmy się co też będzie się działo za rok, bo każda kolejna edycja przebijała widowiskiem poprzednią. Oto kilka kadrów wybranych na szybko z ponad 500 uchwyconych. Mam nadzieję, że dobrze spełniłam swoją misję. 
Życzę Wam dobrego weekendu, a sama wracam do mojej swojskiej codzienności. Czas podlać pomidory i wystawić nos za drzwi, może lipy zaczynają już pachnieć latem …



Marradi

To co silne i silniejsze

poniedziałek, grudnia 19, 2016


Z żalem muszę przyznać, że nie pomógł ani imbir ani cytryna, ani żadne herbatki. Skapitulowałam i sięgnęłam po syrop i kropelki. Mam nadzieję, że choć te zadziałają i nie będę musiała szukać pomocy w mocniejszych specyfikach. Przeziębienie za nic nie chce odpuścić i szczerze mówiąc mam wrażenie, że zamiast lepiej jest coraz gorzej. 
Do południa biłam się z myślami, co robić w związku z tym - zostać pokornie w łóżku, w ciepłej piżamie i w bamboszach czy mimo wszystko wyskoczyć na chwilę do miasta, bo na placu tak jak pisałam - ostatnie przedświąteczne atrakcje. Oto pytanie za sto punktów - jak zachowa się "mądra", dojrzała kobieta albo raczej jak się zachowa bloggerka?


Nie mogłam sobie darować, że to moje "bicie się z myślami" trwało tak długo, bo kiedy dotarliśmy do Marradi, było już po atrakcjach … Stały ostatnie straganiki, na których zdążyliśmy jeszcze kupić słodkości robione przez szkolne mamy i wypić vin brule' (łudziłam się, że ma działanie zdrowotne). Poza tym elfy miały już fajrant i na opustoszałym placu grały w piłkę. Alpini czyścili kotły, a w podziękowaniu za moją, nawet jeśli tym razem spóźnioną obecność, podarowali mi całą brytfankę ich kukurydzianej specjalności. Święty Mikołaj znużony siedział przed swoim domkiem, więc  wykorzystałam jego "nicnierobienie" i  poprosiłam o zdjęcie z chłopcami, na co o dziwo przystali ochoczo. Może i oni mają świadomość, że magia dziecięcych świąt powoli przemija i im są starsi tym bardziej chcą ją przy sobie zatrzymać. Jeśli prezenty już w tym roku dorosłe, to może za rok i o fotografowaniu się z Babbo Natale nawet nie pomyślą.


Na koniec sfotografowałam obiecane dekoracje, może kogoś zainspirują na przyszły rok i już dziś zacznie odkładać plastikowe butelki. Niestety wieczorną wersję, która jest zdecydowanie bardziej efektowna pokażę Wam innym razem. Teraz zmykam, nie do łóżka niestety, a do obowiązków, póki wystarczy mi tchu, a jutro opowiem Wam o tym, co było potem, bo jak już wyszliśmy z domu, to … zwyczajnie nas poniosło. Pokażę Wam kolejne szopki, niektóre bardzo oryginalne

 

 BUTELKA to po włosku BOTTIGLIA (wym. bottilia)

czwartek

Kolejny rok, kolejny czwartek, kolejny "klamot" do kolekcji.

piątek, lipca 22, 2016



Czwartkowe mercatini ubarwiają od lat letnie wieczory w Marradi. Pisałam o nich już wiele razy i chwaliłam się moimi zdobyczami. To przecież z mercatino przyniosłam oryginalną, pierwszą wersję Risiko, poezje Staffa i mojego ukochanego Terzaniego La fine e' il mio inizio. Od mamy dostałam wyszperane wśród staroci legendarne włoskie wydanie Baśni Andersena i wyciskarkę - zgniataczkę, jakiej włoskie mammy używają do robienia gnocchi. W poprzedni czwartek przyjaciele sprezentowali mi piękną kawiarkę - pół ceramiczną, jakiej nigdy dotąd nie widziałam, a wczoraj natomiast wróciłam do domu z czterema filiżankami i dwoma naczynkami do pinzimonio. 






Dla każdego zawsze coś się znajdzie. Książka, zabawka, torebka, kolczyki, kubek, wazon, lusterko, siekiera, obraz … itd … Oczywiście zakupy są tylko pretekstem, istotą wszystkiego jest znów potrzeba wyjścia z domu i spędzenia czasu wśród ludzi. Jednak mimo tego, żal mi się wczoraj zrobiło, na widok niezapełnionych straganami miejsc. Niestety z każdym rokiem "bancarelli" jest coraz mniej…



Kiedy wczoraj zobaczyłam centrum miasteczka zastawione straganami dosyć luźno i tylko do połowy, przypomniały mi się lata, kiedy czwartkowe wieczory wypełniały  tłumy. 
Na całe szczęście sam plac żyje, jest zawsze głośno i gwarnie, jest muzyka, są lody i spritz, żarty niewybredne dorosłych i hulanki dzieci, wciąż ta sama, nie do podrobienia atmosfera letniego Marradi, która tak mnie kiedyś uwiodła. 
A moje dzieci? Po dwóch latach handlu z mniejszym lub lepszym sukcesem, stwierdzili, że jednak wolą szukać przygód zamiast myśleć o zarobku. Nie sprawdziło się nawet wyznaczanie sobie dyżurów. Zazwyczaj kończyło się tym, że wyprzedawali wszystko pół darmo albo wcześniej zamykali interes, by móc z przyjaciółmi ganiać się w ciemnych zaułkach…


Przed nami weekend pełen atrakcji. Na pewno będę miała dużo zdjęć do pokazania, ale przy tym wszystkim żal mi każdego mijającego dnia. Na myśl o tym, że lipiec chyli się ku końcowi, ściska mnie w gardle. Taka kolej rzeczy… Dobrego weekendu!

WYPEŁNIAĆ to po włosku RIEMPIRE (wym. riempire) 

Arezzo

Pasqua 2016 - część pierwsza - Filmowa niespodzianka

środa, marca 30, 2016


Oto dialog z jednej z najbardziej znanych toskańskich komedii. Pewne powiedzenia i teksty z filmu weszły na stałe do języka. Il Ciclone to już legenda, oczywiście i my znamy ten film na pamięć. A dlaczego dziś tak filmowo?
Zaczęło się tak...
Już przed świętami wybraliśmy metę naszej wielkanocnej wyprawy - padło na Anghiari i na gubienie się w plątaninie toskańskich dróg. Ruszyliśmy wczesnym rankiem z bagażnikiem wyładowanym po brzegi łakociami świątecznymi i gipiesem zamontowanym na przodzie. Mimo jego sugestii - według której natychmiast powinniśmy zawrócić na U - ruszyliśmy , tak jak było zaplanowane drogą przez Borgo San Lorenzo, Vicchio i Dicomano. Dalej przez przełęcz Croce ai Mori mieliśmy kierować się na Poppi. Nigdy nie wybieramy łatwych dróg, prostych i szybkich, zamiast nich szukamy górskich serpentyn, wiejskich, podziurawionych, stromych i wąskich. To właśnie takie drogi są gwarancją niespodzianek i pomagają się zgubić... 


Przejechaliśmy przez wymienione miasteczka, zatrzymaliśmy się, by przyjrzeć się Falteronie z innej perspeltywy, rozprostowaliśmy kości, dzieci zaczęły się domagać jedzenia, więc tymczasowo zostały zapchane świątecznym ciastem, a potem przejechaliśmy przez przełęcz, zatrzymując się jeszcze raz, by sfotografować wysokie, ośnieżone szczyty i zaczęliśmy zjeżdżać do innej doliny. Za chwilę znaleźliśmy się w prowincji Arezzo.  


Mijaliśmy po drodze kamienne domostwa, kamienne kościoły, aż dotarliśmy do pierwszego większego miasteczka, z małą osadą i zamkiem, z dachami czerwonymi, z rzeką przeciskającą się pod kamiennym mostem. Stia. Tak nas to miejsce zauroczyło, że postanowiliśmy zatrzymać się tu na dłuższy spacer. Nie musieliśmy się przecież wiernie trzymać ustalonego planu, plan był nasz więc modyfikować mogliśmy go do woli. 


Doszliśmy do głównego placu.
- Ale ... Ale ... niemożliwe! Jaki podobny! Ja ten plac znam! Czy on ci czegoś nie przypomina????
- On nie, że jest podobny, to jest właśnie TEN plac! 
- Niemożliwe, przecież sprawdzałam, wydawało mi się, że Pieraccioni nakręcił film w miasteczku gdzieś na południu Toskanii.
- Popatrzcie tu jest bar! Il ciclone! - zawołał Tomek.
- A zatem to ten plac!
- A tu był mechanik! 
- A tam on mówi "Buongiorno ..."
Dzieci biegały pod arkadami, szukając miejsc z filmowych scen. Minęło już wprawdzie chyba ze dwadzieścia lat, ale plac wyglądał wciąż tak samo. Nie mogłam się nacieszyć niespodzianką, jaką przygotowała nam Stia.

"Uśmiechnij się! Mamusia na bloga zdjęcia robi."







Wyjątkowość Piazza Tanucci polega na tym, że tak naprawdę jest ona rozszerzeniem Via Major. Życie tętniło tu już w średniowieczu, było to wówczas miejsce popularnego targu. W tym też czasie Guidi zarządzili wybudowanie pieve di Santa Maria Assunta. Ciąg arkad po dwóch stronach placu był miejscem gdzie skupiały się bottegi rzemieślników - słynnych przede wszystkim z kutego żelaza i wełny. Temu pierwszemu wciąż dedykowana jest jedna z większych miejscowych imprez, znanych nie tylko w Toskanii, ale również poza granicami kraju - Biennale Europea d'Arte Fabbrile.
Pod koniec XIX wieku Wielki Książę Leopold II podarował miastu fontannę. Ona była dopełnieniem wizerunku placu, który po dziś dzień jest wciąż taki sam.


Il Ciclone nie był jedyną niespodzianką jaka czekała na nas w miasteczku. Na jednej z fasad domu wypatrzyłam tablicę pamiątkową z poezją Dino Campana. Okazało się, że nasz marradyjski poeta darzył Stię szczególną sympatią, czemu dał upust w Pieśniach Orfickich. Takim to miłym akcentem przy dźwiękach dzwonów zakończyliśmy spacer i ruszyliśmy w dalszą drogę... Ścieżka dźwiękowa dla Was prosto ze Stii.
Nadszedł czas, by znaleźć godne miejsce na nasz wielkanocny obiad. 


FABBRO to znaczy KOWAL (wym. fabbro)