W czwartkowy ranek po lekcjach wkładam stary dres, rękawice i chwytam za wiadro z farbą. Teraz będę malarzem pokojowym. Mówiłam, że się wszystkiego jeszcze nauczę! Kto powiedział, że ja nie odnowię domu? Ja? To się jeszcze okaże!
Wystawiam wszystko z kuchni na środek salonu. Zostaje tylko stół, ten ma mi posłużyć za drabinę. Chwytam za pędzel i szast prast, wprawnym ruchem jak pan majster z kilkudziesięcioletnim stażem stroję w biel moją skromną izbę. Po trzech latach patrząc na ściany, zwłaszcza nad kuchnią i nad kominkiem, ogarniała mnie - nomen omen - czarna rozpacz. Co i raz przerywam, robię krok do tyłu, głowę przekrzywiam to w lewo, to w prawo, krytycznym okiem oceniam efekty i cieszę się sama ze swojego dzieła. Zuch ze mnie dziewczyna! Dobrze, że nikt mnie teraz nie widzi - dziurawe dresy, rozciapane, stare balerinki, włosy związane w węzeł, twarz nakrapiana farbą - ale za to jak skończę będzie można mnie chwalić. Po dwunastej przechodzę do salonu.Nerwowo zerkam na zegarek, czy się aby do wyjścia dzieci ze szkoły ze wszystkim wyrobię. Przesuwam meble do kuchni, stół - drabinę do salonu. Stary antyczny mebel ciężki jest jakby ważył tonę, zapieram się całą sobą, pcham to rękami, to barkiem, a ten ani drgnie. Czuję jak mi do oczu napływają łzy złości. W końcu starcie wygrywam ja, zbieram w sobie całą siłę i przesuwam kredens do kuchni. Łez nie umiem jednak powstrzymać. Płaczę nad samą sobą, że chyba jednak nie jestem taka wszechmocna jak myślałam ...
Dalej jednak pędzlem wywijam, aż mi w barkach coś strzyka i szyja drętwieje. Wałka oczywiście nie mam, więc pędzlem bielę cały sufit i na głos przeklinam jak szewc, żeby sobie ulżyć.
Czas mija nieubłaganie. Nie ma szans uporać się ze wszystkim przed powrotem chłopców. Poza tym muszę doprowadzić się do ładu i dojść jeszcze do szkoły. Szybka kąpiel, makijaż, marynareczka, koszuleczka, torebeczka - Francja elegancja. W czterech ścianach mogę być jak pan majster, ale na zewnątrz wolę jednak być damą. Wybiegam w pośpiechu, a po około 100 metrach patrzę na swoje stopy, bo jakoś mi tak za wygodnie. Wciąż mam na sobie rozciapane baleriny pochlapane farbą. Dama ...
- Jak się wróciłaś to przysiądź - śmieje się jedna z rodaczek, przechodząca obok.
- Przysiądę i policzę do dziesięciu nawet! - jak Adaś Miauczyński...
Wpadam do domu, zmieniam buty, zerkam na zegarek i ogarnia mnie panika! Nie ma czasu na żadne przysiadanie, a co tam dopiero liczenie, mam nadzieję, że nic mnie po drodze złego nie trafi.
Do szkoły docieram na czas. Nawet udaje mi się o sklep z farbą zahaczyć. Z wywieszonym językiem, z wypiekami na twarzy, ale jestem pod szkołą. Całe szczęście, bo dziś mam odebrać jeszcze córkę znajomej, więc o spóźnieniu się mowy być nie mogło.
- Ciao amore!
- Mamusiu gdzie gitara?
- Gitara? Boże ...
- Dziś czwartek.
Znów mi się oczy napełniają łzami. Ależ ze mnie ofiara! Czwartek! Czwartek! Mikołaj ma lekcję muzyki na drugim końcu miasteczka. Stoję bezradna bez gitary, z trójką dzieci i mam ochotę rozpłakać się w głos.
- Nie martw się mamusiu. Francesco ma gitary, zagram na jego.
- Na pewno?
Dla pewności dzwonię do maestro Francesco. Nie ma problemu, tak jak mówił Mikołaj.
- Słuchaj, ale musisz iść sam na stację... Dasz radę?
- Dam, dam, ty się tak nie przejmuj.
- Ale błagam uważaj w zwężeniu!!! (miejsce na wjeździe do Marradi, gdzie ruch jest wahadłowy, a chodnika nie ma). Przyjdę po ciebie za godzinę.
Sprawa Mikołaja załatwiona. Zostaję z dwójką dzieci i trzema plecakami po 10 kg każdy. Dzieci do wielkich nie należą, więc dwa plecaki zarzucam sama na plecy. Mam też moją torebkę - Francja elegancja, a w niej ... puszkę farby.
Godzinę później znów pędzę do Marradi, tym razem na stację po Mikołaja.
Wieczorem jestem wykończona. Nawet droga do łóżka, zdaje się być wielką wyprawą. Nie mam siły na nic. Nawet na to, by cieszyć się białymi ścianami. Został jeden czarny róg. Zabrakło farby. Skończę jutro albo po jutrze...
Staram się myśleć, że jestem silna, że wszystkiemu dam radę, ale i mnie czasem przygniatają własne słabości. Zmęczył mnie czwartek. Pozbawił sił, a w weekend tym razem o odpoczynku będę musiała zapomnieć. Będzie intensywnie i nawet na wojażowanie czasu nie wystarczy ...
Nie użalam się nad sobą. Nie myślcie, też że robię z siebie herosa. To tylko opowieści zwykłej baby o codziennym życiu. Nie każdego dnia musi być poetycko, choć jak się tak zastanowić ... mój salon teraz to - nomen omen - czysta poezja ...
Życzę Wam leniwego weekendu!
Dopisane rankiem:
- Nad czym myślisz?
- Nie wiem jaki mam dać tytuł.
- A o czym pisałaś?
- O tym jak malowałam, jak pałakałam, jak gitary zapomniałam.
- Patologia?
Tak to mnie dziecko podniosło na duchu! Niech więc tytuł zostanie. Patologia.
IMBIANCARE - to znaczy WYBIELIĆ





