Canaletto

Zagadka Canaletta

sobota, marca 24, 2018


W środę rano Mikołaj nareszcie rozpakował plecak po poniedziałkowej wycieczce...
- Popatrz, mieliśmy warsztaty na temat fotografii i pokazali nam jak malował Canaletto. Widzisz - rozłożył przede mną kartkę ze szkicem przedstawiającym artystę - miał takie urządzenie optyczne i dzięki tej technice jego obrazy są niemal jak zdjęcia. Malował przede wszystkim Wenecję, w której się urodził.
- Canaletto! A wiesz, że malował też Warszawę?
- Nie wiedziałem.
- Czekaj, zaraz poszukamy czegoś o jego polskim epizodzie.
Zaczęłam przekopywać strony internetowe. O Canaletto całe wywody, a o Warszawie ani słowa. Już zaczęłam myśleć, że historycy uznali warszawski wątek za zupełnie nieznaczący i w biografii nawet o nim nie wspomnieli, z drugiej strony obrazy są - Warszawa jak nomen omen "malowana"...
W końcu zagadka się wyjaśniła, dokopałam się do sensownych źródeł i okazało się, że malarze używający pseudonimu Canaletto byli dwaj...


Bardziej znany i ceniony Canaletto, nazywał się naprawdę Giovanni Antonio Canal, urodził się w Wenecji i to właśnie za sprawą niezliczonych malunków przedstawiających to miasto zasłynął na arenie europejskiej. Dziś jego obrazy rozsiane są po muzeach całego świata. Kim zatem był mniej znany Canaletto, który "portretował" Warszawę?

Siostra Giovanni Antonio miała syna, który nazywał się Bernardo Bellotto i już jako mały chłopiec został uczniem swojego wuja. Bardzo utalentowany rozwinął artystyczne skrzydła i sprytnie obrał ten sam przydomek artystyczny co wuj. O ile pierwszy Canaletto malował przede wszystkim Wenecję, o tyle drugi zapraszany na dwory królewskie i szlacheckie przedstawiał inne miasta Europy, w tym Monachium, Wiedeń i oczywiście Warszawę, w której to dokończył swego żywota. Jak to się stało, że trafił do polskiej stolicy? 

Pod koniec XVIII wieku wyruszył do Petersburga, by rozpocząć pracę na dworze Katarzyny II. Wcześniej zatrzymał się jednak w Warszawie na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego, chciał podszkolić nieco swój warsztat, nim stanie przed słynną carycą. Tak mu się jednak w tej Warszawie spodobało, że już nigdzie dalej nie pojechał i wkrótce został mianowany nadwornym malarzem. 
Ciekawostką jest to, że pomijając wartość artystyczną obrazów, "widoczki" Canaletta spełniły też inną ważną funkcję. Po bombardowaniu i zburzeniu miasta, to właśnie obrazy włoskiego malarza posłużyły jako wzór przy odbudowie, były bowiem realistyczne i szczegółowe - zasługa przejętej od wuja "foto techniki". Polską stolicę odbudowano więc, nie w takiej formie jak wyglądała tuż przed zburzeniem, tylko tak jak jawiła się na osiemnastowiecznych malunkach w czasie swej złotej epoki. 

Edukacyjna wycieczka Mikołaja, okazała się tak samo kształcąca dla mnie. Oczywiście wyobrażam sobie, że wszyscy powyższą historię znają, ale ja przyznaję szczerze, musiałam przeżyć 40 lat, by dowiedzieć się, że Canaletto było dwóch. Żaden wstyd człowiek uczy się całe życie!

Mamy wiosnę! Prawdziwą wiosnę! Na zdjęciach wczorajsze góry w marcowym słońcu. Po raz pierwszy od miesięcy weekend zapowiada się pięknie! Po raz pierwszy od długiego czasu słońca mamy pod dostatkiem. Życzę Wam dobrego weekendu, a sama zmykam do zajęć. 
Ostatnie pucowanie, naleśniki do usmażenia na leniwy filmowy poranek i ... białe sukienki czekają! 

STOLICA to po włosku CAPITALE (wym. kapitale)

Florencja

Impresjoniści we Florencji

wtorek, lutego 13, 2018


Już jako licealistka zachwycałam się Monetem. Był pierwszym malarzem, który przykuł moją uwagę. "Nenufary" i "Wschód słońca" były dla mnie wtedy najpiękniejszymi obrazami na świecie. Z czasem moje artystyczne horyzonty odrobinę się poszerzyły, choć oczywiście dyplomowanym koneserem sztuki nie jestem i już nie będę. Wiem to i tamto i basta. Mam dziś wielu "ulubionych" artystów, ale do rozmytych impresji Moneta i jemu podobnych zawsze będę miała ogromny sentyment. 


Kiedy planowałam nasz sobotni dzień we Florencji przewertowałam wiele stron z aktualnościami na ten weekend, chciałam mieć plan B, plan C i nawet plan Z na okoliczność gdyby coś nie poszło po mojej myśli. Kiedy przeczytałam o trwającym od listopada "Monet Experience" aż jęknęłam z zachwytu. Reszta wycieczki przystała z ochotą na moją propozycję, a ja mogłam tylko puchnąć z dumy, że mam dwóch nastolatków, którzy na takie "atrakcje" nie kręcą nosem.


W samym centrum Florencji, pomiędzy Ponte Vecchio a Piazza della Signoria, na maleńkim placyku znajduje się Chiesa di Santo Stefano al Ponte. Liczący sobie blisko 1000 lat budynek został zdesakralizowany, a w 2015 roku powołano go do nowej funkcji. Otworzono tu wielofunkcyjne oratorium, w którym regularnie odbywają się wystawy, koncerty i spektakle.    



Monet Experience and the Impressionists to wystawa multimedialna. Niezwykłe obrazy rozciągnięte na wielkich ekranach, spektakl rozgrywa się wokół nas - 360 stopni piękna, zmieniających się barw, impresji wzbogaconych muzyką i animacją. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Można było oglądać pokaz w każdej pozycji, nawet na leżąco, z czego chętnie skorzystał Mikołaj. 
Wystawa potrwa do 1 maja.


To nie był jeszcze koniec naszego sobotniego zwiedzania. Tak jak pisałam podarowaliśmy sobie uderzeniową dawkę wrażeń kulturalnych. Skierowaliśmy nasze kroki w stronę Santa Croce. Ale o tym już jutro...

IMPRESJE to po włosku IMPRESSIONI (wym. impressioni)

Botticelli

Piękność Florencji

piątek, października 20, 2017


- Pusia a ty wiesz, że Venere, którą namalował Botticelli to była prawdziwa kobieta? - Tomek zawsze chętnie dzieli się wiedzą zdobytą w szkole i często przy kolacji raczy nas arcyciekawymi opowieściami.
- Naprawdę? Nie miałam pojęcia!!
- Opowiadała dziś o tym prof Stefania na lekcji sztuki. Muza Botticellego miała na imię Simonetta i w tamtych czasach uważana była za najpiękniejszą kobietę we Florencji i reszty świata. Urodziła się w Ligurii, wydana została za mąż za Marco Vespucci i z nim przybyła do Toskanii. Wielu mężczyzn straciło dla niej głowę, wśród nich był nawet młodszy brat Lorenzo il Magnifico - Giuliano de' Medici, który został jej kochankiem. 
- Niesamowita historia! Poproszę więcej takich. 
- A kojarzysz tę kobietę, co stoi obok Primavery? 
- Nie… Nie znam na pamięć obrazów.
- W każdym razie to też jest Simonetta.
- Primavera to mój ulubiony obraz - wtrąca się do rozmowy Mikołaj.
- Ja z tych dwóch wolę Venere
- Ja też… Pusia, a jaki jest twój ulubiony obraz?
- Nie mam ulubionego obrazu, ale mam ulubionych malarzy. Chagall i Monet.
- Ooo Monet! To też mój ulubiony. A mówiłaś zawsze, że lubisz Pocałunek, kto go namalował?
- Klimt. Uwielbiam ten obraz jak i wszystkie pozostałe tego malarza. Są niezwykłe.
- A podoba ci się Picasso?
- Nie, Picasso to nigdy nie była moja bajka. 
- Mnie też nie. Ja lubię Leonardo!
- O a ja jeszcze uwielbiam Silvestro Lega.
- Kto to? 
- Ten malarz z Modigliany. 
- Ten co plamkami malował - dodaje Mikołaj.
- Niby zwykłe scenki rodzajowe, a tyle piękna...
itd… itd…. Potem rozmowa przechodzi na kompozytorów. Rozmawiamy o Verdim i o Wagnerze, a Tomek przejęty opowiada o spektaklu na koniec roku. Temat sztuki został już wybrany - życie Vivaldiego. 
Nie lubię słowa "fajny", ale muszę powiedzieć - fajni ci moi chłopcy. Nie dlatego, że moi. Po prostu fajni i kropka. 


Kiedy kładę się spać mrok pokoju rozświetla jedynie światło monitora. Na ekranie mam wyświetloną  Primaverę Botticellego. Przyglądam się kobiecie stojącej obok. Nigdy nie zwróciłam uwagi, że to ona jest na tym obrazie najpiękniejsza. Jakie to stereotypowe … Zazwyczaj patrzymy na "głównego bohatera". Ta kobieta ma rzeczywiście twarz Wenus. Musiała być piękną kobietą. Mówili o niej "La bella di Firenze". Wciąż jest piękna. 
  


WENUS to znaczy VENERE (wym. wenere)

Alfredo Correani

Toskania, Marradi i Sztuka

wtorek, września 26, 2017


Wielokrotnie już o tym pisałam, ale znów muszę, bo za każdym razem radość we mnie jest ta sama. Małe miasteczko zaledwie trzy tysiące mieszkańców, a potrafi dać tak wiele emocji i zaspokoić głód na tylu życiowych płaszczyznach. Niezwykłe też jest to, że mieszkańcy na te propozycje odpowiadają swoim zainteresowaniem, swoją obecnością. 
Coraz częściej słyszę, że mówi się o Marradi - miasto sztuki. To bardzo dobrze, bo tam gdzie jest sztuka ludzie są wrażliwsi, tam gdzie jest piękno, żyje się lepiej. Jeszcze jeden powód do radości jest taki, że o Marradi gdzieś tam się mówi, że kogoś jeszcze to miejsce inspiruje… 
I oto w sobotę odbyła się w naszym miasteczku inauguracja wystawy toskańskiego malarza Alfredo Correani.


Wystawa zatyułowana jest Viaggio in Toscana (co tutaj można przetłumaczyć "podróż po Toskanii"). Artysta skupił się przede wszystkim na miejscach przygranicznych. Wśród uwiecznionych znalazły się: Piza, Elba, Capraia, Giglio, Chiusi, Sestino, Scandicci, Capalbio i oczywiście Marradi. 


Czuję się wyróżniona, bo to właśnie mnie poproszono o zrobienie zdjęć z inauguracji tego wydarzenia. Musiałam wprawdzie rozdwoić się między Gośćmi Kamiennego Domu, a marradyjską kulturą, jednak przyznam szczerze - było warto. Zachciało mi się  natychmiast wyruszyć w choćby krótką, najkrótszą podróż… Taki był potem nasz niedzielny zamysł, ale tu akurat pogoda miała inne plany.


Nie doczekałam niestety do końca imprezy, do wspólnego aperitivo, bo z tym czekał już na mnie ktoś w Biforco. Moja ulubiona Contessa i nasze rozmowy bez końca… 
Znów jestem w dzikim pędzie, ale … Jak dobrze, że jest Marradi, jak dobrze, że tyle dzieje się wokół mnie i jak dobrze, że jest Ellen… Anche qui, anche se gia' in ritardo - Tantissimi Auguri Carissima!!! 


INAUGURACJA to po włosku INAUGURAZIONE (wym. inauguracjone)