Na piątek czekam zawsze z utęsknieniem, jak każdy… Ale ten piątek jakiś był taki nijaki, szczerze mówiąc nawet całkiem do kitu. Zaczęło się tym, że ktoś się umówił na próbną lekcję włoskiego. Zasiadłam o określonym czasie do komputera, przywitałam się serdecznym "buongiorno", ale odpowiedziała mi … cisza. Poczekałam umowny kwadrans, a potem zostawiłam wiadomość i poszłam prasować. Pewnie gdyby to była jednorazowa sytuacja machnęłabym ręką, ale tak się składa, że w ostatnim czasie to niestety nie był odosobniony przypadek, więc siłą rzeczy zaczęłam myśleć, że może to zamierzone i że ja sama jestem chyba z innej planety, bo to czego przede wszystkim nauczono mnie w domu to szacunek dla innych. Ktoś pół dnia traci na mailowanie, ustalanie, ja wysyłam materiały, a potem całuję skypową klamkę. Trudno. Może i na to kiedyś się znieczulę.
W każdym razie źle mi się zrobiło bardzo i wtedy, nie wiedzieć czemu, przypomnieli mi się moi goście z gitarą. Gdy we wrześniowe popołudnie w salonie Kamiennego Domu rozległo się głosem słowika: Nim las, nim kłos … złapałam za telefon i nagrałam występ, by wrócić do niego kiedyś, kiedy będzie mi źle. I właśnie źle było mi w piątek. Zaczęłam więc podśpiewywać razem z M. (dziękuję ci M!) pokochaj mnie lesie mój, kochajcie mnie ranne mgły, darujcie mi biały strój … I tak słuchałam i prasowałam i słuchałam, aż góra czystych rzeczy zaczęła wyraźnie się zmniejszać, a moja złość i smutek znów zelżały.
Co jakiś czas zerkałam przez okno. Z żalem stwierdziłam, że lipy, które fotografowałam dwa dni temu zubożały w liściach. Zmoczone i zmęczone poniewierały się na asfalcie liście, których splendor zgasł. Znów mnie w gardle ścisnęło...
Mikołaj zaraz po szkole pojechał na mecz. Ponieważ w tym czasie miałam lekcję, więc nie zobaczyliśmy się nawet na popołudniowego buziaka i "ciao amore - ciao mamma". Miał wrócić późno, grubo po kolacji... Czy muszę dodawać, że kolacja piątkowa w ogóle mi nie smakowała, mimo że jedliśmy ulubione polędwiczki z pieprzem pieczone w kominku? Nie smakowała mi i już! Ani trochę. Dziwnie było przy stole bez Mikołaja … Całkiem bez sensu.
Przełknęłam bez smaku to, co miałam na talerzu i usiadłam przy kominku. Tomek zajęty był przygotowywaniem prezentacji o Sobieskim, więc zostałam całkiem sama z moimi myślami.
Nie, nie jestem matką kwoką… No dobrze, trochę tak … Ale im dłużej żyję, tym bardziej dociera do mnie, że to dzieci są całym moim światem, tylko z nimi życie ma smak taki, jak lubię. Jeden wieczór w niekompletnym składzie wprowadził mnie w zły humor, co zatem będzie za jakiś czas, kiedy obydwaj wyfruną z gniazda..?
Cóż.. Nic nie będzie. Życie jakiś smak będzie miało, już nie taki jak teraz, ale będę musiała się przyzwyczaić. Dalej będę siedzieć przy kominku i śpiewać razem z M. ... Zegary tak śpieszą się, biegną dnie i noce … A sady wciąż będą się zielenić...





