
Mam w tym roku na celowniku jeszcze jedną "łąkę Dyzia". Tę wybieram, kiedy mam więcej czasu, bo żeby do niej dotrzeć muszę przedreptać prawie cztery kilometry w jedną stronę, ale jednocześnie nie muszę sobie fundować wysiłku dużym przewyższeniem. Łąka jest piękna, o tej porze soczyście zielona i ukwiecona. Widać z niej badię i gaj kasztanowy należący do posiadłości "Pian della Quercia".
Na tej właśnie łące spędziłam sobotnie popołudnie. Obiad zjedliśmy tylko we dwoje z Mikołajem, bo w soboty Tomek pomaga w ośrodku dla imigrantów. Pracuje z małymi dziećmi. W tej chwili ma pod opieką dwoje maluchów z Erytrei i zawsze po powrocie opowiada różne historie. W sobotę na przykład wrócił z ręką wymazaną flamastrem, bo kiedy pracował ze starszą Marią, jej młodszy, niesforny brat wyżywał się "artystycznie" na dłoniach Tomka.
A zatem po obiedzie Mikołaj poszedł do swoich spraw - wśród których był wycisk rowerowy i nazbieranie kwiatów dla Matki, bo Toliboskim można być nadal, nawet w wieku szesnastu lat, a ja zwinęłam moje fanty do plecaka i tyle mnie widzieli.

Dla kogoś kto zaczyna weekend w piątek po południu i wraca do pracy w poniedziałek rano to żadne wielkie halo, ale dla mnie, która weekendów tradycyjnych w kalendarzu raczej nie ma, taka sytuacja, kiedy w perspektywie są DWA WOLNE DNI to istne szaleństwo, to euforia jakbym zaczynała wczasy nie wiem gdzie!
Swoją drogą te dwa dni odpoczynku były dla mnie naprawdę zbawienne i obiecałam sobie, że przynajmniej raz w miesiącu będę sobie taki wolny dwudniowy luksus fundować. Dziś jestem jak nowonarodzona!
Fascynująca opowieść o ludziach, o modzie, o relacjach, o biznesie, o rodzinnych perypetiach, napisana bez nadęcia, bez wybielania, z niemal dziecięcą lekkością.
Nie mogłam się oderwać! Przez to właśnie zabalowałam na łące Dyzia prawie do kolacji i kiedy już włożyłam przeczytaną książkę do plecaka, wiedziałam, że nie mam jednak zamiaru ani oglądać House of Gucci, ani fatygować się do Museo Gucci.
W poniedziałek znów wrzuciłam do plecaka książkę i notes i poszłam w to samo miejsce, ale tym razem wdrapałam się nieco wyżej. Książki nie przeczytałam nawet strony, ale za to pisałam, pisałam i nie mogłam przestać. Na maila przywędrowało kilka miłych wiadomości, w tym od mojego redaktora. Szłam potem do domu i uśmiechałam się sama do siebie. To zazwyczaj ja jestem tą, która cytuje innych, więc nagle dostać maila z moim własnym cytatem wypisanym wielkimi literami... To są dla mnie WIELKIE chwile.
Pięknego dnia!
MIEĆ ZAMIAR to po włosku AVERE INTENZIONE (wym. awere intencjone)







