degustacja

Lejdis na salonach i łzawe pożegnanie

czwartek, września 29, 2016



Wakacje Lejdis dobiegły końca. Nie trwały długo, ale za to był to najbardziej intensywny czas jaki spędziłam z turystami. Lejdis zachwycały się wszystkim, nawet najmniejszymi drobiazgami, choć przyjechały z "wielkiego świata" i może to właśnie było w tym wszystkim najpiękniejsze.

Swój toskański czas zakończyły w wielkim stylu - jak na Lejdis przystało - na prawdziwych salonach! Zwiedzanie Palazzo Torriani, spotkanie z Anną Marią i degustacja dań przez nią przygotowanych chyba przerosły kilkakrotnie ich oczekiwania. 
Wystrojone w najładniejsze sukienki zjawiły się przed czasem przejęte i podekscytowane. Przywitane serdecznie przez Gospodynię zaczęły zwiedzanie bajkowych wnętrz. Przechodziły z jednej sali do drugiej, oglądały wiekowe drobiazgi i rozwiązywały zagadki. Nie wiedzieć kiedy, minęła godzina. Nadszedł czas, by coś przekąsić. Lejdis wyobrażały sobie degustację jako drobne przekąski i wino, tymczasem kiedy Anna Maria otworzyła przed nimi drzwi sali, w której czekał stół nakryty niczym dla angielskich księżniczek, zaległa cisza. Cisza do Lejdis zupełnie niepodobna, nie dało się słyszeć nawet jedno "wooow"… To było coś czego zupełnie się nie spodziewały.



Anna Maria zaprosiła nas do stołu i na początek poczęstowała kasztanowym piwem. Lejdis znów odzyskały głos i zaczęły trunek szczerze komplementować. 

- Co ci jest? Coś się stało? - pytam N.
- Czujesz jak pachnie? - N. ponownie zakrywa twarz.
- Co takiego? Serwetka?
- Maglem pachnie…
Zaraz wszystkie Lejdis przybliżyły serwetki do nosa i z rozmarzeniem potwierdziły:
- Tak, tak! Tak jak kiedyś! Maglem!

- Jak dobrze, że się ładnie ubrałyśmy, w dżinsach czułabym się co najmniej niestosownie - teatralnym szeptem powiedziała A.

- Tego się nie da opisać…  

Potem nadszedł czas na antipasto - pate' z bażanta, sałatka z rukoli i z kasztanem i grzanką z pomidorami. Jakże trudno jest opisać czasem smaki, w tamtej chwili nawet poezja zdawała się niewystarczająca. Anna Maria przyniosła dzbanuszek pałacowej wody. Mówi się, że kto się jej napije, na pewno do Palazzo powróci. Lejdis piły więc chętnie, bo już wiedziały, że Palazzo Torriani to miejsce, za którym zaczyna się tęsknić nim jeszcze opuści się jego progi.


Po przystawkach na stół wjechał krem z ziemniaków i niech nazwa nikogo nie zniechęci, bowiem krem ów był jak jedwab, jak aksamit dla podniebienia. Na drugie danie Anna Maria podała sformatino z ricotty i warzyw  w towarzystwie róży z cukinii na pomidorowym sosie, a wszystkiemu towarzyszył domowy chleb z orzechami, scchiacciata i doskonałe wino. 




- Kto to wszystko przyrządził - pytały Lejdis nieśmiało.
- To wszystko zostało przygotowane przez Annę Marię - przetłumaczyłam słowa Gospodyni sama będąc wzruszona jej odpowiedzią - zrobiła to sama, byście w tych daniach poczuły ciepło, radość i miłość z jaką wita was w swoich progach…



To jeszcze nie był koniec smakowania, na stół wjechały sery i domowe konfitury, a każdy kolejny smak zdawał się być lepszy od poprzedniego. Nawet ja niektórych przetworów próbowałam po raz pierwszy - konfitury z cytryn, z czerwonych pomarańczy były absolutnym majstersztykiem.



Nadszedł czas na słodkość i oto stanąl przed nami tort bezowy ze śmietaną i truskawkami … W jednej chwili powiedzenie "rozpływa się w ustach" nabrało zupełnie nowego znaczenia. Deser był tak pyszny (to chyba najczęściej powtarzane słowo w czasie wakacji Lejdis), że nawet łzy wzruszenia spłynęły po policzkach. Czy istnieje kulinarna wersja syndromu Stendhala? Chyba tak! Widziałam to na własne oczy…




Czas mijał nieubłagalnie.
- Co ile czasu dzwoni ten zegar? - zapytała A., kiedy zabytkowy zegar na komodzie znów zadźwięczał krótką melodyjką. 
- Co piętnaście minut?
- Chyba jednak co pół godziny, tak nam cudownie, że czas zdaje się gnać! 




Wieczór był cudowny, ale wcześniej czy później wszystko się kończy. Były uściski, wspólne zdjęcia, podziękowania, ciepłe słowa, serdecznościom i wzruszeniom nie było końca. Lejdis wpisały się do pamiątkowej księgi i obiecały, że wrócą. A wrócą na pewno i niech woda ze studni im w tym pomoże. 



Wakacje Lejdis dobiegły końca. Dziś, kiedy to piszę, są już na pewno w swoich domach. Mam nadzieję, że podróż była szczęśliwa i spokojna i że marradyjski czas na zawsze pozostanie w pamięci. W poniedziałkowy wieczór na parkingu w Biforco polało się trochę łez, w gardle ścisnęło z żalu i wzruszenia. Pamiętajcie, że Marradi będzie na Was czekać! 
I jeszcze na koniec wielkie podziękowania dla Anny Marii za nieprawdopodobną atmosferę, za serce na dłoni, za poświęcony nam czas, za niezapomniany wieczór.
Grazie Anna Maria! Grazie di tutto!


WRACAĆ DO DOMU to po włosku TORNARE A CASA (wym. tornare a kaza)

dzieci

Witaj szkoło, włoska szkoło - po raz czwarty w historii.

czwartek, września 15, 2016



- Dlaczego w wakacje czas biegnie szybciej?
- Nieprawda, biegnie każdego dnia tym samy tempem.
- Nie sądzę, wakacje przecież przeleciały w moment.
- Tak ci się tylko wydaje, nie zauważyliście, że to co miłe szybciej ucieka, a to co nam się nie podoba ciągnie się w nieskończoność, ale to tylko nasze złudzenie, iluzja.
Patrzą na mnie obydwaj, jakby nie do końca byli przekonani o słuszności moich słów.
- Popatrzcie, taki prosty przykład. Przed chwilą Mikołaj zdziwił się, że już 18.00, że na spacerze jesteśmy ponad godzinę. Idziemy sobie powoli, niespiesznie, jecie lody, rozmawiamy o tym i o tamtym i szast prast godzina uciekła, a gdybyście ten sam czas mieli teraz przełożyć na lekcję matematyki, to pewnie nie byłby jak mgnienie oka …
- Ja lubię geometrię…
- Ja geometrii nie lubię, ale teraz od początku będę się musiał do niej przyłożyć …
Ja wciąż o tym, a oni już o tamtym, gorzej niż czas pędziwiatr.


L'estate sta finendo … gra mi w uszach od kilku dni i w gardle ściska. Wymądrzam się z tanią filozofią przed dziećmi, ale po cichu muszę przyznać, że to wszystko bzdura, żadna tam iluzja! W wakacje czas rzeczywiście szybciej biegnie… Nie ma kapoty na plecach i tylu obowiązków, lżejszy jest więc i szarżuje jak wariat … Czas wariat!

Kładę się spać, a wats app świruje do późnego wieczora, ding ding… ding ding, telefon nie ustaje w wiadomościach w grupie klasy Mikołaja. To życzenia. Dobrego Nowego Roku szkolnego! Ostatniego roku w szkole podstawowej! Oj już czuję jak będziemy płakać za dziewięć miesięcy … Niesamowici są rodzice. Niesamowici wszyscy, którzy zaczepiali dzieci i życzyli dobrego startu w nowym roku. 

Mikołaj zaczyna rzeczywiście już ostatnią klasę w szkole podstawowej, Tomek środkową w scuola media. Dla obydwu będzie to czwarty rok włoskiej edukacji. Plecaki spakowane, kawa już pyrkocze na ogniu. Zaraz otworzą się drzwi szkoły. Poprosimy o kciuki i szczere "in bocca al lupo!".
Witaj szkoło, witaj nowy dniu!  



festa

Ostatnia wakacyjna prosta

piątek, września 09, 2016



Jak sobie pomyślę, że oto przed nami ostatni wakacyjny weekend to najzwyczajniej w świecie mam ochotę rozpłakać się jak dziecko, a przecież to nie ja muszę wrócić do szkoły. Czuję żal, że znów coś się kończy, że to wszystko co było, to było i nie wróci … Ech! Żeby tak móc cofnąć czas do 10 czerwca do godziny 12, kiedy wszyscy odjeżdżali spod szkoły z rękami na klaksonach! 
Wczoraj było podsumowanie turystyczne, dziś więc czas na takie bardziej prywatne, osobiste, czyli kilka słów o tym, gdzie nam się udało zawitać, gdzie wybawić, co zjeść. 
Przede wszystkim widzieliśmy całkiem sporo…
W czerwcu zakochałam się bez pamięci Portovenere, objechaliśmy tyle o ile Cinque Terre, pozostając jednak sceptyczni co do tego, czy to jest miejsce dla nas. Przejechaliśmy w zachwycie przez Dolinę Elsy i Orci, zatrzymując się to tu to tam. Potem wywiało nas do Marche i z otwartymi buziami, zadartymi głowami podziwialiśmy Gola di Furlo. I na koniec wreszcie Rzym i Umbria i Bolsena … Może o czymś zapomniałam, ale to i tak całkiem sporo, jak na kogoś kto wakacje organizował innym, a sam praktycznie ich nie miał. Byliśmy wszak aż w sześciu regionach Włoch!

prywatne rzeki szemranie

Kilka razy wyskoczyliśmy nad morze, nad rzekę, nad wodospad. Po górach chodziliśmy niewiele, bo pogoda skwiercząca upałem raczej do tego nie zachęcała.
Bawiliśmy się na wielu festach i prywatnych przyjęciach. Casa di Santa Barbara, jak też i kamienny dom Contessy tętniły życiem i nie raz przy stole było gwarno jak na włoskim filmie. Była i muzyka w gaju kasztanowym i średniowiecze w Palazzuolo i golonka w Crespino, piwo w San Martino, jak co roku do Marradi powróciły streghe, a o mojej podróży na taczce jeszcze długo będzie się mówić. Wieczory wypełniły się muzyką, spotkaniami, teatrem i wspólną zabawą. 
W leniwe dni chłopcy pływali na tratwie po Lamone, ja przysiadałam na kamiennym brzegu rzeki, by zaczerpnąć razem z nimi chwilowej beztroski, popisać albo przez moment zwyczajnie nic nie robić. Lodów w tym roku zjedliśmy bez liku, choć jeśli o mnie chodzi słodkość w wafelku częściej zastępował kieliszek orzeźwiającego spritza… 
W kuchni też sporo się działo, a efekty tego będzie widać na blogu w następnych dniach. Ogródek wydaje ostatnie plony, jeżyn urodzaj, tak samo brzoskwiń i orzechów, tylko migdałowi przed kamiennym domkiem coś się w tym roku stało niedobrego…

Casa di Santa Barbara jeszcze w soczystej zieleni początku lata

A zatem przed nami ostatni wakacyjny weekend 2016…  a już dziś wieczorem kolejna festa! "Wieczór biało niebieski" - czyli otwarcie sezonu klubu sportowego, będzie muzyka, jedzenie i zabawa. Na niedzielę też mamy atrakcyjny plan. Za tydzień w Modiglianie feste dell'Ottocento i kolejne żywe obrazy! I tak dalej i tak dalej… a potem kasztany, trufle, polenta … A ja znów po cichu będę odliczać do wiosny … 

POTEM to po włosku DOPO (wym. dopo)

Marynowana cukinia - już dziś w Kuchni kamiennego domu



drzewo

NIE koniec lata

poniedziałek, września 05, 2016


Och, co to był za weekend! Intensywny pełen wrażeń, przy stole wśród dobrych ludzi, ale też bardzo, bardzo pracowity w każdym tego słowa znaczeniu. O stole i o ludziach opowiem w osobnym poście, za dużo emocji, za dużo się działo, bym mogła to streścić w kilku słowach. To znaczy móc może bym i mogła, ale takie momenty nie zasługują na streszczenia, one warte są prawdziwych poematów. 


Dziś słów kilka o końcu - "NIE końcu" tegorocznego lata. Oficjalna impreza z koncertem i fajerwerkami, która została odwołana w zeszłym tygodniu, odbyła się w miniony sobotni wieczór. Jak każdego roku muzycy przed barem przygrywali, a w niebo poleciały fajerwerki, to marradyjska tradycja kończąca oficjalnie sezon letni.  


Zjechaliśmy akurat z Cavallary po wieczorze przy pizzy, kiedy ludzie ustawiali się już na moście. Zatrzymaliśmy się więc na fajerwerkowy pokaz, ale zaraz po nim wróciliśmy do domu. Byłam wyciśnięta z energii jak cytryna, a świadomość jeszcze bardziej intensywnej niedzieli poganiała mnie jak bicz do łóżka. 
Fajerwerki rozświetliły marradyjskie niebo, ale poza tym, że sklepy w niedzielę już są zamknięte, że basen nieczynny, nijak nie odczulibyśmy końca lata. Wciąż panuje upał i dzieci do woli korzystają z rzecznych uciech, nawet jeśli woda coraz niższa i niższa … Przez chwilę słychać było w eterze prognozy pogody pełne chmur i deszczu, ale zdaje się, że i tym razem woda ominie Marradi. Niebo się wypogadza i nic nie wróży zmiany pogody. 
Tak czy inaczej przestraszona, że w końcu lunie i to porządnie, bo przecież ile czasu może nie padać, zamówiłam drewno na zimę. O 8.00 rano Mikołaj stał już w gotowości, chętny do pomocy. I w tej kwestii tak wiele się zmieniło …. to już nie takie całkiem dziecko. Mały mężczyzna, który czuję się w obowiązku pomóc, a może z czasem sam przejąć ciężkie prace. Najpiękniejsze w tym wszystkim jest jedno - on znajduje w tym radość, robi to z sercem,a nie na siłę, bo ktoś mu kazał. To dobrze. Człowiek, który lubi pracować, zawsze łatwiej sobie w życiu poradzi, szczególnie w trudnych sytuacjach… 


A zatem upał trwa w najlepsze i chyba nic się w tych dniach przynajmniej w tej kwestii nie zmieni, cantina jest pełna drewna, więc tak czy inaczej zima nam nie straszna. Miejmy nadzieję, że i październik, który przyjdzie potem zaprezentuje się od najładniejszej strony. Kasztany dojrzewają, liście na drzewach marnieją, a ja piszę, gotuję, gości witam i żegnam …
Dobrego tygodnia!

 A ZATEM to po włosku QUINDI (wym. kłindi)