dialekt

Ocalić od zapomnienia

niedziela, kwietnia 14, 2019


Ostatecznie nigdzie dalej poza granice miasteczka się nie ruszyliśmy i nie dlatego, że pogoda nie była sprzyjająca - pod wieczór przebiło się nawet słońce, tylko dlatego, że jakoś rozproszyły nas sprawy na miejscu. Tomek do południa był w szkole. Mikołaj miał próby do zawodów sportowych. Ja przez kilka godzin przygotowywałam lekcje na następny tydzień. Potem po obiedzie zajrzeliśmy do myśliwych i przepadliśmy na dobrą godzinę, bo a to kieliszeczek prosecco, a to radicchio z ogródka, a to bla bla bla, a to hi hi hi, a czas mijał... Przed wieczorem natomiast w Centrum Dino Campana odbyło się kolejne spotkanie mające na celu utrzymanie przy życiu "dialektu". 

Kto we Włoszech bywa regularnie lub interesuje się kulturą i tradycjami tego kraju ten wie, że niemal każdy region ma swój dialekt. W Marradi starsze pokolenie częściej niż języka włoskiego używa dialektu "romagnolo". Zawsze dziwiłam się, że Mario z mamą rozmawiał w dialekcie, a z młodszą siostrą już po włosku - jeden dom, a dwa języki. Kiedy przysłuchacie się tutaj rozmowom starszych panów grających przed barem w karty, usłyszycie, że ich mowa przypomina bardziej język francuski. W istocie dialekt "romagnolo" nie ma w sobie nic ze śpiewności i melodyjności języka włoskiego. 
Dialekt jest częścią tutejszej kultury i tradycji, ale niestety zatraca się wraz z przemijaniem najstarszych pokoleń. Dlatego też w ostatnim czasie Centro Studi zorganizowało cykl spotkań mających na celu podtrzymanie dialektu przy życiu i zainteresowanie nim najmłodszych pokoleń. 
Byłam szczerze wzruszona patrząc na dzieciaki z drugiej klasy i na mojego Mikołaja wśród nich, które z piosenką mającą stać się oficjalnym hymnem całego przedsięwzięcia wystąpiły na wczorajszym spotkaniu. Mikołaj nie ma tu dziadków, którzy mówią w dialekcie, ale ma Mario, z którym spędza od lat dużo czasu i dzięki temu "romagnolo" słyszy niemal każdego dnia. 


I tak minęła sobota i nastała niedziela. Czym wypełni się kolejny dzień? - tego nie wie nikt. Deszcz raczej nie pozwoli nam na dalsze wojażowanie, ale to się jeszcze okaże. Tymczasem czas usmażyć górę naleśników do filmowego poranka, żeby tradycji naszej niedzielnej stało się zadość. 

ZAPOMNIEĆ to po włosku DIMENTICARE (wym. dimentikare)

dowcip

Nananananan ... i tak dalej

czwartek, grudnia 06, 2018


To wszystko przez supermarket. Choć nie! Powiedziałabym nawet, że to wina czerwonej soczewicy, którą kupiłam w poniedziałek całkiem przy okazji, kiedy wybrałam się po choinkę. Normalnie jak w "Misiu"! Całkiem przypadkiem... Ale mniejsza z tym. Jak już kupiłam tę soczewicę, to zaraz znalazłam nowy przepis - btw już na blogu - do którego brakowało mi kurczaka i "odori"*. Pognałam więc zaraz po lekcjach do marketu po brakujące składniki i kiedy przechadzałam się między półkami usłyszałam z głośników TĘ PIOSENKĘ. 
I wiecie jak to jest... Jak już jakaś piosenka wejdzie w głowę, w serce, w uszy, pod skórę, no wszędzie wejdzie i człowiek do nocy póki nie zaśnie nuci i nuci i nucić przestać nie może? Znacie to? 
TA PIOSENKA tak mi właśnie weszła i co ciekawsze znałam ją doskonale, ale za nic nie mogłam sobie przypomnieć co to i kto to. SKLEROZUS POSPOLITUS i to się coraz bardziej pogłębia. 
W końcu, kiedy usiadłam z Mikołajem do obiadu olśniło mnie - przecież to Negramaro! Że też od razu na to nie wpadłam! Choć szczerze mówiąc za Negramaro nieszczególnie przepadam, to akurat nie wiedzieć czemu TEN kawałek uwielbiam. Zawsze uwielbiałam. 

- Podobały się kolegom twoje włosy? 
- Tak. 
- Posłuchaj, znasz tę piosenkę: nanananana... 
Mikołaj popatrzył na mnie z mieszanką zdumienia i dezaprobaty. 
- Na pewno znasz, zastanów się dobrze: nananananaaaa. Cholercia jakie tam słowa były??? Coś z "indietro"?
- Ja tam nie wiem, mało słucham włoskiej muzyki.
Zaczęłam przekopywać You Tuba i nic. 
Godzinę później zjawił się Tomek. 
- I jak poszło? 
- Dobrze. 
- Obiadek dobry zrobiłam, siadaj do stołu!
- Ładny masz sweterek, nowy? 
- To sukienka - poprawiłam w duchu i już głośno dodałam - nie, nie jest nowy, mniej więcej w twoim wieku. 
Boże! Ja to cała jestem już 100% vintage!
- Ładny. 
- Dziękuję. Słuchaj, taka piosenka się dziś do mnie przykleiła i nie mogę jej znaleźć, a chcę jej dalej słuchać. Już wiem, że to Negramaro. Nananana...
- Pusia nie mam pojęcia. I w ogóle nie znam Negramaro. Pusia ... hai mai notato che ISOLA si scrive con una I sola? (niech to będzie do rozszyfrowania dla moich uczniów).
- Dobre! Lubię takie gry słów, a teraz posłuchaj uważnie, to na pewno znasz! Nananana...
- Nie znam. Pusia... a słyszałaś dowcip o kretynie na drzewie? 
- Nie. Jaki?
- Zejdź, to ci opowiem.
- Hahaha! Bardzo śmieszne. To co, nie wiesz? Zjedz jeszcze trochę soczewicy, zdrowa jest. 
Jak łatwo przejść od Misia do Dnia świra...
- Zjem na kolację, teraz już nie mo....
- MAM!!!!
- Pusia, ja zawału przez ciebie dostanę! 
- Mówiłam, że coś z "indietro"! Och! Już mi lepiej. Posłuchaj: Un passo indietro...
Może to i nic wielkiego, słowa żadne wielkie halo, ale wlazła pod skórę i siedziała. Słuchałam jej na okrągło przez całe popołudnie, aż przyjechała Ellen... Moja kochana Ellen na chwilę wróciła! I tak nam było dobrze przy herbacie i przy winie. 

***
Mikołaj po roku i kilku miesiącach wykończył kolejny plecak. Przejął więc stary po bracie, a w tym plecaku... No właśnie! Stawiam spritza temu, kto zgadnie - co Tomek miał w plecaku?

ODORI to w tym wypadku: seler, marchewka, cebula, natka pietruszki.

Ps. Pogoda znów uraczyła nas słońcem i ciepłem. Oby jak najdłużej. Poza oczywistym urokiem takiej zimy, to też przede wszystkim wielka oszczędność jeśli chodzi o ogrzewanie. 

język

Z językami za pan brat

czwartek, października 04, 2018


- Możesz mi powiedzieć czym jest Łuk Triumfalny w Paryżu? Tylko po francusku.
- Żartujesz?
- Przecież uczyłaś się francuskiego.
- Tak! Ale to było 15... 16 lat temu! ... Nie... zaraz, zaraz... Mój Boże. Jakie 15?? 25 - 26 lat temu!
- Ale coś na pewno pamiętasz.
- Coś! Ale dlaczego ty masz już pisać takie rzeczy po francusku?
- Mieliśmy coś napisać o tych słynnych francuskich budowlach. Ci, którzy już się języka uczyli po francusku, ci którzy nie mieli styczności po włosku.
- A zatem?
- No ja bym chciał jednak spróbować po francusku. Przynajmniej jakieś proste zdanie.
- Bravo. Pokaż podręcznik. Spróbujemy coś wykombinować.   

Znowu poczułam się jakbym była licealistką. Wielką miałam radość z tego siedzenia razem z Tomkiem na tarasie w popołudniowym, październikowym słońcu i składania prostych francuskich zdań. Swoją drogą jak to brzmi - 25 lat! Trudno uwierzyć, że moje liceum było ćwierć wieku temu...
To były inne czasy. Ja też uczyłam się języków i tak naprawdę... niczego się nie nauczyłam. Szkoła i nauczyciele zgasili cały mój entuzjazm, podcięli skrzydła i skutecznie zachwiali poczuciem własnej wartości i wiarą w samą siebie. Może teraz przy Tomku zrobię z tym porządek, bo to przecież wstyd, żeby tak ani be ani me. Cud, że ten włoski tak gładko wszedł mi pod skórę, przynajmniej tyle z moich językowych satysfakcji.


Pogoda, tak jak zapowiadano, znów zrobiła się przyjemna. Aż się prosił jakiś piknik, czy spacer gdzieś w górach, tylko mnie tym razem tak rozłożyło, że aż tchu od tego kichania złapać nie mogłam. Dziś niewiele lepiej, to znaczy żadne lepiej tak naprawdę, bo przeszło na gardło. Chłopcy wykurowali się w moment, bo jednak poleżenie choć jeden dzień w pieleszach i przemysłowe ilości czosnku i imbiru miały zbawienne działanie. Ja - rzecz jasna - ani jednego ani drugiego. Samo przejdzie.

***
Mikołaj przed snem:
- Po co tak naprawdę jest stanik? - pyta Mikołaj.
- Mikołaj! Błagam... 
- No co? 
- Pomyśl... Co znaczy słowo: BIUSTONOSZ? Jak ci się kojarzy?
- Aaa no to tak jak LISTONOSZ! 

BIUSTONOSZ to po włosku REGGISENO (wym. redżdżiseno)

język

O liceum więcej niż dwa słowa

sobota, września 29, 2018


W piątek Tomek wrócił do domu dopiero przed 17.00. Już od tygodnia jego klasa umawiała się na wspólny obiad, żeby się lepiej poznać. I tak oto wczoraj zaraz po szkole grupa ponad dwudziestu nastolatków - nikt się nie wyłamał - zaległa w jednej z faenckich pizzerii. Tomek wrócił zrelaksowany i rozpromieniony, a ja zasypałam go gradem pytań. Opowiadał o wszystkich z entuzjazmem, a ja z każdym jego słowem byłam coraz szczęśliwsza, bo chyba tylko ja wiem jak wielkim Tomka marzeniem było mieć doborowe towarzystwo. To była główna kwestia, która zaprzątała jego myśli przed rozpoczęciem licealnej przygody.
Teraz wraca do domu szczęśliwy, nawet niestraszne mu to ranne wstawanie, mało tego - sam wczoraj stwierdził - "przyzwyczaiłem się do szkoły w sobotę. Już mi to nie przeszkadza". 
Nie od dziś wiadomo, że klimat tworzą ludzie... 

- Wiesz Pusia - podsumował wczoraj Tomek - nareszcie mam klasę, gdzie nikt nie lubi gimnastyki, ale za to wszyscy uwielbiają język włoski! 
Potem opowiadał o każdym uczniu, o jednych więcej o innych mniej, ale o każdym pozytywnie. Najbardziej zaprzyjaźnił się z Matteo i Gennaro. Gennaro pochodzi rzecz jasna z Neapolu, a mama Matteo jest Polką. Poza tym klasa to przede wszystkim dziewczyny, o których też usłyszałam w samych superlatywach. - "A wiesz, że Camilla też drugi raz ogląda Sherlocka? A Sara cały czas gada i gada, tak jak ja." Mam nadzieję, że nic się nie zmieni i super klasa pozostanie super klasą, a Tomek zawiąże przyjaźnie, które będzie wspominał z rozrzewnieniem przez całe życie. 


Tak czy inaczej jego entuzjazm nie dotyczy tylko towarzystwa, ale całej szkoły. Poprosiłam, żeby sam o tym napisał, ale jego głowa jeszcze zbyt wszystkim zajęta. Codziennie powtarza nam nowe słówka i zwroty z niemieckiego i francuskiego i radość ma z tego niesamowitą. Tłumaczy nam tajniki niemieckiej wymowy i poucza jak poprawnie wymawiać powszechnie znane słowa, jak na przykład nazwę pewnej kwadratowej czekoladki.
Sama szkoła wygląda tak:
Lekcje odbywają się sześć dni w tygodniu. Zaczynają codziennie o 7.50. Kończą natomiast: trzy razy w tygodniu 11.55 i trzy razy 12.50. Przedmioty to głównie języki, żeby nie przeładować dzieciaków wszystkim na raz - takie jest założenie na pierwsze dwa lata (liceum trwa pięć). Na początek nacisk na: angielski, francuski i niemiecki, z czego połowa lekcji prowadzona jest przez native'ów. Dodatkowo w mniejszych dawkach oczywiście: język włoski, matematyka, łacina, historia, geografia, informatyka, religia i wf. Inne przedmioty wejdą w trzeciej klasie i wtedy uczeń może też wybrać sobie język wykładowy, np. arte po niemiecku, scienze po angielsku, historia po francusku. Maturę też może zdawać niekoniecznie po włosku. Na wiosnę klasa wyjedzie na pierwszą wymianę językową do Niemiec, w kolejnych latach Anglia albo Irlandia i oczywiście Francja. 

***
- Wiesz Pusia co dziś robiliśmy na religii? - pyta Tomek przy obiedzie.
- Nie mam pojęcia.
- Mieliśmy narysować nasze plany, marzenia, to co lubimy i to czego nie lubimy. Prof zebrała nasze prace i powiedziała, że odda je nam za pięć lat. 
- Ciekawe doświadczenie!

***
- Dziś prof od niemieckiego zauważyła, że rysuję w czasie lekcji.
- O matko! Tomek!
- Ale spokojnie! Powiedziała, że jej to nie przeszkadza, bo ma syna w domu, który studiuje coś związanego z rysunkiem i przyzwyczajona jest mówić do kogoś kto w tym samym czasie rysuje. A ja przecież rysuję i słucham. 

NATIVE to po włosku MADRELINGUA (wym. madrelingua)
  

Alto Mugello

Casetta di Tiara

wtorek, marca 07, 2017


W sierpniu 1916 roku do Casetta di Tiara przybył Dino Campana ze swoją ukochaną - poetką Sybillą Aleramo. To właśnie tu przeżyli gorący romans, pełen pasji i namiętności. W tej maleńkiej osadzie schronili się przed całym światem, wędrowali po górach, kochali się, jedli i pisali wiersze. To był ponoć najszczęśliwszy i najintensywniejszy czas ich miłości...


Do Casetta di Tiara można dojść na piechotę przeprawiając się przez góry, można też dojechać samochodem od strony Firenzuoli. Z głównej drogi - "imolese" - trzeba zjechać za drogowskazem, w kierunku surowych skał, ta sama droga prowadzi też do kamieniołomów, gdzie wydobywa się pietra serena.


Droga kręta i wąska do granic niemożliwości początkowo biegnie wzdłuż kamienistych urwisk i potoku Rovigo, który uznany jest za jeden z najbardziej malowniczych w całej Italii, ale o nim napiszę innym razem. Sceneria jest surowa, dzika, o tej porze roku miejsce zdaje się wręcz nieprzystępne, niechętne wędrowcom…  Wspinamy się wyżej i wyżej, przez lasy bukowe, potem przez świerki wysokie prawie jak te wokół Camaldoli i docieramy w końcu do gajów kasztanowych, które pamiętają na pewno czasy zanim Dino Campana w te strony zawitał…
Aż wreszcie po długich, mozolnych sześciu kilometrach wyłaniają się kamienne zabudowania Casetta di Tiara.


O Casetta di Tiara pisała nawet prasa, w tym główne włoskie tytuły. Przekopałam się przez wiele źródeł szukając jak najbardziej aktualnych wiadomości, ale te najświeższe pochodzą z 2012 roku, a to oznacza, że informacje które podaję, zwłaszcza te dotyczące ilości mieszkańców mogły ulec zmianie.


Casetta di Tiara to swoisty mikroświat, trochę jak inna planeta, tak bardzo ukryta, odizolowana, jakby w ogóle z pozostałą cywilizacją nie szukała żadnej łączności. Do czasów drugiej wojny światowej była w pełni samowystarczalna i niezależna, mieszkańcy żyli ze zbioru kasztanów, uprawy ziemniaków i innych warzyw, z węgla i drzewa. Nie potrzebowali niczyjego wsparcia, by przeżyć. Osada miała też swój bar - ristorante Sonia, który istnieje do dziś i w tej chwili jest ostatnią działalnością jaka się ostała. 


Casetta di Tiara to zlepek kilku kamiennych domów i kościół. Kiedyś żył tu nawet ksiądz, teraz przyjeżdża tylko co jakiś czas. Borgo liczy sobie 12 mieszkańców (jeśli w ostatnich latach nic się nie zmieniło), większość to emeryci, ale jest też para młodych ludzi, którzy prowadzą bar i ich córka Gregoria - jedyne dziecko w promieniu kilku kilometrów, w tej chwili pewnie w wieku moich chłopców. 
Najstarsi mieszkańcy wspominają jak wyglądało tu dawniej życie - na obiad i kolację jadało się tylko słodką polentę, związki małżeńskie zawierało się tylko i wyłącznie w obrębie mieszkańców, często wręcz z kuzynami. Wtedy jednak osada liczyła około pięciuset, sześciuset. mieszkańców.


Casetta di Tiara to swoisty fenomen pod wieloma względami, ale przede wszystkim to wielka zagadka językowa. Otóż mieszkańcy tej małej osady mówią językiem jakim nie mówi się w żadnym innym zakątku świata! Nie przypomina on "sąsiedniego" romagnolo, ani też dobiegającego z drugiej strony fiorentino. "Casettino" od lat pozostaje dla uczonych enigmą nie do rozwiązania. Wszystko opiera się jedynie na przypuszczeniach. Według wielu źródeł jest to język, którym mówili Grecy, żyjący na półwyspie w czasach Bizancjum! Należy cofnąć się do czasów kiedy Longobardowie podbili Ravennę, wtedy to mieszkańcy podbitych ziem, którym udało się uciec, schronili się w Apeninach. Garstka ludzi żyjących w kamiennych domach Casetta di Tiara to podobno ich potomkowie!
 Casettino to język skazany na zapomnienie, czy mała Gregoria udźwignie taki ciężar i go ocali? Któż to wie… Żyć w takim miejscu dziś, w naszych czasach to chyba poświęcenie… Chyba… Sama nie jestem pewna. 


Nasz spacer po Casetta di Tiara był krótki i pobieżny, bo upiorna toskańska pogoda, starała się jak mogła, by życie uprzykrzyć. Wiem, że tu wrócę i być może następnym razem pokuszę się o wyprawę od strony gór. Fascynuje mnie to miejsce z wielu powodów. To przede wszystkim rozdział życia Dino i Sybilli, który być może przyczynił się do tego, że świat o tym miejscu usłyszał. To językowy relikt, który chciałabym lepiej poznać, usłyszeć jego brzmienie na własne uszy. Casetta to też izolacja i niedostępność, które chciałabym uszanować. Mam nadzieję, że kiedy tu wrócę aura będzie przystępniejsza, a tutejsza restauracja Sonia otwarta. Bardzo jestem ciekawa co też tutejsza kuchnia serwuje.
Apeninów nie można nie kochać… Kto wie ile jeszcze kryją w sobie tajemnic? 
Jest jeszcze jedno pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi - skąd wzięła się nazwa osady? - tego nie wie nikt!

DWANAŚCIE to po włosku DODICI (wym. dodici)



dzieci

Wokół tematów szkolno komunijnych

sobota, marca 12, 2016


- Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj...
- A co to znaczy??? - Tomek wytrzeszcza oczy.
- To pierwsze zapisane polskie zdanie. Myślę, że to będzie dobry punkt wyjścia do twojego "approfondimento". 
Przekładam z polskiego na polski starodawne słowa, a potem już Tomek ze zrozumiałego polskiego na włoski. 
- Warto też zacytować Reja - rozkręcam się, bo nareszcie Tomek przychodzi do mnie z zagadnieniami, przy których mogę rozwinąć skrzydła - "... iż Polacy nie gęsi i swój język mają." 
- A kto to jest Rej?

Referat jaki Tomek miał przygotować na lekcję stał się przyczynkiem, do krótkiej domowej lekcji języka polskiego. Znów wyszły z szafy i stały się użyteczne moje stare, uniwersyteckie podręczniki, dawna zmora - gramatyka staro cerkiewno słowiańska i ukochana literatura. Prześlizgnęliśmy się przez średniowiecze, renesans, a na koniec odrobina historii - dawne plemiona i ich przemieszczanie się w Europie.
Przekonana byłam, że to wszystko potrzebne jest na lekcje włoskiego i szczerze się zdziwiłam, kiedy Tomek sprostował: 
- Ale to na ... geografię!
- Na geografię???? 
- Mamusiu! Bo my się na geografii nie uczymy się tylko o morzach i ukształtowaniu terenu. Geografia to też języki, ekonomia, praca ...
- Ciekawe! 
Znów pozazdrościłam Tomkowi szkoły... 

Mikołaj coraz intensywniej przygotowuje się z klasą do pierwszej komunii, ale jakież to wszystko inne niż w Polsce! Tak, dziś będę te różnice podkreślać grubą kreską! Dziś nie będę się powstrzymywać i napiszę wprost - tu jest lepiej, normalniej, bardziej po ludzku i bardziej duchowo. 
Przygotowania w Polsce - odpytywanie, zakuwanie na pamięć modlitw i klepanie ich bez sensu! Czy ktoś potem pamięta przykazania kościelne?? Czy w ogóle dzieci je rozumieją?? Następnie klepanie formułek z mszy bez minimalnego ich zrozumienia, ważne, że wykute na pamięć. A spowiedź? Sama pamiętam ją jako największy, koszmarny stres! Czy aby jakiejś kwestii nie zapomnę, czy ksiądz zapuka. Ogólnie wszystko w jednym wielkim stresie - z punktu widzenia dziecka - ale też i rodzica rodzica, bo komunia to przecież wielki wydatek. 
A tu? Dzieci przygotowywane są mentalnie, duchowo, spotykają się co tydzień, ale nie ma listy modlitw, które mają odklepać, są razem i tyle. W połowie kwietnia jadą do pobliskiego klasztoru na "wyciszenie", przez weekend będą razem z katechetkami, księdzem przygotowywać się do wielkiego dnia, nakarmione przez siostry zakonne. Tam też w spokoju i ciszy odbędzie się ich pierwsza spowiedź. Rodzice dojadą w niedzielę na obiad, by znów pobyć razem w szerszym gronie. Razem ... to słowo tak często się tu słyszy ... 
Razem, po ludzku, takie to naturalne, tak zwyczajne i niezwyczajne zarazem. Wiem powtarzam się, ale to z radości...

Och! Nareszcie wychodzi słońce! Dobrej soboty! Czas na mnie, czas na spacer!

CONFESSIONE to znaczy SPOWIEDŹ (wym. konfessione)

archeologia

Kolejna dawka szkolnych ciekawostek

czwartek, marca 03, 2016


- Dziś przeprowadziłem w szkole krótką lekcję polskiego - opowiada Tomek przy obiedzie. 
- Super. I co mówiłeś? 
- Napisałem na tablicy "w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie".
- O matko! A czy ty choć umiałeś to poprawnie napisać? 
- Profesor mi pomógł. (prof od włoskiego rzecz jasna)
Wytrzeszczam oczy.
- To już pełna abstrakcja! Myślałam, że po zamkach krzyżackich nic mnie nie zaskoczy. Ten twój profesor jest naprawdę fajny!
- Teraz robimy taki projekt o językach. Podzililiśmy się na grupy i każda ma opracować jakąś rodzinę językową. 
- Rozumiem, że ty wybrałeś języki słowiańskie? 
- No coś ty! Niech się moi włoscy koledzy wykażą! Obiecałem im pomóc, to znaczy przynieść jakieś książki, żeby mieli materiał poglądowy najwyższej jakości. Krzyżaków po polsku? Co myślisz? A masz coś o naszej gramatyce?
- Masz pół szafy moich akademickich książek, coś znajdziemy. Słuchaj, a ty jakie jakie języki wybrałeś.
- Celtyckie! 
...


Środa była kwintesencją wiosny - kolorowo, świergocząco słonecznie. Dziś pada, jest wstrętnie, a wyższe szczyty znów się pobieliły. Mam nadzieję, że po drugiej stronie wzgórz, we Florencji jest choć odrobinę ładniej, bo Mikołaj właśnie tam pojechał dziś z klasą na wycieczkę. W ramach przerabiania w szkole starożytnego Egiptu, będą uczestniczyć w warsztatach w muzeum archeologicznym. Choć miejsce już zna doskonale, bo przecież niemal dokładnie rok temu w wielkanocną niedzielę razem mumie oglądaliśmy, to i tak podekscytowany był do granic możliwości i już od szóstej plecak pakował. 




Skromne jest bardzo życie moich dzieci, choć każdego dnia staram się robić co w mojej mocy, by dać im coś więcej. Ale też z drugiej strony bardzo im zazdroszczę tego toskańskiego dzieciństwa, choćby nawet materialnie skromnego. Oby było dla nich kiedyś jednym z najpiękniejszych wspomnień, noszonych w sercu przez całe dorosłe życie. 

DALL'ALTRA PARTE to znaczy Z DRUGIEJ STRONY (wym. dall'altra parte)

akcent

Co u Mikołaja słychać...

niedziela, lutego 21, 2016



Drużyna Mikołaja wygrała sobotni mecz 7:0! To był prawdziwy pogrom, a radość dzieciaków z tak spektakularnego rezultatu bezcenna. Mikołaj, jak już nie raz pisałam, w drużynie odnalazł się wspaniale i w każdej wolnej chwili tańczy z piłką przed domem, by dorównać tym, którzy na poważnie trenują trochę dłużej niż on. 
Podziwiam go za wytrwałość i samozaparcie, tym bardziej, że w tym roku obowiązków ma sporo, według mnie nawet za dużo, ale póki sam chce - nie zabraniam, choć przyznam, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem tysiąca dodatkowych zajęć. Dzieci muszą mieć czas na beztroskę!


Oprócz treningów, jest gitara - druga pasja Mikołaja, w której również robi postępy. Co i raz prezentuje z dumą nowy utwór, który doskonali. Ostatnio na topie Guns'n'roses.

Oczywiście najważniejsza i pierwsza przed jakimkolwiek hobby jest szkoła i tu również radzi sobie świetnie, o czym świadczy odebrane w tym tygodniu świadectwo. Czasem tylko daje się zwieść brawurze, coś przeoczy, niezbyt dogłębnie zapozna się z tematem, przekonany, że raz przeczytać w zupełności wystarczy. Ale to drobiazgi do wypracowania. Natomiast włoski i matematyka - rewelacja i jak same nauczycielki powiedziały: "nie złość się na niego, jeśli coś mu nie wyjdzie, Nicola dokonał prawdziwego cudu, żadna z nas już nie pamięta, że to dziecko nie jest włoskiego pochodzenia". 
Rzeczywiście - co do języka - sama muszę przyznać, że jego włoski jest doskonały i nie ma nawet śladu obcego akcentu. Wręcz przeciwnie - ten "mały" spryciula nauczył się mówić z nalotem fiorentino i romagnolo, przeskakuje jak z kwiatka na kwiatek, bawiąc się akcentem i nas, jak stary kabareciarz, doprowadzając często do łez.  

Ma Mikołaj jeszcze jedno poważne zajęcie w tym roku - pierwsza Komunia. I o tym napiszę chyba jednak w osobnym poście, bo myślę, że to ciekawy temat. Nawet jeśli z zasady na blogu nigdy nie dotykam religii i polityki, to jednak kwestia Komunii jest według mnie niezwykle interesującym tematem. Okazuje się, że można do niej podejść bez tej całej wstrętnej, komercyjnej otoczki, bez złoconych ornatów dla proboszcza, bez wydawania kroci na przyjęcie w restauracji, bez dylematu matki - w co ja się ubiorę? - jakby w tym wszystkim, to była kwestia najistotniejsza, bez szaleństwa ze strojami, albami, filmami....
Kiedyś, przed emigracją mówiłam - do pierwszej Komunii poślę Mikołaja w Polsce. Teraz zupełnie sobie tego nie wyobrażam i już wiem, że właśnie tu czeka nas piękne wydarzenie. Ale o tym i o kościele włoskim napiszę więcej już wkrótce. 

ZAJĘCIE to po włosku IMPEGNO (wym. impenio)