Napisałabym, że dotarłyśmy do Sieny w ostatnich promieniach słońca… Napisałabym tak gdyby słońce było, ale... Będę szczera i zamiast tego powiem: dotarłyśmy do Sieny w resztkach światła przedwieczornego, mizernie przebijającego się przez ołowiane niebo … Zaraz potem zrobiła się noc, deszcz odrobinę zelżał, a w nastrojowych światłach Sieny migały mikroskopijne drobinki skraplającej się wilgoci...
Po długich poszukiwaniach parkingu i pewnego Palazzo, w którym miałyśmy spędzić noc, ruszyłyśmy na krótki spacer w stronę il Campo. Snułyśmy się ceglastymi uliczkami zaskakująco tętniącymi życiem, mimo tak niesprzyjającej aury.
A potem nastał dzień, tak samo dżdżysty jak noc… Siena się wyciszyła niedzielnie po sobotnich harcach. Przez okno Palazzo patrzyłam na czerwone fasady sąsiednich domów i na gołębie strząsające z piór nadmiar wody. Kiedy kawa z filiżanek zniknęła, znów zapuściłyśmy się bez określonego celu w plątaninę sieneńskich uliczek ...
Zatrzymałyśmy się pod Duomo i westchnęłyśmy z zachwytu…
- Nieprawdopodobna…
- Piękna…
- Ile mamy do wejścia?
- Godzinę.
- Zjedzmy coś przedtem.
Wnętrze katedry w Sienie zasługuje na osobny post. Zbyt wiele piękna na raz, zbyt wiele emocji, zbyt wiele wzruszeń, trudno to wszystko opisać słowami. Jeśli chcecie z nami zwiedzić Duomo, zapraszam Was już jutro.
Siena zachwyciła mnie kolejny raz. Sienę w ogóle łatwo pokochać, jest mniej wymagająca niż jej sławna sąsiadka. Przez długi czas, nim Florencji udało się mnie uwieść, była moim ulubionych wśród większych miast i wciąż mam do niej wielki sentyment…
CEGŁA to po włosku MATTONE (wym. mattone)





