deszcz

Deszcz, humor i pieczarki

środa, października 17, 2018


We wtorkowy ranek niebo zasnuło się gęstą jak kisiel ni to mgłą, ni to chmurami, czymś ponurym co powoli powoli zaczęło się skraplać, najpierw delikatnie, nieznacznie, potem coraz silniej. Dżdżyło, mżyło, siąpiło, a pod wieczór rozpadało się już na dobre. Temperatura wciąż jednak była przyjemna, tylko ta wilgoć, ten widok za oknem angielski, listopadowy... 


Może z tym listopadem, to przesadziłam, bo przecież oprócz lip, to liście kurczowo się jeszcze drzew trzymają. Tak czy inaczej, mimo braku chłodu na zewnątrz postanowiłam zrobić inaugurację naszego nowego pieca i tak oto nastała radość wielka. Chłopcy wpadli w euforię i nachwalić się nie mogli - ALE CIEEEPŁOOO!!! I tak cały wieczór... Co i raz ktoś zatrzymywał się przed piecem i piał z zachwytu.

Rzeczywiście ciepło zrobiło się w momencie. Do tego płomienie tańczyły za szybą, więc PRAWIE tak jakbyśmy mieli ogień rozpalony w kominku. Temperatura wzbiła się w górę do poziomu niemal tropików. Takich rzeczy w Kamiennym Domu to jeszcze nie było, chyba że latem! Ciepły dom stał się faktem. Oczywiście to jeszcze nie zima i na dworze wciąż nawet w nocy 15 stopni, ale i piec rozkręciliśmy raptem na minimum. Miejmy nadzieję, że ta sama radość będzie nam towarzyszyć też wtedy, gdy Italię znów nawiedzi jakiś Burian lub jego krewny.

Padać ma do wieczora i potem basta! Znów słońce, lazur i prawdziwe kolory wrócą do doliny. Całe szczęście, bo już w drodze są nasi październikowi Goście i to dubeltowo. Będzie się działo, będzie wesoło! 


Tymczasem łąki na przełęczach zrobiły się całe w białe kropki. Ciepło i wilgoć sprawiły, że dzikie pieczarki rosną na potęgę. W poniedziałek z krótkiego spaceru przywieźliśmy ich całą torbę. Oprócz pieczarek też worek kasztanów, niby dzikich, ale tak okazałych, że dla laika jak pierwszy sort. Bardzo hojna ta nasza jesień! Smaków najróżniejszych nie żałuje!


- Mario zadam ci zagadkę - mówi Tomek przy stole. - Tylko skup się, a ty Pusia nic nie podpowiadaj.
- Mów.
- Ojciec Pierino miał trzech synów: QUI, QUO i...? (dowcipy z Pierino w Italii, to tak jak w Polsce te o Jasiu).
- QUA? - odpowiada instynktownie Mario.
- Nieeee!!!! No przecież PIERINO!!! Ojciec Pierino miał trzech synów...

***
- Pusia wiesz jak utrzymać w napięciu głupka? 
- Jak? 
Cisza... 

***
- Pusia a znasz historię z niesamowitym zwrotem akcji?
- Nie - już się uśmiecham na samą myśl, co też Tomek wymyśli tym razem.
- Jaś i Małgosia żyli szczęśliwie przez 20 lat, a potem się spotkali...

DZIKIE PIECZARKI to po włosku PRATAIOLI (wym. prataioli)

Biforco

Niby nic, a przecież wielkie coś

niedziela, października 16, 2016


Mimo słońca łaskawie nam panującego, mimo lazuru i ciepła jakim przywitał nas sobotni ranek, dzień zapowiadał się do kitu. Łańcuszek niemiłych zdarzeń wpędził mnie w tak zły humor, że aż miałam ochotę rozpłakać się z bezsilności. Sobota jest przecież na wagę złota, a ciepła październikowa sobota tym bardziej. Byłam zła na wszystko, wszystkich i przede wszystkim na samą siebie, że tak się złym nastrojom dałam podejść. 

Aż w końcu około południa powrócił spokój i jakoś ten dzień udało się uratować. Pomyślałam sobie, że kiedy wszystko idzie źle, to najlepiej skupić się na zwykłych drobiazgach. Wypełnić nimi dzień i z nich właśnie czerpać radość. Nadejdzie przecież czas, że za tymi drobiazgami będę płakać z tęsknoty, wiem o tym już dziś. Życie gna jak głupie, czas jest bezlitosny.
Kiedyś dzieci się wyprowadzą, a ja będę starą matką wspominającą z rozrzewnieniem codzienne obrazki. Nastolatka w fartuszku kuchennym …



- Mamusiu chciałbym być kiedyś rodzinnym pasticere.
- No to ucz się. Jeszcze ta połówka cytryny.
- Zostaw ja to zrobię, krem będzie mój.
- Bravo!
- Są u ciebie na blogu wszystkie przepisy?
- Przecież mam dwa blogi, na "Kuchni" jest prawie wszystko.
- To ja sobie poczytam i będę uczył się gotować.
- Bardzo się cieszę! Mężczyzna powinien umieć gotować! 


Po południu drużyna Mikołaja rozegrała pierwszy mecz w tym sezonie. Mecz zakończony remisem, bez goli. Pogoda była wymarzona. Fotografowałam to chłopców ganiających za piłką, to świat otaczający boisko i nacieszyć się nie mogłam tym, że tu nawet mecz rozgrywa się w pięknych okolicznościach przyrody.


- Dziś numery na koszulkach były przydzielane już na stałe.
- O! A ty jaki sobie wybrałeś?
- Ja nie wybierałem tak jak niektórzy, to znaczy chciałem 10, ale i piętnastka jest fajna. To przecież tylko numer.
- Bravo. 
Przecież to tylko numer...




Wracałam z meczu w przedwieczornej mgle i cieszyłam oczy widokiem jesiennego Biforco. Jak tu ładnie - myślałam - jak dobrze … Dzień w końcu nie okazał się taki zły, jak się zapowiedział, mało tego … To był naprawdę piękny dzień! Utkany z drobnych obrazków, z chwilek maleńkich pachnących kremem cytrynowym,  dźwięczących okrzykami na boisku, ciepłych od rozmów z Czytelnikami. Chwilek poświęconych na pisanie, odpowiadanie i kulinarne poszukiwania. 
Na Biforco opadła mgła. Dobra mgła, puchata i ciepła. 
Dzień był może banalny, prostoty, pewnie nieszczególny, jednak tyle miał w sobie smaku … zupełnie jak nasza kolacja, niby nic i wielkie coś - smażone zielone pomidory...


WIELKA RZECZ - to po włosku UNA COSA GRANDE (wym. una cosa grande)

atmosfera

Czarne chmury

niedziela, września 11, 2016


Czasem sobie coś człowiek zaplanuje, nastawi się na same dobre rzeczy, a potem nic mu z tego nie wyjdzie, bo … Wystarczy niewiele... A to ktoś ma zły humor, a to nerwy pod skórą, a to to, a to siamto i szlag trafia cudowną, sielską atmosferę. To niby nic wielkiego, w końcu jak nie raz pisałam, nie jesteśmy na wiecznych wakacjach, a nasza rodzina jest prawie całkiem zwyczajna, nie przypomina sielankowej familii z "Domku na prerii", choć bywa oczywiście i tak. 
Czekałam na sobotę i niedzielę jak na zbawienie, bo wreszcie dwa dni od dawien dawna, kiedy nic pilnego nie muszę! Szczerze mówiąc w pewnym momencie poczułam się jak Adaś Miauczyński - Odpoczywam, odpoczywam, odpoczywam … Szybko i koniecznie dziś, bo potem nie będzie czasu… Paranoja. Chcieć to ja sobie mogłam … 
Do obiadu atmosfera już tak zgęstniała, że wytrzymać było nie sposób. Zarządziłam więc wyjście, ewakuacja z domu, żeby nas ta duszna atmosfera nie zatruła. Pojechaliśmy na jeżyny, znów na łąki Gruffieto.  


Kiedy przejeżdżaliśmy przez Marradi, zobaczyliśmy, że przed kościołem głównym kłębił się tłum odświętnie ubranych ludzi.
- Kto umarł?
- Nikt nie umarł. Ślub jest.
- Kto z kim?
- Jakaś Giulia i jakiś Simone. 
- Nie znam.
- Ani ja.
Niech się żenią i niech im życie słodkim będzie. My jedziemy na relaks na jeżyny!


  Kiedy dojechaliśmy do rozgałęzienia dróg, okazało się że spośród wszystkich miejsc, gdzie można wyprawić weselne przyjęcie Giulia i Simone wybrali … Villę Gruffieto. Znów poczułam się jak Adaś Maiuczyński … Ale co tam! Kiedy przejeżdżaliśmy państwa młodych jeszcze przed kościołem nie było, więc mieliśmy około godziny do nadciągnięcia orszaku weselnego. Około godziny, by zebrać nasze jeżyny i zmykać! To nic, że miał być relaks i wszystko na spokojnie, to nic…   
Ganialiśmy między krzakami, jakbyśmy byli na zawodach i przynajmniej tym sposobem wróciliśmy do domu z prawie pełnym kartonem słodkich wrześniowych owoców.


Zatrzymaliśmy się jeszcze na lody, choć lodów, jak się wcześniej odgrażałam, miało nie być. Ale żal mi było dnia, żal mi było chłopców, bo przecież wiem że powrót z wakacji do szkolnego rytmu uwiera, żal mi było mnie samej, bo nerwowa atmosfera skutecznie odarła mnie z radości i za nic nie pozwoliła odpocząć. A kiedy wieczorem taka wymęczona usiadłam w fotelu urzekł mnie taki obrazek: 


Przez kuchenne okno wpadało ostatnie przedwieczorne światło. W jego promieniach wirowały jak miniaturowe tancerki drobiny mąki. Plastyczne ciasto z każdym ruchem rąk zamieniało się w doskonałą kulę … Taka moja drobna radość, miły obrazek dla oczu kochających piękno. 
Atmosfera po kolacji się oczyściła. Na stół wjechała schiacciata z pomidorami i z rozmarynem. Zapach, widok, smak … koją skołatane myśli. 
A dziś mam nadzieję ukoi je również morze …. Dobrej niedzieli!! 




Hades

La Notte delle Streghe 2016 - relacja z innej perspektywy

sobota, sierpnia 20, 2016


- Boli mnie szczęka od ciągłego uśmiechania się - żartowałam, kiedy już dobrze po północy wracaliśmy do domu
- Mnie też.
- A ramiona?
- W porządku.
- Ciekawa jestem, co będzie jutro rano. 

- Mamusiu mogłabyś już zdjąć tą perukę? Jesteś taka brzydka! - prosił z dziecięcą szczerością Mikołaj.
- Aż tak ci to przeszkadza?
- Wolę cię taką, jak wyglądasz rano, kiedy się budzisz.

- Dobrze się bawiliście? - zapytałam Hadesa i Odyseusza.
- Świetnie! W tym tunelu… byłaś w tunelu? 
- Na taczce? Raczej nie.
- To w tym tunelu straszyli, łapali i my też straszyliśmy dziewczyny i taki pan powiedział, że mam ładny strój i …. i …. - buzie się nie zamykały.

- Było super prawda? Najwięcej fanów miałam wśród małych dziewczynek. Ciekawa jestem ile nas dziś razy fotografowali.
- Miało być do śmiechu i było! To był dobry pomysł.
- Bardzo dobry. 
- Sama wiele nie widziałam, ale miło było choć raz stać się częścią teatru, choćby z przymrużeniem oka, nie tylko wiecznie biegać jako fotograf. Mi sono veramente divertita! 


Noc czarownic 2016 już za nami. To była, przynajmniej dla mnie, zupełnie inna festa. Robienie zdjęć ku wielkiemu zaskoczeniu połowy miasteczka zepchnęłam na drugi plan. W tym roku postanowiliśmy i my stać się częścią scenerii. Kiedy ogłoszono, że tematem wiodącym będzie Odyseja chłopcy zaraz wymyślili swoich bohaterów, a ja wahałam się - Kirke czy Kalipso?
Aż kiedyś, gdy staliśmy przed sklepem żelaznym debatując nad zakupem przez Mario taczki …
- Ta jest dobra! I koło porządne! Głęboka, że i ty byś się do niej zmieściła. O, wiem! Przebierz się za syrenę i w noc czarownic przewiozę cię po Marradi…

Rzucony z głupia frant dowcip okazał się pomysłem, który bardzo przypadł nam do gustu. Postanowiliśmy go zrealizować…
Taczka rzeczywiście okazała się bardzo wygodnym środkiem transportu i oglądanie festy z tej perspektywy pozostanie dla mnie wspomnieniem jedynym w swoim rodzaju. Mało mieliśmy czasu na przygotowanie wszystkiego, ale jak na pracę w pośpiechu wyszło chyba całkiem dobrze. Peruka i przyklejone do niej muszelki, sieć pożyczona od sąsiada, rybak ubrany w stary worek, a na plecach dla śmiechu napis - pescivendolo (sprzedawca ryb), kolorowy makijaż i oczywiście syreni ogon. Tu najwięcej było pracy, prób, przeróbek. Ale jakoś się udało!

Ulises!
Hades
Z perspektywy taczki.

Dlaczego w tym roku postawiłam na takie uczestnictwo w La Notte delle Streghe? 
Żeby było inaczej, żeby pokazać, że ja też mam dystans do siebie i potrafię się bawić. Że nie boję się śmieszności i nie zastanawiam nad tym, co ludzie powiedzą. 
A swoją drogą reakcja mieszkańców była wspaniała. To w końcu Marradi a nie jakieś tam miasteczko! Usłyszeliśmy wiele komplementów za pomysł, za wykonanie, za humor i oryginalność. Fotografowaniu nie było końca. Mario pchał wytrwale taczkę z góry na dół, a potem z dołu na górę i tak nie wiem ile razy, pokrzykiwał - "pesce fresco!" A ja posyłałam uśmiechy na lewo i prawo jak gwiazda filmowa ze swojej luksusowej limuzyny.
Oczywiście aparat w taczce miałam, ale zdjęcia strzelane z tej perspektywy, w biegu wyszły jak wyszły, a będąc częścią spektaklu, sama wiele nie widziałam. Zapraszam Was więc do skromnej galerii, którą wzbogacę zdjęciami innych jak tylko zostaną opublikowane na fb.  

Orszak
Mitologia i ...
 historia starożytna w Marradi
Ulicami miasteczka na swoim okręcie płynął waleczny Ulisse!
Syreny mamiły urodą
Pomysłowość marradyjczyków jak zawsze zaskoczyła
Fantazja i wykonanie na skalę prawdziwych artystów!
Zaangażowani starsi i młodsi
Pomysłowość przybywających

Krótka zmiana miejsc


MI SONO DIVERTITA to znaczy ŚWIETNIE SIĘ BAWIŁAM (wym. mi sono diwertita)

Zdjęcia przyjaciół: 

foto Franco Ciaranfi
Foto Franco Ciaranfi
Tu festa profesjonalnym okiem: 
https://www.facebook.com/mirkone.mercatali/media_set?set=a.10207120660442788.1073741861.1470043948&type=3