Kiedy w środowy ranek ruszaliśmy do Chianti nad Mugello nadciągały ołowiane chmury, a portale pogodowe ostrzegały przed gwałtownymi burzami i "bombami" wodnymi. Mario powątpiewał czy będą miały aż tyle siły, by przeturlać się nad Passo della Colla i dotrzeć do Marradi, pokręcił głową z przekąsem jakby już całkiem porzucił wiarę w to, że kiedyś spadnie deszcz. Ja jednak przezornie schowałam tarasowe poduchy i nie podlałam ogródka, zawierzając prognozom i szarości nieba.
W okolicach Borgo San Lorenzo dopadł nas nawet lekki deszcz, ale tylko otarliśmy się o złą pogodę, bo po kilku kilometrach znów wyszło słońce, rozciągnął się czysty lazur i Panna Młoda, żeby dobrym przepowiedniom stało się zadość o bycie "bagnata" zatroszczyła się sama, skacząc do basenu!
Wróciliśmy do domu w środku nocy i nim otworzyłam drzwi, wcisnęłam kontrolnie palec do do donicy z pelargoniami. Ziemia sucha była jak wiór! Mario miał rację. Chmury nie dały rady Colli. Bazylia zwiesiła zmęczone liście, podobnie pomidory i ogórki. Zaraz więc poczucie winy się we mnie odezwało i pewnie woda poszłaby w ruch, gdyby nie to, że jednak zmęczenie było silniejsze niż wszystko inne. Podlewanie zostawiłam na rano.
Ranek był całkiem pogodny i sama zaczęłam już myśleć, że deszczu prędko nie zobaczymy. Wyciągnęłam gumowego węża i dalej przywracać do życia zieleń w ogródku…
Nie minęła godzina…
Z nieba lunęło. Lunęło z całą mocą skumulowaną w ciągu minionych dwóch miesięcy. Grzmiało, błyskało się, padał grad, chwilę potem robiło się cicho i wychodziła tęcza, aż w końcu wszystko od nowa i tak w kółko przez cały dzień. Niebo zmieniało się jak w kalejdoskopie. Tęcze rodziły się pojedynczo i w parach, jedna piękniejsza od drugiej.
Noc nie przyniosła spokoju, dopiero ranek, a raczej świt rozciągnął nad Biforco ostatni kolorowy łuk i choć lazur nie jest jeszcze wyraźny, to zdaje się, że wszystko wraca na upalne, letnie tory…
Dobrego dnia!
Ps. Czy wiecie, że zaczęły już kwitnąć pola słoneczników?
ŁUK to po włosku ARCO (wym. arko)





