chłopcy

O tańcu, farfoclach i innych drobiazgach

niedziela, stycznia 20, 2019

foto Mikołaj instagram


- Co chcecie dziś na obiad? 
- Pastę z sosikiem z papryki i taleggio - odpowiada Mikołaj bez chwili namysłu.
- Była niedawno. Znów chcesz?
- Aha! Jest taka dobra! I tak jak ostatnio zrób z tymi "farfocelkami".
- Z czym???
- No z tymi "farfocelkami" z Ligurii.
"Farfocelki" z Ligurii to w mikołajkowym słowniku trofie - rodzaj makaronu typowego dla tego regionu. Obiad był wyśmienity i oczywiście chciałam przypomnieć Wam ten przepis. Jakież jednak było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że w Kuchni nigdy nie został opublikowany. Obiecuję naprawić ten błąd następnym razem! 

***
- Nie wiem czy chcę iść na ten bal - powiedział z przekąsem Tomek.
- Ale dlaczego nie wiesz??
- Jak będzie narzucony jakiś temat to chyba nie pójdę. Wolałbym, żeby można było przyjść ubranym klasycznie, elegancko.  
- Oj nie bądź taki. Nawet Hawking bywał na takich imprezach. Zaprosisz kogoś?
- Może A. 
- Muszę cię nauczyć tańczyć.
- Nie chcę, nie będę tańczyć. Czy ty wiesz jaką teraz muzykę grają??
- Wiem, ale gdyby jednak zagrali po ludzku... Mężczyzna musi umieć tańczyć!
- Ja nie muszę.
- Oczywiście nic nie musisz, ale to taka umiejętność, która raczej się w życiu przyda, a poza tym nie jedno serce skradnie. Możesz sobie być fizykiem, naukowcem czy kim tam chcesz, ale tańczyć powinieneś umieć. Pamiętasz jak byliście młodsi uczyłam was tańczyć walca?
- Pamiętam...
- W tańcu jest coś niezwykłego. Zobaczysz, że jeszcze kiedyś mi podziękujesz. 

Są takie rzeczy, które według mnie mężczyzna powinien umieć i kropka. W moich oczach rośnie, kiedy umie: zrobić w domu podstawowe naprawy, ugotować coś dobrego i tańczyć do zatracenia. 

Foto Mikołaj instagram

***
Styczeń startuje z ostatnią dekadą. Pogoda zbiesiła się tak, że aż wstyd przed ludźmi. Wzgórza Appennino Tosco Romagnolo spowijają mgły. Wyższe szczyty nieco się pobieliły.  My jednak odważnie w tych dniach planujemy grilowanie przy świętej Barbarze, bo jak się okazuje, Florencja Florencją, Toskania Toskanią, ale według większości naszych Gości biesiada przy domu Mario nie ma sobie równych nawet w styczniu!
Dziś natomiast czeka nas obiad dziękczynny i relaks. Trzeba nabrać sił przed kolejnym tygodniem. Dobrej niedzieli!

STARTOWAĆ to po włosku PARTIRE (wym. partire)

buty

Na szybko

sobota, listopada 24, 2018


Ostatnia listopadowa sobota 2018 roku obudziła się w przyjemnej aurze. O świcie, kiedy jeszcze Biforco spowijała czarna noc, termometr przed barem pokazywał 10 stopni. Tomek wychodząc do szkoły tak czy inaczej naciągnął czapkę na uszy, jakby za oknem czekała Syberia. Tuż za progiem oniemiał - jak ciepło! 

To ma być piękny dzień. Choć ja osobiście wolałabym, by dzisiejszy urok sobota oddała niedzieli, bo obawiam się, że nic nie wyjdzie z naszej jutrzejszej Pigary. Jeśli się spełni to co ma być, pewnie z naszymi Gośćmi nie ruszymy się nawet od stołu...

Marradi tymczasem zestroiło się już świątecznie. Wyjątkowo wcześnie w tym roku, a to pewnie dlatego, że już za tydzień, tak jak Wam pokazywałam kilka dni temu, będziemy się bawić na placu w bożonarodzeniowym klimacie. Nie będą to zwykłe mercatini. Zaplanowano dużo więcej nietypowych atrakcji jak robienie słodkiej polenty czy tortelli

***

Chciałam dziś opowiedzieć o mikołajkowej szkole, zdać relacje z rozmów z nauczycielami, ze słów zaskakujących jakie usłyszałam w ostatnich dniach, ale zdaje się, że się przeliczyłam. Szczerze mówiąc cały ranek oglądałam z Mikołajem "Zieloną Milę" i na moje rytualne, samotne pisanie zwyczajnie zabrakło już czasu. Muszę te wywody odłożyć na następny raz i pędzić do kuchni. Gotowaniem dla niektórych Gości jestem przejęta szczególnie. Już jutro, a może jeszcze dziś na instagramach czy innych fejsbukach pokażę Wam kto zawitał w nasze skromne progi. 

*** 
Sobotni świt. Tomek przy ciasteczku i herbacie:

- Pusia, a wiesz co trzeba zrobić jeśli jakiś nieznajomy natarczywie patrzy się na ciebie w pociągu i chcesz, żeby przestał?
- Nie mam pojęcia. 
- Trzeba popatrzeć na jego buty, wtedy przestanie.
- Żartujesz?
- Nie, naprawdę. To taka sztuczka psychologiczna.
- Muszę spróbować. 

***
Ważna informacja: 
Dokładnie za miesiąc jest wigilia...

SZTUCZKA to po włosku TRUCCO (wym. trukko)




dzieci

Lato na progu

piątek, czerwca 15, 2018


Oto prawie lato... Niby oficjalnie jeszcze kilka dni, ale zupełnie jakby już tu było, cichaczem się zakradło, lawendą ustroiło, lipą wypachniło, pamiątki po morskiej kąpieli rozrzuciło na stole... Już za moment trzeba zmienić zdjęcie, a zdaje się, że dopiero co polowaliśmy na ukwiecone gałązki...
Po burzowej nocy  i deszczowym przedpołudniu niebo znów się wypogodziło. Wody w tym roku nie brakuje, co też dobrze wróży zbiorom, bo i temperatura dobra i słońca dostatek., a zatem pierwsze rezultaty takiej aury już są. Grzybiarze prawdziwki liczą teraz w kilogramach,  pojawiają się trufle, warzyw i owoców urodzaj. I do tego ta zieleń wciąż gęsta, soczysta, wybujała, jak pod koniec kwietnia.


Mikołaj ugotował swoje pierwsze danie. Sam w stu procentach, bez mojego podpowiadania, asystowania, od pomysłu do odlania makaronu i nałożenia na talerze - całkowicie jego dzieło. Już wiem, że kiedy zdarzy mi się dzień poza domem z głodu nie zginą i niekoniecznie będą musieli żyć kanapkami. 
- Takie sobie to wyszło. Twoje lepsze - skrytykował krótko. 
- Wyszło dobre. Musisz tylko pamiętać, że kawałki cukinii powinny być mniejsze, bo tak potrzebują więcej czasu na zmięknięcie i warto też dodać trochę ziół dla aromatu. 
- No właśnie! Teraz już będę wiedział. 
Mężczyźni w mojej rodzinie i w rodzinie Pawia gotują. Tradycji staje się zadość. 


A w kwestii jedzenia i cukinii to zapraszam Was do Kuchni. Wyjątkowo mnie w tym roku czerwiec inspiruje. Oto na zdjęciu powyżej efekt moich wczorajszych poczynań. Mikołaj "poetycko" skomentował to danie przewracając przy tym oczami jak w ekstazie - takie dobre jak pulpeeetyyy! Może słowo pulpety nie brzmi zachęcająco, ale wierzcie mi - to kulinarny odlot!


- Tamdadam daam ... - Tomek podnosi kaczkę i wydaje z siebie jakieś afrykańskie dźwięki.
- Co ty z nią robisz?
- Nie widzisz? To Król Lew!
- Wariactwo!

Egzaminowe wieści. 
Matematyka ponoć łatwizna. Dziś ostatni pisemny egzamin, tym razem z angielskiego. Jedna z ulubionych materii Tomka. 
Po tych kilku dniach muszę przyznać, że zadziwiło mnie to moje dziecko. On, który często stresował się poniedziałkiem, pytaniem, grą w piłkę, do egzaminów podszedł ze spokojem tybetańskiego mnicha. Cały stres przeszedł chyba na mnie, czego staram się nie okazywać.  
Egzamin ustny już w czwartkowe popołudnie.

LEW to po włosku LEONE (wym. leone)

chłopcy

Bez pośpiechu

wtorek, lutego 20, 2018


Drzwi od pokoju otwierają się i jak Szpieg z Krainy Deszczowców za moimi plecami przeciska się Mikołaj. Podstawia mi niemal pod sam nos deskę z dwoma pizzettkami i teatralnym szeptem mówi:
- Zoooobaaacz... Pizzę zrobiłem.
- Bravo kochanie, tylko ja mam teraz lekcję, gdybyś się nie zorientował.  
Uśmiecha się ukontentowany i zaraz znika tak szybko jak się pojawił. W pokoju zostaje tylko obłędny zapach pizzy... 
Mikołaja kulinarne zapędy nie gasną, a wręcz przeciwnie. Zawsze jest pierwszy, żeby coś pokroić czy zamieszać i jako jedyny w Kamiennym Domu, poza mną oczywiście, wykazuje się kreatywnym myśleniem w tym temacie. 
- Co chcecie na obiad? - pytam. 
- Wszystko co zrobisz będzie super. Najlepsze są twoje improwizacje - odpowiada niezmiennie Tomek.
- Fai due spaghetti, poca fatica - tak natomiast zwykł odpowiadać Mario. 

Tylko Mikołaj potrafi zdobyć się na bardziej pomocną odpowiedź, może poszczycić się dobrą intuicją w kwestii łączenia składników. Mam nadzieję, że ten zapał mu nie minie i że uda mi się przekazać mu swoją wiedzę. 

Pizza na kolację pozwoliła mi złapać chwilę oddechu między lekcjami. Nie musiałam nic improwizować, mogłam tylko usiąść na gotowe i zajadać. Poniedziałek zawsze jest intensywny i wieczorem czuję się zwykle tak, jak po całym tygodniu. Mario wrócił na szczęście na czas i pomógł w odbieraniu/rozwożeniu chłopców. 
Niestety badania, na których spędził kilka godzin nie poszły szczególnie dobrze. Przyjechał zawiedziony. Oczekiwał nieco innego obrotu sprawy. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że czas zadziała na korzyść. 

Zima oczywiście ma się dobrze i tylko wizja wiosennych fest ociepla zziębnięte myśli. Staram się dni statyczne wykorzystać na pracę nad książką, na czas spędzony z chłopcami, ale też wciąż dokładam sobie nowych obowiązków. Cała ja. Tomek chyba odziedziczył po mnie ten kawałek charakteru, bo i on jakby mało mu było egzaminów, wycieczek, bierzmowania, przewidzianych na najbliższe miesiące, to jeszcze postanowił w tym czasie zrobić pierwszy certyfikat z angielskiego. 

W wolnych chwilach siadamy razem przed kominkiem i czytamy. I wtedy nawet nie złoszczę się na zimę. Kto wie ile przede mną w życiu samotnych wieczorów, nie ma więc sensu spieszyć się ani do wiosny ani donikąd. Pośpiech nie jest wskazany. Czas mógłby nawet zwolnić, bo kiedy siedzimy tak ze splecionymi nogami, nawet jeśli w danej chwili nie rozmawiamy, nie wymieniamy spojrzeń, to jesteśmy razem. Razem naprawdę.

WYMIENIAĆ to po włosku SCAMBIARE (wym. skambiare)


dorosłość

Odcienie dorosłości i ostatni Goście

poniedziałek, sierpnia 28, 2017


Wizyta w szpitalu dopóki Mario nie wróci do domu jest teraz stałym elementem dnia. W niedzielę zabieram ze sobą Mikołaja. Tomek zostaje w domu, sam przyznaje, że brakuje mu odwagi, a ja nie namawiam. Mikołaj natomiast upiera się, że chce uściskać Mario i chyba przekonać się na własne oczy, że już jest wszystko dobrze. Dzieci bardzo przeżyły całe to wydarzenie… Chyba nawet bardziej niż bym przypuszczała. 


Ogląda Mikołaj wenflon i każdy kabelek, słucha z otwartymi szeroko oczami opowieści z OIOMu, patrzy nieśmiało na innych pacjentów i dopiero do mnie dociera, że on tak naprawdę po raz pierwszy jest w takiej sytuacji, po raz pierwszy dorosłymi oczami widzi szpital od środka i tych wszystkich chorych ludzi. 


- Jak się czuje Mario? - pyta Tomek jak tylko wracamy do domu.
- Już dobrze.
- Ufff… Pozmywałem, pozamiatałem, pościeliłem łóżko.
- Zuch! Dziękuję!
- Nawet ten garnek umyłem.
- Kochany jesteś. Ugotujemy coś razem?
Gotuje Tomek, ja tylko podpowiadam, uczę, pomagam. Taka niby nic nie znacząca chwila, ale nagle odzyskuję spokój. Widzę jak Tomek krząta się przy palnikach, kroi pomidory, wrzuca na patelnię kapary i oliwki, miesza smakuje, sam swoją pracę zachwala. Taki jest już dorosły...
- Dodam peperoncino? A może dwa?
- Jedno, inaczej Mikołaj nie da rady. 
Wszystko będzie dobrze. Nagle ogarnia mnie przekonanie, że inaczej być nie może. Musi być dobrze

Wieczorem przygotowuję kolację dla Gości. Tonno e fagioli, melon z prosciutto, sery i troffie  z sosem bakłażanowym. Nie zrobiłam nawet jednego zdjęcia
Zastaje nas noc przy stole, ale jest tak miło, że z żalem idziemy spać.  I ten pobyt dobiega końca i zaraz Dom z Kamienia po raz pierwszy od dwóch miesięcy na dłuższą chwilę opustoszeje. Kończy się letni sezon, ale już z końcem września zawitają do nas kolejni Goście

DOBREGO TYGODNIA!  

akacje

Chaos, który wprowadza ład

piątek, maja 12, 2017


Środowe smutki i stres, a do tego nieprzespana noc, bo podekscytowany Mikołaj już od 3.00 gotowy był do drogi, zafundowały mi ból głowy, którego za nic i niczym przepędzić nie mogłam. Ból świdrujący, który przewiercał mi czaszkę na wylot. Jakby tego było mało jakiś nieokreślony lęk zakradł się pod skórę. Tłumaczyłam sobie, że to musi być stres, bo Mikołaj w podróży, więc jak każda matka drżę póki nie dowiem się, że bezpiecznie dotarł na miejsce. 
Nie mogłam sobie znaleźć miejsca i zła byłam sama na siebie, bo z drugiej strony od dawna nie miałam dnia tak okrojonego lekcyjnie, tyyyyle wolnego czasu do zagospodarowania, a ja jak w jakiejś matni! 


W końcu po obiedzie wskoczyłam na właściwy tor. Już nie czułam się jak chyboczący się wykolejony pociąg. Zaczęłam znów gnać swoim rytmem, a obrazy migały, mijały, zmieniały się jak w kalejdoskopie… 
I paradoksalnie ten chaos na nowo zaprowadził ład w mojej głowie. 
Najpierw zajrzeliśmy do myśliwych, wśród których był też nasz przyjaciel truflarz. Panowie przygotowywali wieczorną kolację. Na widok mięsa pieczącego się w kominku i pomidorów z bazylią, które miały wylądować na bruschettach, znów zrobiłam się głodna. Przy każdej okazji zakradam się do kuchni. Uwielbiam tą włoską radość "przy garach", dla mnie to obrazy porównywalne do tych, które zachwycają w galeriach, oczywiście nie ujmując niczego geniuszom włoskiego renesansu. Złapałam kilka kadrów, wypiliśmy kieliszek wina i zaraz się pożegnaliśmy. 


Po wizycie u myśliwych zatrzymaliśmy się przy domu Mario, gdzie czekały na swoje miejsce krzaki pomidorów. Raz dwa, sznureczek, nawóz, ziemia i zielone szpalery były gotowe.  Kiedy już nabrałam rozpędu, zostawiłam dom świętej Barbary i wróciłam na swoje podwórko. Zabrałam się za domowe porządki i przygotowanie pokoju przed przyjazdem następnych Gości. 
Zacieram ręce z radości na myśl o nadchodzącym weekendzie!

Po kolacji zadzwoniłam do maestry Barbary. Nie zrobiłam tego dlatego, że jestem nadopiekuńcza, choć pewnie jestem, ale dlatego, że kiedy Tomek dwa lata temu wrócił ze swojej długiej wycieczki z żalem wypomniał mi, że byłam jedyną mamą, która nie zadzwoniła powiedzieć mu dobranoc i dowiedzieć się co słychać … A ja oczywiście nie chciałam dzieciakowi głowy na wycieczce zawracać. I bądź tu mądry! Tak czy inaczej, nie miałam zamiaru drugi raz błędu popełnić. Towarzystwo właśnie wychodziło z restauracji w przednich humorach. Mikołaj przeżywał, że jest tak pięknie, cudownie i aparat już ma prawie wyładowany, a tu jeszcze tyle atrakcji przed nimi… Ufff… Jak dobrze, że wszystko dobrze…
Tylko nam przy kolacji dziwnie było z pustym miejscem przy stole...

***
- Nie masz lekcji?
- Nie.
- Chcesz się przejść? Powinnaś mniej siedzieć przy komputerze, od tego też cię głowa boli.
Szczerze mówiąc nie mogłam się doczekać, żeby wyciągnąć się w łóżku, ale argument, że moja głowa potrzebuje spokoju i tlenu przekonał mnie do krótkiego spaceru.

Było już późno, ale dookoła wciąż panował dzień. Szliśmy szosą praktycznie w ciszy, co jakiś czas rzucając tylko nieskomplikowane słowa o drzewie rzuconym na stoku, że kręgosłupa mocnego tu trzeba, o ropuchach przycupniętych na asfalcie, o szumie rzeki, o domach kamiennych, o pomidorach… Drogę w stronę Campigno w pewnym momencie otaczają łąki. Wieczorem świerszcze urządzają tu piękny koncert, zupełnie jakby grała prawdziwa orkiestra… 
- Jak pachnie… Jak wspaniale żyć w miejscu, które tak pięknie pachnie. Kto by pomyślał, że zapach jest taki ważny…

Powietrze pachniało słodkimi akacjami, ziołami i sama nie wiem czym jeszcze. Morzem polnych kwiatów, których nazw nie wymienię. Pachniało zielenią. Rzeką. Spokojem...
Nim weszłam do domu, zatrzymałam się jeszcze na chwilę pod akacją, której ciężkie teraz od kwiatów gałęzie opadają na mój taras. Białe kwiaty na tle nadchodzącej nocy… Zapach spokoju… Najprawdziwsza aromaterapia.

PRZEJŚĆ SIĘ to po włosku FARE UN GIRO (wym. fare un dżiro)

chłopcy

Objawy zdrowienia i Italia nasza miłość...

czwartek, lutego 02, 2017

A. powiedziała: będziesz całkiem "zdrowa" jak zaczniesz gotować i coś upieczesz…
Gotować zaczęłam już wcześniej, choć Mario starał się jak mógł, by ten mój odpoczynek jednak trochę przedłużyć. A to pizza, a to mięso z kominka … Oj dobrze jest tak skończyć lekcję i od razu zasiąść do stołu!!! Ktoś poda pod nos, posprząta, nic tylko jeść! 

Miałabym ochotę jeszcze chwilkę  ponaciągać sytuację, jeszcze pobyć chwilę chorowitkiem, ale fakt jest taki, że wracam do zdrowia, więc już nie mam sumienia nadużywać niczyjej dobroci. A przy tym szczerze mówiąc - kto jak kto - ale sama też stęskniłam się za kuchennymi działaniami, więc powolutku znów staję przy "fornelli" i zaczynam cudować. 

Risotto z cukinią i porem, spaghetti alla carbonara, sałata z dzikiego radicchio … Wszystko to mało! Jeszcze ciasto! Dawno nie pachniało ciastem, co ze mnie za matka! Ale już jest pyszne aromatyczne - sami spróbujcie!

Może dziś też coś wymyślę, jeśli wena mnie nie opuści...





Przed snem dla relaksu przeglądam zdjęcia Italii udostępnione na fejsbuku. Chłopcy zaglądają mi przez ramię zaciekawieni - łaaaał…. Jest jeszcze tyle miejsc, których nie widzieliśmy, jeszcze tyle chciałabym im pokazać…
- Umiecie rozpoznać choć niektóre?
- To nie wiem co to. Gdzieś w górach.
- Ha! Basilicata pomyślałbyś? Ty wiesz w ogóle gdzie jest Basilicata?
- Mamo! - Tomek przewraca wymownie oczami.
- A to? 
-Wenecja… 
- Za łatwe!
- ooo Toskania!
- To też mogłaby być Toskania… - dywaguje Tomek.
- Masz rację, ale to Marche. 
- A to miasto? 
- Siena - odpowiada Mikołaj bezbłędnie.
- Polignano a Mareeee - rozpromieniają się obydwaj.
- To pewnie gdzieś w Dolomitach..
- A nie, bo w Abruzzo, pod Gran Sasso.
- To na pewno Puglia! Nie znam miejsca, ale założę się, że Puglia.
- Brawo!
- Cinque Terre! 
- To też Liguria!
itd… itd…
Z poznawaniem Italii jest trochę tak jak z nauką języka … Im więcej człowiek jeździ i zwiedza, tym mocniejsze dopada go przekonanie, że tyle jeszcze przed nim do zobaczenia, że wciąż tak mało widział… 
Ale to dobrze! To bardzo dobrze! Zobaczymy jakie nowe miejsca przyniesie ten rok. Dla mnie już coś na pewno w ten weekend...


- Mamusiu ty czujesz jak jest ciepło! 
- Czuję. Oby już to ciepło zostało!
- Quasi... Quasi … poszedłbym nad rzekę się wykąpać!
- Jeszcze trochę musisz wytrzymać!

DOBREGO DNIA!

PALNIKI to po włosku FORNELLI (wym. fornelli)

Biforco

Niby nic, a przecież wielkie coś

niedziela, października 16, 2016


Mimo słońca łaskawie nam panującego, mimo lazuru i ciepła jakim przywitał nas sobotni ranek, dzień zapowiadał się do kitu. Łańcuszek niemiłych zdarzeń wpędził mnie w tak zły humor, że aż miałam ochotę rozpłakać się z bezsilności. Sobota jest przecież na wagę złota, a ciepła październikowa sobota tym bardziej. Byłam zła na wszystko, wszystkich i przede wszystkim na samą siebie, że tak się złym nastrojom dałam podejść. 

Aż w końcu około południa powrócił spokój i jakoś ten dzień udało się uratować. Pomyślałam sobie, że kiedy wszystko idzie źle, to najlepiej skupić się na zwykłych drobiazgach. Wypełnić nimi dzień i z nich właśnie czerpać radość. Nadejdzie przecież czas, że za tymi drobiazgami będę płakać z tęsknoty, wiem o tym już dziś. Życie gna jak głupie, czas jest bezlitosny.
Kiedyś dzieci się wyprowadzą, a ja będę starą matką wspominającą z rozrzewnieniem codzienne obrazki. Nastolatka w fartuszku kuchennym …



- Mamusiu chciałbym być kiedyś rodzinnym pasticere.
- No to ucz się. Jeszcze ta połówka cytryny.
- Zostaw ja to zrobię, krem będzie mój.
- Bravo!
- Są u ciebie na blogu wszystkie przepisy?
- Przecież mam dwa blogi, na "Kuchni" jest prawie wszystko.
- To ja sobie poczytam i będę uczył się gotować.
- Bardzo się cieszę! Mężczyzna powinien umieć gotować! 


Po południu drużyna Mikołaja rozegrała pierwszy mecz w tym sezonie. Mecz zakończony remisem, bez goli. Pogoda była wymarzona. Fotografowałam to chłopców ganiających za piłką, to świat otaczający boisko i nacieszyć się nie mogłam tym, że tu nawet mecz rozgrywa się w pięknych okolicznościach przyrody.


- Dziś numery na koszulkach były przydzielane już na stałe.
- O! A ty jaki sobie wybrałeś?
- Ja nie wybierałem tak jak niektórzy, to znaczy chciałem 10, ale i piętnastka jest fajna. To przecież tylko numer.
- Bravo. 
Przecież to tylko numer...




Wracałam z meczu w przedwieczornej mgle i cieszyłam oczy widokiem jesiennego Biforco. Jak tu ładnie - myślałam - jak dobrze … Dzień w końcu nie okazał się taki zły, jak się zapowiedział, mało tego … To był naprawdę piękny dzień! Utkany z drobnych obrazków, z chwilek maleńkich pachnących kremem cytrynowym,  dźwięczących okrzykami na boisku, ciepłych od rozmów z Czytelnikami. Chwilek poświęconych na pisanie, odpowiadanie i kulinarne poszukiwania. 
Na Biforco opadła mgła. Dobra mgła, puchata i ciepła. 
Dzień był może banalny, prostoty, pewnie nieszczególny, jednak tyle miał w sobie smaku … zupełnie jak nasza kolacja, niby nic i wielkie coś - smażone zielone pomidory...


WIELKA RZECZ - to po włosku UNA COSA GRANDE (wym. una cosa grande)

Brisighella

Czy to wciąż Lejdis czy włoskie "mammy"?

piątek, września 23, 2016



Kiedy w czwartkowy ranek w Biforco panowała mgła gęsta jak mleko i widoczność była poważnie ograniczona, Lejdis spacerowały ponad chmurami i podziwiały cuda Apeninów… 
Na szczęście mgła szybko opadła i początek jesieni omamił nas lazurem pstrokatym, słońcem jaskrawym i ciepłem nieprzyzwoitym. Ruszyłyśmy więc na spacer po kolorowej Brisighelli… 
Lejdis fotografowały wszystko, co tylko można było zatrzymać w kadrze: kwiatki, ceramikę, obrazy, drzwi, uliczki, rowery i same siebie oczywiście. Zachwycały się wszystkim, jadły lody i nawet nawiązywały nowe znajomości. 


A potem nastał prawie wieczór i zrobiło się jeszcze piękniej, jeszcze weselej, jeszcze bardziej wyjątkowo. Lejdis założyły fartuszki, ściągnęły biżuterię i zabrały się za przygotowanie kolacji pod okiem Emiliany i Cristiny. Tagliatelle z sosem ze świeżych pomidorów i tortelli z ricottą i szpinakiem. Lejdis były wdzięczne, czarujące, kobiece. Uśmiechnięte i zrelaksowane, bo włoskie gotowanie to przecież prawdziwa przyjemność, a przy tym niezwykły spektakl dla tych, którzy stoją z boku. Lejdis były jak włoskie "mammy" w przepięknej kuchni Pianorosso, ze światłem wpadającym przez uchylone drzwi, w którego promieniach wirowały drobiny mąki, z widokiem na wzgórza wyciszone, z zapachem świeżo zerwanego santoreggia. Chciałoby się być malarzem lub choć przynajmniej poetą, by ten obraz zachować jak należy. Ja tymczasem zostawiam foto opowieść. 
A SANTOREGGIA, zioło, nad którym zastanawiałyśmy się przez cały wieczór to CZĄBER!

Tortelli - wersja włoska i wersja amerykańska:)