dzieci

Maki i inne wiosenne radości

niedziela, maja 13, 2018


- Nie zrywaj ich, proszę! Ich życie i tak trwa za krótko.
- Ale bukiet ci wtedy ładny zrobiłem, prawda?
- Ty mi zawsze robisz piękne bukiety. 
Idziemy do Marradi na lody i po ostatnie sadzonki. Ogródek nareszcie wygląda tak jak powinien. Nadgoniłam ze wszystkimi zaległościami i nacieszyć się tym nie mogę. Teraz zasłużona chwilka relaksu.
Wzdłuż via Francini soczyście zielono, w zieleni toną lipy i każdy najmniejszy krzew. Maki wyrastają spomiędzy kamieni w murze, na poboczu, a poza miastem czerwienią się całe pola... Zawsze na taki widok przypomina mi się Riccardo Cocciante i jego Mare dei papaveri.
  

Kwietniowe fiolety bzów, glicine, rozmarynu i irysów ustąpiły miejsca ciepłym barwom maków i ginestre. Od kwiatów uginają się też gałęzie akacji, a ich słodyczą nasiąka toskańskie powietrze. Wszystko tak pachnie, kwitnie na bogato, że przyprawia człowieka o zawrót głowy. 


Mój kochany, młody "Tolibowski" wciąż przynosi bukiety. Dziś pewnie będzie nie inaczej, bo oto w Italii Dzień Mamy. Jeszcze jedna krótka chwila oddechu, przed kolejnym ważnym tygodniem. Dzień dla nas, spokojny i bez wielkich planów. 
Za wiosennymi popołudniami, takimi jak to wczorajsze tęsknię cały rok, za spacerami, za trzymaniem się za ręce, za lodami i kieliszkiem prosecco, za zapachem, za widokiem, za zielenią i za makami oczywiście...


Mówią: "pańskie oko konia tuczy". A zatem patrzę na ten mój cudny ogródek, w którym w tym roku wiele pomidorowych eksperymentów. Posadziłam gatunki, o których w życiu nie słyszałam. Zobaczymy co z tego wyrośnie. 
Patrzę i podziwiam. 
Słońce powoli chowa się za wzgórzami. U moich stóp siedzą dwie kaczki, które stroją się w pierwsze prawdziwe piórka. Na kolanach mam świeży bób. Łuskam go i wspominam Graziellę z mercato. Wiosna na talerzu, to też jest coś za czym tęsknię i te stragany teraz pełne groszku, bobu, truskawek... 
Szykuję pyszną kolację, ale tu zapraszam Was już do Kuchni w Kamiennym Domu. Dobrej niedzieli wszystkim, a włoskim Mamom, wszystkim Mamom dużo miłości i satysfakcji. 

***
- Czy łatwo nas było wychować? - pyta Tomek.
- Wychowanie człowieka nigdy nie jest łatwe, to wielka odpowiedzialność, ale szczerze mówiąc z wami było całkiem bezproblemowo!
- Nie wiem czy ja będę potrafił, o ile oczywiście będzie mi dane.
- Będziesz. Jesteś dobrym i mądrym człowiekiem. Wychowanie dzieci to też wielka przygoda, najpiękniejsza jaka mogła mi się zdarzyć.
- Mamusia... najlepsza Pusia na świecie! To znaczy... Pusia, najlepsza mamusia na świecie!
- Kocham.
- Kocham.

WIELKA PRZYGODA to po włosku UNA GRANDE AVVENTURA (wym. una grande awwentura)

dzieci

Walc pod słońcem Toskanii

poniedziałek, maja 11, 2015


Po raz pierwszy od nie wiem jak długiego czasu, mogłam wreszcie na chwilę odsapnąć. To był taki mój osobisty prezent na dzień matki. Uporałam się z najpilniejszymi obowiązkami, z tym czego przekładać nie można i resztę dnia mogłam zadedykować dzieciom. 
Ktoś z marradyjczyków, wyrażając wczoraj uznanie dla mojego "matkowania", zapytał co mi podarowały dzieci. Odpowiedziałam, że w sensie materialnym nic, ale oni sami są dla mnie prezentem, a poza tym dwoili i troili się, by było wszystko to, co mama lubi. 



Całkiem spontanicznie wyszły nam nawet tańce, najpierw w domu, potem w parku. A wszystko zaczęło się od pewnego włoskiego przeboju, przy którym pokazałam im kroki tańców latynoskich, bo oni tak jak ja - kiedy słyszą muzykę, nie potrafią stać w miejscu. 

Po gorących rytmach, Mikołaj spytał - o co mi chodziło z tym Toliboskim, wytłumaczyłam więc któż to taki, co dało okazję do krótkiej pogadanki o polskiej literaturze. I tu znów wróciliśmy do tańców, nie mogło przecież zabraknąć podkładu muzycznego. Znalazłam szybko w sieci scenę "liliową" z wzruszającym walcem i zaraz zaczęliśmy krążyć po pokoju - raz dwa trzy ... raz dwa trzy ... 
A kiedy już byliśmy przy walcach, to zaraz włączył się następny z "Trędowatej" i tak niby zwykłe, niedzielne popołudnie, stało się całkiem niezwykłe, pełne rozmów o muzyce i o dawnych czasach. Chłopcy mają w sobie niegasnącą ciekawość i każda moja odpowiedź, pociągała pięć nowych pytań. Rozbiory, potop szwedzki, Sienkiewicz, Sobieski, odsiecz, mezalianse ... tak nam to wyszło spontanicznie, że aż nadziwić się nie mogłam. Lekcja historii i literatury polskiej w cudownie ciepłe, toskańskie popołudnie zadedykowane "mamie". 


Jeśli kiedyś będą to pamiętać, te nasze spacery, rozmowy, wspólne lody i walca w marradyjskim słońcu, będzie to dla mnie największym i najpiękniejszym prezentem...


A dziś rano Tomek wziął plecak, czapkę z daszkiem, aparat i pojechał na swoją pierwszą "długą" wycieczkę klasową. Już za dwie godziny będzie przechadzał się po jednym z najsłynniejszych miast świata. 

DOBREGO TYGODNIA!

WALC to dla Włochów VALZER (wym. walcer)

dzień matki

"Mój" pierwszy włoski dzień matki.

niedziela, maja 10, 2015


Kiedyś moim największym marzeniem, wtedy jakże nieosiągalnym, było dostać laurkę na "dzień mamy". Stare czasy... Dziś to moje największe marzenie idzie do gimnazjum, a drugie wygrywa swoje pierwsze mecze... Niejedną laurkę już dostałam, niejeden kwiatek prawdziwy i krepinowy, niejeden drobiazg, mniej lub bardziej wymyślny, ale każdą z tych rzeczy przechowuję jak najcenniejsze skarby w rodzinnym pudełku ze wspomnieniami. 

26 maja zawsze był dla mnie dniem mamy i wielokrotnie zastanawiałam się jak to jest, że Polacy na emigracji z czasem wbijają sobie do głowy inne daty, inne świętowanie?? Kiedy w zeszłym roku z marradyjskich kwiaciarni ludzi wynosili piękne bukiety, ja byłam tylko świadkiem zamieszania, obserwatorem i kronikarzem. Sama bowiem nie poczuwałam się do tego, by ten szczególny dzień czcić w drugą niedzielę maja. Jak świat światem dzień matki to przecież 26 dzień miesiąca. 


A w tym roku? Stała się rzecz niezwykła. Nie wiem czy wciągnęła mnie atmosfera, czy człowiek żyjąc w innym kraju, wcześniej czy później przynajmniej część tradycji i zwyczajów  przyjmie jako swoje, ale kiedy w sobotę zatrzymałam się przy kwiaciarni, skąd migały do mnie te wszystkie życzenia, serduszka i infantylne bileciki, nagle uderzyło mnie, że to i moje święto, że ono przypada właśnie jutro! 
Nie wiem czy chłopcy sami z siebie będą pamiętać, czy ten dzień będzie wyjątkowy. Chciałabym, by tak było, ale nawet jeśli nie, gniewać się nie będę, bo muszę uczciwie przyznać, że kwiaty okraszone najszczerszym kocham dostaję od nich niemal każdego dnia.

I jeszcze dwa słowa o meczu. Pierwszy raz nie wyciągnęłam wczoraj aparatu, bo ileż można robić podobne zdjęcia?? Tym bardziej, że w Fognano, gdzie rozgrywany był turniej widoczność jest słaba z powodu siatki przed oczami. Zdjęcia żadnego - a mecze pierwsze w historii wygrane! Jeden zakończony zwycięstwem 1:0 (gol Mikolaja), drugi remisem 2:2 (obydwa gole Mikołaja). 

Dobrej niedzieli wszystkim, a polskim Mamom żyjącym w Italii i oczywiście włoskim "Mammom" - szczęścia i miłego dziś świętowania!

WYGRAĆ to po włosku VINCERE (wym. winczere)