ciepło

Tik tok, tik tok... południe

wtorek, stycznia 15, 2019


- Jaki piękny dzień! Aż się wierzyć nie chce, że to styczeń. 
- Mogłoby tak już zostać do marca! 
- Pod koniec tygodnia pogoda ma się niestety zmienić.
- Jakby nie było to w końcu środek zimy! 
- A zatem cieszmy się tym co dziś! Godiamoci la giornata!

Z panią w przychodni, z sąsiadem, ze znajomą na targu, z wszystkimi wymieniałam wczoraj podobne uwagi. Dzień był wyjątkowy. 
Termometr pokazywał 20 stopni i tym razem to wcale nie było przekłamanie. Na moim tarasie w słońcu było na pewno więcej. Zimowa kurtka na poobiednim spacerze okazała się nadmiernym balastem. Spokojnie wystarczyłaby cieplejsza bluza. W ciągu dnia wyłączyłam ogrzewanie i otworzyłam na oścież drzwi, żeby styczniowe ciepło wpadło do domu. Przez chwilę nawet pomyślałam, żeby obiad zjeść na zewnątrz, ale ostatecznie zostaliśmy w kuchni przy stole, a na taras wyszłam z popołudniową pracą.

Tik tok tik tok… Styczeń wybił południe...


Po kilku latach mieszkania tutaj przestałam śledzić wiadomości w Polsce. Na początku czytałam portale informacyjne codziennie, potem moje zainteresowanie osłabło. Od jakiegoś czasu nie mam telewizji - z wyboru, nie interesuję się polityką i staram się odciąć od zła, które ogarnia świat. Może jestem ignorantką i egoistką, ale tak jest mi lepiej. 
Nie piszę, na blogu nie komentuję nigdy - taka moja zasada - wydarzeń bieżących, politycznych ecc... Dziś jednak trudno milczeć po tym, co stało się wczoraj w Polsce. Nic od dawna tak mną nie poruszyło. Nasuwają mi się tylko pytania, pytania rzucone w próżnię, pytania, na które być może lepiej nie znać odpowiedzi. Czy istnieją jakiekolwiek granice nienawiści? Czy to możliwe, że jednak zło wygrało?? Czy to naprawdę jest koniec?
Wielki smutek. Ogromny. 

Ps. Dziś w nocy w okolicach Ravenny zadrżała mocniej ziemia. My nic nie odczuliśmy. Uprzedzam pytania, gdyby ktoś się martwił. 
Aga? Marzenka? Renata? U Was wszystko dobrze?   

NIENAWIŚĆ to po włosku ODIO (wym. odio)

anka

Styczniowy motyl, styczniowe narcyzy i Babcia na dzień babci.

niedziela, stycznia 21, 2018


Przed nami na ścieżce zatańczył motyl. Nie jakiś tam byle jaki, tylko prawdziwa rusałka admirał. Przysiadł na chwilę na ziemi, potem znów zatrzepotał skrzydłami, przycupnął na ułamek sekundy na moim kapturze i wylądował na ścieżce tuż pod naszymi stopami. Mario wyciągnął rękę, a motyl hyc hyc dwa kroczki po palcu przedreptał i zaraz odfrunął na dobre. Motyl w styczniu nawet w Toskanii nie jest codziennym widokiem, choć 20 stycznia poczęstował nas taką pogodą, że śmiało mógłby za wiosnę uchodzić.


Pojechaliśmy na spacer w stronę Grisigliano i Galliana. Ot tak żeby pochodzić, bez żadnych męczących eskapad, bo Mario nie czuł się zbyt dobrze. 
- To musiała być kiedyś zona signorile...
- Dlaczego?
- Popatrz ile tu villi jest skupionych.
- Rzeczywiście ... Nie zwróciłam na to nigdy uwagi. Villa Grisigliano i Galliana i Villa Antonelli i moja ulubiona. Jedna piękniejsza od drugiej...




Obok ścieżki znalazł Mario wbity do połowy w ziemię róg koziołka. Mówią, że przynosi szczęście. Oby tak było, jest nam wszystkim bardzo potrzebne.  
W Grisigliano przeszliśmy aleją cyprysów, naruszoną brutalnie przez ostatnie wichury. Dotarliśmy do stojącego w polu kościoła San Michele. Tu też czekała nas wiosenna niespodzianka.


Zakwitły narcyzy! Nie jakaś tam stokrotka, jakiś jeden falstart z San Giuseppe. Narcyzy! Całe kępy narcyzów.
Tu motyl, tam kwiaty - w obliczu tego wszystkiego ciężko nie łudzić się wczesną wiosną. Ale przecież, to wszystko może jeszcze przysypać śnieg i nie będzie to żadna anomalia... Tak czy inaczej aż dusza się człowiekowi śmieje na takie widoki, jakoś się wszystko rozjaśnia, myśli się wypogadzają. Jakże ogromny wpływ ma na nas natura...


Nadszedł czas by w końcu wrócić do domu i naprawdę rozwinąć czerwony dywan. "Anka" meldowała z drogi pozostałe do przejechania odległości kilometr po kilometrze! 
Zamieszać sos, nakryć do stołu, woda na makaron na gaz, butelkę odkorkować!  
Kiedy żegnaliśmy się drugiego dnia świąt, nawet nie marzyłam, że tak szybko się zobaczymy, że plany na ferie mogą się rzeczywiście zrealizować. Tymczasem znów przy stole w Kamiennym Domu zrobiło się gwarno, a salwy śmiechy wybuchały do nocy. Co jak co, ale śmiać się to my potrafimy!


Cudownie się złożyło, bo przecież dziś właśnie przypada polski Dzień Babci i imieniny "Anki". Mam nadzieję, że nasze śmiechy będą się dalej turlać echem po dolinie Lamone i świętowanie będzie niezapomniane. Na wszelki wypadek jednak nie rozpalamy w kominku. Rozgrzewa nas nieocenione rodzinne ciepło. 
Dobrego dnia, a wszystkim Babciom i Agnieszkom wszystkiego co najpiękniejsze!  


BABCIA to po włosku NONNA (wym. nonna)

ciepło

Plusk i plaf i morza uwodzenie

środa, sierpnia 09, 2017


Morze to zawsze morze, choć przy każdej okazji podkreślam, że w sercu na pierwszym miejscu góry. Ale morze… Morze to zawsze morze... Morze i jego mamienie kolorami, bajanie szumem, czarowanie słońcem odbijającym się pomiędzy spienionymi falami … I woda teraz tak ciepła, że nawet ja się nie wzdrygam, tylko wskakuję bez zastanowienia i zaraz podskakuję i przeskakuję - plusk i plaf - bawię się jak dziecko, bo to morze w tym roku wyjątkowo łaskawe. 


Wyciągam z koszyka i rozkładam na piknikowej ściereczce kawałki pizzy i schiacciaty kupione rano u piekarza. Zajadamy z apetytem popijając schłodzonym prosecco, a wiatr łopocze kolorowymi płótnami rozciągniętymi pomiędzy wbite w piasek pale. Chwila odpoczynku, krótki spacer aż do wydm, a potem znów do wody plask i pluf, bo morze kusi, przyciąga, zniewala. 
- Patrz! - woła Mikołaj do Tomka - mama głowę całą zmoczyła!
- Pusia! Pokaż jak pływasz pod wodą - prosi Tomek uradowany i zaraz bije mi brawo, kiedy wynurzam się jak foka spomiędzy ciepłych bałwanów.
- Specjalnie się dziś nie malowałam! Wiedziałam, że tak będzie! - Głowa znów ląduje w ciepłych odmętach Adriatyku, a dłonie dotykają piaszczystego dna...
W nosie z makijażem i przyczesanymi włosami! Odrobina soli jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a ja dobrze wiem, że za tym plusk i plaf już nie długo będę rozpaczliwie tęsknić... 


Dziś chwila oddechu w domowych pieleszach. Nie żebym miała wolne, ale za to mam ambitne postanowienie nigdzie dziś nie pędzić. Może znajdę czas, by znów coś nowego w kuchni zapachniało… Tymczasem, choć to już pewnie nudne, jeszcze raz ośmielę się zaapelować o Wasze głosy. To już ostatni raz, więc pełna mobilizacja! Tylko dziś do północy trwa internetowy pojedynek, a niestety zostaliśmy odrobinę w tyle! Kto może, kto pomoże? Niech Biforco wygra!

NURKOWAĆ - TUFFARSI (wym. tuffarsi)

ciepło

Przedświąteczne odliczanie czas zacząć

poniedziałek, listopada 30, 2015


Znów zmienił się wiatr, bije w okiennice, szarpie zewnątrzną zasłoną, chce być groźny, ale nic mu z tego nie wychodzi. Na taki wiatr wszyscy czekają z utęsknieniem, niesie bowiem ze sobą ciepłe, afrykańskie powietrze. Jak tylko człowiek oczy otworzy już czuje, że zimno poszło sobie gdzieś indziej. Czuć to na twarzy, w oddechu, w zapachu powietrza. Termometr o 6.00 rano pokazał 10 stopni! To już jakiś pozytyw przy mało lubianym poniedziałku! 


Marradi zaczęło stroić się świątecznie. Most udekorowano czerwonymi kokardami, na placu stanęła scenografia do nadchodzących mercatini, dziś lub jutro zostaną włączone iluminacje i pewnie lada moment przed teatrem stanie też choinka. Na naszej ścianie zaraz zawiśnie kalendarz adwentowy, dzieci dostaną ode mnie oficjalną zgodę na świąteczne śpiewanie, a w najbliższych dniach i my poszukamy naszego drzewka. Czas zakręcić ciasto na pierniczki, bo najbliższy weekend będzie już prawdziwie świąteczny i przede wszystkim potrwa aż 4 dni! 


Tak jak w Polsce zwiastunem czasu przedświątecznego była zawsze reklama coca coli, tak tu mamy bauli: https://www.youtube.com/watch?v=Uucs3Aelpxg, kiedy słychać a natale, a natale ... , wiadomo, że rozpoczęło się końcowe odliczanie. 


To będą trudne święta, życie to nie jest reklama bauli, ale postaram się, żeby mimo wszystko były wyjątkowe. Mam nadzieję, że udzieli nam się tutejsza atmosfera. Zapraszamy Was do Marradi 6 i 13 grudnia, będzie pięknie!

INVITARE to znaczy ZAPRASZAĆ (wym. inwitare)

ciepło

Ciepło, które czuć kiedy zimno

sobota, października 17, 2015


W piątek niebo nad Marradi zrobiło się w końcu niebieskie, ale niestety wiatr zmienił kierunek i przeganiając chmury przywiał też zimne powietrze. Skończył się czas zostawiania otwartych drzwi aż do zmroku i zaczął się sezon na: "chiudi! chiudi! chiudi!" (zamknij). Zimno nastało przenikliwie i choć przymrozków jeszcze nie ma, skapitulowałam i naciągnęłam na grzbiet puchówkę. No trudno! Fuksja z kapturem zamiast białych koronek.

Nadszedł czas kiedy najlepiej jest w miłym gronie, przy winie, przy pizzy, przy polencie czy  przy pieczonych kasztanach. I w takim też klimacie zamknęłam pracowity tydzień. Urodziny dziecka, jak już nie raz miałam okazję doświadczyć, to też okazja do spotkania się dorosłych. Są śmiechy, czasem głośniejsze niż te dziecięce, dowcipy, zwykle niewybredne, pizza tak pyszna, że oszaleć można, bananowy likier, który na koniec jeszcze bardziej podkręca szampańskie humory, ale w tym wszystkim wciąż najbardziej delektuję się atmosferą i świadomością, że lata mijają, a ja chyba przestałam już być ta nowa... Ciepło, które mnie tu otacza, wciąż mnie wzrusza i utwierdza w przekonaniu, że to dobre miejsce do życia...


Dziś natomiast, by zrekompensować sobie choć w ułamku brak wakacji od dwóch lat, przez jeden dzień pobędę sobie turystką. Zamykam komputer, muszę złapać oddech. Mam nadzieję, że wieczorem będę miała głowę pełną wspaniałych obrazów. Bez konktrenego planu, na południe, do miasta na G, a co się wydarzy, gdzie zawitamy, co zobaczymy, kogo poznamy, dzień pokaże. 
Miłego weekendu Wam życzę a sama idę spakować czerwony koszyk. 

Dziś nie słówko, a powiedzenie, z dedykacją dla niektórych moich uczniów: CHI VIVRÀ, VEDRÀ:) (wym. ki wiwra, wedra:) co odpowiada polskiemu - pożyjemy, zobaczymy:)

białe sukienki

Pobudka białych sukienek

wtorek, kwietnia 14, 2015



Nadszedł wreszcie moment, kiedy weszłam z dworu do domu i pomyślałam - "ooo jaki miły chłodek!" 
W ciągu dnia było 28 stopni. Przez "miły chłodek" domu przemknęłam jednak tylko jak błyskawica, aby wrzucić na siebie pierwszą lepszą, białą sukienkę, jeszcze pomiętą, dopiero co wyciągniętą po zimie z garderoby i hyc - znów na taras. 
Przyjemnie jest w zimowe miesiące siedzieć przy kominku obłożona książkami i przygotowywać lekcje bądź artykuły, jednak nic nie może się równać z żarem, który w południe wiosną i latem spływa obficie na mój taras. Jestem jak jaszczurka, jak bateria słoneczna. Słońce i ciepło to energia, siła, optymizm. Wraz z nimi odradzam się, jak feniks z popiołów. 
Zimno to dla mnie synonim zła. Nie lubię zimna. Zimno mnie fizycznie boli. Jest mi źle kiedy jest zimno i zimno mi kiedy jest mi źle. Zimno może mi być i przy 30 stopniach, ale to zimno jest inne i gorsze niż to styczniowe. 

Może też i dlatego wygnało mnie aż na południe, w poszukiwaniu ciepła, jakkolwiek rozumianego. Znalazłam je. Czuję je na każdym kroku. 
- Ciao Caterina!
- Buongiorno Caterina! 
- Come stai Caterina?
- Caterina hai bisogno?
- Posso fare qualcosa per te?
....
Ciepłymi słowami, które słyszę idąc tylko po zakupy do Marradi mogłabym zapisać kilka stron ...

Teraz cieszę się, że w końcu nadeszło też i to normalne prawdziwe ciepło. Długo kazało w tym roku na siebie czekać. Mówię długo - oczywiście w odniesieniu do mojej szerokości geograficznej. Niby straszą jeszcze jakimś zimnem pod koniec tygodnia, że znów tylko 17 stopni, ale jak by na to nie patrzeć - idzie ku dobremu.

Moje białe sukienki znów wyszły z szafy. Czekają na odświeżenie, wyprasowanie i zaraz będą fruwać po toskańskich łąkach. 

QUALCOSA to znaczy COŚ (wym. kualkoza)