artykuł

Garść codziennych drobiazgów i NIEdrobiazgów

wtorek, stycznia 10, 2017


Siedzi sobie człowiek spokojnie, na komputerze coś tam skrobie, a tu nagle bach:
- Mamusiu mam dla ciebie "foglio molto importante" (bardzo ważna kartka - komunikat ze szkoły)
- Jak ważne, to pewnie coś do zapłacenia. Pokaż.
…
- Ojej … 
- Co to?
- Nie jestem na to gotowa…
- Co się stało?
- To informacja o tym, że w styczniu muszę zapisać cię do scuola media…
Mikołaj patrzy na mnie pytająco.
- Przecież ty się dopiero urodziłeś… Dopiero co poszedłeś do włoskiej szkoły "maluchu"… 
- Smutno ci?
- Trochę. Jakoś mi dziwnie z myślą, że mam już takie duże dzieci.
- Nie martw się teraz będzie ci trochę łatwiej.
- To na pewno! Ale czy musicie tak szybko dorastać?
Poza nostalgią wywołaną dorastaniem dzieci, która na krótką chwilkę mnie dopadła, jestem szczęśliwa. Po wczorajszych wiadomościach z Polski jeszcze bardziej cieszę się, że dziś jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. 


- Czy jest jakiś uniwersytet, po którym mógłbym zostać marynarzem? - pyta Tomek.
- Na pewno jest jakaś Akademia Morska w Italii. 
- Może w Ravennie, jak myślisz?
- Może… Ale jeszcze masz trochę czasu, prawda?
- Tak, tak, ale już wiem, co będę w życiu robił.
- Nie pierwszy raz! - żartuję na głos. 


- Mario, a ty wiesz kto to są Black Sabbath? - pyta Mikołaj przy kolacji.
- Tak, wiem. Dowiedziałem się dawno temu w wojsku…
Pewnego dnia wezwano nas na apel. Mieliśmy wszyscy włosy ciut przydługie, bo taka była  wtedy moda, a nasz "generale" patrząc na nas z dezaprobatą zarządził - "Wszyscy natychmiast do cięcia, włosy na krótko! Wyglądacie jak Black Sabbath!" Ja chłopak z małej mieściny, nie miałem pojęcia o kim mówi, więc szturchnąłem w bok sąsiada i szeptem zapytałem - "kto to są Black Sabbath?"



A ja zaczynam zbierać karteczki do nowego słoika. Na dobry początek roku taka moja mała satysfakcja, znów zdobyłam się na odwagę (oby mi jej przybywało!) i opublikowany został mój kolejny artykuł po włosku. Tak jak mi ktoś wczoraj z serca radził - powinnam chyba więcej pisać po włosku, miło widzieć zainteresowanie moim słowem, moim zdaniem, moją opinią. Skoro Polska nie chce, to może Włochy zechcą.
Czeka mnie też sesja fotograficzna zupełnie inna od poprzednich. Oby mi tylko tej odwagi nie zabrakło…

MALUTKI to po włosku PICCOLINO (wym. pikkolino)

artykuł

Cud przedbożonarodzeniowy

piątek, listopada 11, 2016


Nie wiem czy to cud przedbożonarodzeniowy, moce nadprzyrodzone, upór rodziców i nauczycieli, czy co tam jeszcze mogło zadziałać, że ktoś ostatecznie się ugiął… W każdym razie ogłoszono oficjalnie, że szopka jednak się odbędzie! Całe szczęście, bo to przecież nieodłączny element marradyjskich świąt. Nie godzi się odbierać Marradi presepe.

Gdyby szopka się nie odbyła, szczególnie pokrzywdzona byłaby klasa Mikołaja, której to, jako kończącej szkołę podstawową, przypadają najważniejsze funkcje. Ale … nieważne co by było gdyby … Ważne, że jest i że święta rozpoczniemy porcją radości i szopkowych wzruszeń. 

Drugim tematem zebrania była "długa" wycieczka na zakończenie szkoły i zdaje się, że ostatecznie wybór padnie na propozycję najbardziej wszystkich emocjonującą... Jeśli nic się nie zmieni Mikołaj i jego klasa pożegnają podstawówkę wycieczką na Elbę! 
No cóż... być dzieckiem we Włoszech…

I to tyle ze szkolnych nowości. O sukcesach i porażkach chłopców dowiem się za dwa tygodnie na spotkaniach indywidualnych, a tymczasem cieszę się szopką, cieszę się Elbą, cieszę się tym, że dziś odwiedzi mnie Contessa i tym, że już zaraz weekend i może choć oddech maleńki, malusieńki uda mi się złapać…

I tylko trochę mi żal samej siebie, że jestem w wiecznym pędzie, w ciągłym natłoku obowiązków, zapracowana do granic fizycznych możliwości, pcham ten mój życiowy wózek, byle do przodu. Chciałabym pojechać na wakacje… Choć na dwa dni, bo w tygodniach to nawet nie liczę! Dwa dni prawdziwych wakacji są mi tak bardzo potrzebne, że aż chce mi się płakać. A tak realnie marzę choć o jednym dniu włóczęgi po okolicach, chciałbym zobaczyć nowe miejsca, coś odkryć, zachwycić się i zachwyt zobaczyć w oczach dzieci…

Będę jednak siedzieć w domu, bo przecież limit cudów na ten miesiąc został już wyczerpany, ale jeśli Wy wybieracie się we włoską podróż, może w artykule jaki ostatnio napisałam znajdziecie inspirację. Kulinarna podróż przez Romanię i Toskanię.  Zapraszam do lektury i mówię - Dobrego weekendu!

UGIĄĆ SIĘ to znaczy PIEGARSI (wym. piegarsi)

artykuł

Sens pisania

środa, października 19, 2016


Czasem niektórzy pytają mnie - ile czasu poświęcasz dziennie na bloga? - Dużo - odpowiadam lakonicznie. Blog to prawie jak etat - myślę sobie. Gdyby nie to pisanie miałabym zdecydowanie więcej czasu. - Naucz się choć na nim zarabiać, tak jak inni szanujący się blogerzy - radzą życzliwi i podsuwają pomysły. 
Ja jednak nic z tym nie robię... Blog narodził się - mówiąc górnolotnie - z miłości i z tęsknoty. Z miłości do Italii, z tęsknoty za nią, z miłości do słowa, do pisania, z tęsknoty za tym, by marzenie o moich słowach na księgarnianych półkach w końcu się zmaterializowało.


Ktoś może powiedzieć - sztuka dla sztuki. Ale dla mnie to zdecydowanie więcej. Blog podarował mi coś, co nie ma dla mnie ceny. Za każdym razem, gdy ktoś pisze miły komentarz, gdy dostaję wiadomość, gdy ktoś wybiera Marradi jako cel wakacji i w końcu, gdy ktoś zostawia turystyczny szlak i nadkłada długich kilometrów, by do mojego Biforco wpaść na chwilę rozmowy, czuję jaki to wszystko ma sens! A potem jeszcze pojawiają się niespodzianki takie jak na zdjęciu i już całkiem serce się roztapia… Tyle trudu, fantazji, pomysłu, poświęconego czasu i to wszystko właśnie dla nas… Patrzę na pracochłonne dzieło i wzruszam się od wczoraj niezmiennie. Niezwykłe to wszystko…

- Mamusiu - pyta Tomek - czy ty jesteś sławna?
- Nie, no coś ty! Nie przesadzaj.
- Ale twój blog jest znany?
- To za dużo powiedziane! Mam sporo czytelników, ale nie, że zaraz znany! Są inne blogi sławniejsze i inni blogerzy dużo lepsi ode mnie.
-  No dobrze, tylko czy innym blogerom ktoś robi takie niespodzianki jak tobie? 
- …


Agnieszko bardzo dziękujemy za Wasze odwiedziny, niespodzianki i przegadane godziny. Mam nadzieję, że przystanek w Marradi będzie jednym z miłych wspomnień w Waszej toskańskiej podróży.


A na koniec jeszcze coś o pisaniu…
Marzenie o wydaniu książki wciąż ma się dobrze, choć szczerze mówiąc przestałam coś z tym robić. Może zimowe miesiące podarują mi trochę wolnego czasu, bym mogła skupić się na słowach przeznaczonych do druku. Chciałam Wam pokazać, że odbiciem moich tęsknot za pisaniem jest nie tylko blog, czasem zdarza mi się opublikować małe formy i choć dla wielu to pewnie nic wielkiego, dla mnie jednak to wciąż prawdziwa satysfakcja. 

Ps. Artykuł Casa dolce casa ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu Lente.


NAPISANY to po włosku SCRITTO (wym. skritto)

artykuł

Z wiatrem i pod wiatr

czwartek, kwietnia 28, 2016


Biedny lew trzyma się pazurami masztu, wiatr nim targa na wszystkie strony i tylko blacha groźnie zgrzyta. Naciągam kaptur i biegnę dalej. Tak, nie idę, właśnie biegnę. Biegnę, przebieram nogami najszybciej jak umiem i nie dlatego, że się spieszę. Dziś biegnę, bo uciekam przed wiatrem zbójem, co od rana gna doliną jak szalony kamikadze. Wytarmosił moje glicine, sponiewierał jukki, rzucając nimi na wszystkie strony, potem szmyrgnął w kąt Mikołaja rower, a łóżko plażowe na tarasie podrywał i przestawiał jak papierowy świstek.


Nie lubię silnego wiatru chyba jeszcze bardziej niż deszczu. Czuję wtedy dziwny lęk, który zakrada się pod skórę i długo spokoju nie daje. W środę wszystko szło mi nie tak. Tomek kaszlący zaległ w łóżku, moje spotkanie zaplanowane od dłuższego czasu musiałam z bólem serca przełożyć. Prąd to był, to go nie było. Ani jednej dobrej wiadomości, na które czekam od dawna. Nic na plus....
Ale pod koniec dnia zdarzyło się jednak coś miłego.
Po tym jak we wtorek udostępniłam na fejsbuku mój artykuł o Mantigno, zaraz pojawiły się kojne udostępnienia przez burmistrza Palazzuolo, jak i przez lokalny portal Filo del Mugello. Od portalu już kiedyś dostałam zaproszenie, by po włosku co jakiś czas coś napisać i na ich stronach opublikować, ale człowiek z tak mizerną pewnością siebie jak ja, musi być przyparty do muru, by wreszcie coś zdziałać. 
Co innego mówić swobodnie po włosku czy uczyć innych języka, ale napisać artykuł - napisać go tak, jak jest w mojej głowie, to już wyższa szkoła jazdy. Odkładałam więc temat na inny moment, aż do wczoraj, kiedy to artykuł o Mantigno przyciągnął uwagę na tyle, że poproszono mnie o jego włoską wersję, do opublikowania na stronach Filo del Mugello. 
Dawno nie byłam tak stremowana, jak wczoraj, a po wysłaniu swojego "dzieła" czekałam na ocenę jak na wyrok.



 Obawy okazały się całkiem niepotrzebne. Mojemu pisaniu nie szczędzono komplementów. Komplementów nie tylko dotyczących pisania po włosku, ale pisania w ogóle, to dla mnie prawdziwe wyróżnienie i aż mnie w gardle ściskało ze wzruszenia. Debiut już za mną. Mam nadzieję, że za każdym następnym razem będę miała więcej śmiałości i jeszcze nie takie rzeczy po włosku napiszę!

Oto opublikowany tekst: 

DEBIUT to znaczy DEBUTTO (wym. debutto)