- Kiedy pojedziemy do Rzymu? - pyta Mikołaj znad talerza.
- Do Rzymu? Boh... nie wiem... Nie planowałam w najbliższym czasie.
- Bo ja bardzo chciałbym pojechać!
- Naprawdę? A skąd tak nagle Rzym? Co byś chciał zobaczyć tym razem?
- Chciałbym pójść do Musei Vaticani, poza tym zobaczyć "Colonnę di Traiano"...
- A w Muzeach Watykańskich jest coś, co cię konkretnie interesuje?
Tu Mikołaj wymienił listę dzieł, których ja ignorantka nie dałam rady spamiętać i co smutniejsze o trzech czwartych słyszałam po raz pierwszy w życiu... Jakaś bransoletka etruska, Laocoonte... Znów się muszę douczyć, żeby dotrzymać chłopcom kroku, a o Rzymie muszę pomyśleć. Trudniej niż znaleźć bilety w dobrej cenie, będzie przekonać Tomka, żeby którąś niedzielę, która teraz jest jego jedynym dniem odpoczynku, poświęcić na wojażowanie i zgłębianie stolicy.
Zobaczymy... Może wraz z wiosną...
***
- Napiszę książkę! - oświadcza Mikołaj zaraz po przebudzeniu.
- Książkę? Jaką książkę?
- O Florencji!
- Wow! Ciekawe...
- A wiesz w jakim języku?
- Pewnie po angielsku?
- Właśnie!
Zerwał się z łóżka i zaraz zasiadł do komputera, zupełnie jakby się bał, że wena uleci, jeśli zaraz nie weźmie się do pracy.
Nie wiem, co mu z tego pisania po angielsku wyjdzie, ale niech trenuje. Zacięty jest na ten angielski jak mało kto, a ja marzę o tym, by jak najszybciej zrealizować jego wielkie marzenie i choć na dwa dni zabrać go do Londynu...
Rzym, Londyn...
A tymczasem i o obiektywie nowym muszę pomyśleć, bo wczorajsza sesja niby udana, ale z pracy mojego sprzętu już nie do końca jestem zadowolona. W takich momentach widzę jak bardzo już wysłużone są obiektywy. Jeśli mam wypływać na głębokie wody, muszę mieć przynajmniej małą łódeczkę, ponton to zdecydowanie za mało...
Z ucztowania nic nam nie wyszło, a i dzisiejszy obiad też przełożony został na za tydzień. Nie znaczy to oczywiscie, że będziemy głodować. Kuchnia w Kamiennym Domu pracuje na najwyższych obrotach. Wpdnijcie do niej po południu, będę dla Was miała coś pysznego!
I jeśli dziś nie obiad proszony, nie Florencja, to co?
To chyba góry... Góry to jest zawsze dobry pomysł!
ŁÓDECZKA to po włosku BARCHETTA (wym. barketta)






