Ostatnia podroż do Polski nasunęła mi dwa spostrzeżenia. Coś co na pewno było już wcześniej, ale dopiero pobyt na emigracji i powrót, sprawił, że zobaczyłam to w wyostrzonych barwach. O jednym - o słynnym uśmiechu już pisałam, wywołując przy tym falę komentarzy, a dziś kilka słów o alkoholu.
Kiedy wjechaliśmy do Warszawy ciemną nocą, przywitały nas od progu neony w najróżniejszych kombinacjach: świat alkoholi, alkohole świata, alkohole 24, często po kilka na jednej ulicy. Było to tak uderzające, że nawet dzieci, kiedy potem krążyliśmy po stolicy "bawiły się" w liczenie tychże przybytków. I dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że to jest instytucja, która w Italii w ogóle nie istnieje. Oczywiście znów wypowiadam się o moim regionie, o miastach, do których często zaglądam.
W Italii pije się alkohol przede wszystkim w barze, zwłaszcza ten wysokoprocentowy. Kieliszek po obiedzie w restauracji, jest zawsze mile widziany, ale żeby więcej?
We włoskim domu oczywiście nie może zabraknąć wina (mówię też i o swoim domu), nie ma posiłku bez kieliszka wina, ale to zazwyczaj kupuje się w rozlewniach, na litry. Potem samemu się butelkuje i wyciąga z cantiny kiedy jest potrzeba. Nie widziałam tu nigdy koszyka w supermarkecie załadowanego np. grappą czy innym napojem wyskokowym. Przez tyle lat przyjeżdżania tu i przez ten czas, kiedy mieszkam na stałe nie widziałam w Marradi czy okolicach pijanego człowieka na ulicy, leżącego, zataczającego się czy robiącego burdy. A przecież uczestniczyłam w wielu festach wina, gdzie za wejściówkę można jeść i pić ile żołądek czy głowa udźwigną. Włosi lubią alkohol, ale to nie jest picie dla samego picia.
Wszystko ma swój moment. Aperitif przed posiłkiem, wino do kolacji, amazzacaffe' po kawie - alkohol pojawia się w ciągu całego dnia, jednak we wszystkim jest umiar, a sam alkohol idzie zwykle w parze z jedzeniem. Ważny jest smak, moment, celebracja, a nie ilość i otumaniona głowa.
Oczywiście w sobotnie czy piątkowe wieczory młodzież wytaczająca się z dyskotek jest w stanie wskazującym na spożycie, na ulicach robi się głośno i frywolnie, ale nie przybiera to takich form jak w Polsce.
Jeśli chodzi o same sklepy z alkoholem, być może to też kwestia licencji, norm prawnych, o których nie mam pojęcia. Może w Italii są większe obostrzenia, a w Polsce uwolniono koncesje. Skąd nagle na każdym rogu wzięły się alkohole??? Czy tak było wcześniej i tego nie zauważałam? Nie ma się czemu dziwić, że pewne stereotypy o nas przekazywane są z ust do ust.
I pozostając w temacie, wczorajsza relacja Tomka ze szkoły:
- Wiesz Mamusiu, że we Włoszech ja już mogę do obiadu pić wodę zabarwioną winem?
- O! To ciekawe!
- Ale ja nie chcę, ja w ogóle nie chcę być dorosły.
ALCOLICO - to znaczy ALKOHOLOWY





