- Jak ci dziś? - zapytała A.
- Do bani - odpisałam mniej więcej w ten deseń. Wybacz A., że zdradzam szczegóły naszej korespondencji. Dzień rzeczywiście zaczął się jakoś byle jak i wina w tym - przyznaję szczerze - była chyba głównie moja. Dodajmy do tego jeszcze bolące gardło Tomka, godzinne spóźnienie Mario i mamy mieszankę wybuchową. Zwiesiłam nos na kwintę i z tym zwieszonym nosem wymieniając po drodze wiadomości z A. pojechałam do Mugello szukać prawdziwków…
Z prawdziwków nic nie wyszło, ale gdzieś tam w lesie jakimś cudem udało mi się humor odzyskać. Z grzybami tutaj jest wszystko inaczej, ale to temat na inny raz. Wróciliśmy do domu i postanowiliśmy po obiedzie sprawdzić co słychać w Pigarze…
- Buongiorno!
- Buongiorno! Ej Mario!
- Patrzcie kto to!
- Zapraszam! Chodźcie, chodźcie!
Starszy mężczyzna, który krzątał się przed kamiennym domem, obok którego zaparkowaliśmy samochód, rozpoznał Mario. Wymieniliśmy kilka kurtuazyjnych zdań, a starszy człowiek serdecznym gestem zaprosił nas do skromnej kuchni, gdzie miło łaskotało ciepło kominkowego ognia. Łaskotało przede wszystkim oczy, bo na zewnątrz panowała cudowna wrześniowa aura.
- Napijecie się kawy?
- No, grazie - odpowiedziałam.
- Grazie? - zdziwił się - takiego trunku nie znam. To kawa z Pigary, trzeba się jej napić. - Starszy człowiek sięgnął po butelkę i zaraz do filiżanek nalał nam ciemnego napitku…
- Dobra?
- Mmmm… pyszna!
- Zrobi nam pani zdjęcie?
- Jasne, że zrobię!
Starszy człowiek, do którego jak się okazało należy Pigara, objaśnił nam, że syn właśnie porządkuje gaj i przygotowuje podłoże na spadanie marroni, a my jeśli chcemy możemy sobie filmować i fotografować do woli, a nawet szukać grzybów, bo już pierwsze porcini spod ziemi wychodzą.
Podziękowaliśmy serdecznie i ruszyliśmy w stronę kasztanowców, skąd dochodził dźwięk pracy kosiarki. Syn gospodarza przywitał nas prawie tak serdecznie jak jego ojciec, opowiedział to i tamto o Pigarze, o mnichach i dawnych wiekach i zaraz wrócił do swojego zajęcia, a my jak oniemiali stanęliśmy pośród kilkusetletnich drzew...
- Sua Maesta' Pigara - ogłosił konferansjerskim tonem Mario.
- Bello! Podoba mi się … Sua Maesta'…
Mama zawsze mówiła, że w drzewach jest moc, że trzeba je obejmować jak najczęściej, przytulać się do nich całym sobą. I myślę sobie, że jeśli to prawda, to w kasztanowcach jest tej przedziwnej mocy więcej niż w innych drzewach.
Ja i one. Kasztanowce sadzone rękami mnichów 500 lat temu … Vallombrosani potrafili wybrać idealne miejsce, nie ma drugiego takiego gaju… I te drzewa rozproszone, ale jednak równiutko w rzędach ustawione.
Wydłubuję delikatnie z kującej łupiny pierwszego niedojrzałego kasztanka. Ściągam białą jeszcze skórkę i zajadam owoc na surowo… Uwielbiam te pierwsze słodkie i chrupiące "białaski". Jesień już chyba zawsze będzie miała dla mnie smak kasztanów...
- Kasztanowców nie sadzi się dla siebie … - stwierdził filozoficznie Mario. - Nawet nie dla dzieci, tylko dopiero dla dzieci ich dzieci i następnych pokoleń… Potrzeba dużo czasu, by zaczęły rodzić owoce. Vallombrosanie pewnie nawet nie przypuszczali, ile istnień wykarmią ich drzewa i że to one ludzi z gór uratują przed głodem w ciężkich czasach.
Pigara jak świat z bajki, jak zaczarowany ogród i galeria sztuki, bo konary, korzenie i pnie są jak fantazyjne rzeźby. Nieme usta, rozdziawione, zarośnięte mchem… Ileż historii mogłyby opowiedzieć, gdyby zechciały przemówić. Co za niezwykłe miejsce. Sua Maesta' Pigara...
MILCZEĆ to znaczy TACERE (wym. taczere)





