Kiedy pełni wrażeń po śnieżnej Madonnie, Campanarze i Piedimonte wracaliśmy już do domu, Mario doznał olśnienia, że za Palazzuolo jest jeszcze jedno miejsce, którego na pewno nie widziałam. Tym sposobem na koniec wyprawy dotarliśmy do Badii di Santa Maria a Susinana.
Opactwo wznosi się na wzgórzu, tuż ponad drogą, otoczone gęsto drzewami. Dlatego też o "liściastej" porze łatwo je przegapić, jeśli ktoś nie zwraca uwagi na żółte i brązowe drogowskazy na trasie. Ja nauczona już doświadczeniem, że za każdym z nich kryje się coś niezwykłego, staram się zawsze przystanąć.
Czy będzie zaskoczeniem jeśli powiem, że i ten kościół był zamknięty? Może miałabym więcej szczęścia, gdybym na wyprawę wybrała poranek niedzielny, zamiast wtorkowego południa. Tak czy inaczej miejsce samo w sobie malownicze, klimatyczne, ciche, zachęcało do spaceru.
Opactwo istnieje już tysiąc lat, do 1808 roku urzędowali tu mnisi "Vallombrosani". W 1302 roku w tym miejscu został pochowany Maghinardo Pagani. Możnowładca i polityk, który podbił okoliczne ziemie, w tym nawet Marradi w 1277 roku. Pod jego władaniem znalazły się Faenza, Imola, Forli. To znana postać z tamtych czasów. Wspomina o nim nawet Dante w Boskiej Komedii, bardzo surowo oceniając jego działania.
Ale zostawmy już historię... Popatrzcie jak tam pięknie! A może tylko ja znów do przesady się zachwycam, bo wciąż jeszcze czułość na włoskie piękno we mnie nie oklapła. Zwykłe zaułki, czasem zaniedbane, odrapane mury, stare okiennice, kamienne mosty, rwące potoki ... nie potrafię zobojętnieć!
Na koniec wróciliśmy na główną drogę. Chciałam sfotografować kamienny most, który wypatrzyłam już wcześniej. Zeszliśmy spacerem w stronę starych zabudowań, a tu jak nie wylecą nam psy na spotkanie. Jak nie zaczną szczekać i krążyć dookoła, aż pot zimny mnie oblał. Kanapek w plecaku już nie było, więc nawet o udobruchaniu nie mogło być mowy. Odkręciłam się na pięcie i wolno, bez paniki zaczęłam się wycofywać.
- Ja dalej nie idę! Nie ma szans! Nie znam się na psach, ale to jest niebezpieczna rasa! To amstaff albo coś w tym rodzaju! W nosie mam most.
- Daj aparat - prosi Mario.
- A proszę bardzo!
Mario bierze aparat, ale i on się zaraz po mnie wycofuje. Wracamy na główną drogę, nie ma sensu ryzykować dla jednego zdjęcia. Próbujemy uwiecznić most z drugiej strony. Most z jego groźnymi strażnikami.
STRAŻNICY to po włosku GUARDIANI (wym. guardiani)





