Dante

Powrót do Poppi - nowe oblicze barmana i nieznany poeta

środa, maja 25, 2016


Znalezienie miejsca do parkowania w Poppi okazało się trudniejsze niż poprzednim razem. O ile wtedy trafiliśmy na niedzielę bierzmowania, o tyle tym razem wszędzie ganiały dzieciaki komunijne w białych ubrankach. Postanowiliśmy znów zacząć od wizyty w barze u niemiłego barmana. Przypomniała mi się wtedy scena ze znanej polskiej komedii - "wróg, bo wróg ale swój". To oczywiście tylko takie luźne skojarzenie, nie żeby zaraz barman był wrogiem!:) 
Wypiliśmy aperitivo i powspominaliśmy naszą wyprawę na Pratomagno.
Przed wyjściem postanowiłam znów zapytać baristę o drogę, tym razem - jak dojechać do sąsiedniego zamku. 
- Musicie cofnąć się do Pratovecchio, z centrum odchodzi droga na Romenę. To, co Was interesuje to castello di Romena - odpowiedział tym razem bardzo przyjaźnie i wyciągnął w moją stronę serwetkę, bym mogła osuszyć dłonie ociekające wodą. Miły gest i czujne oko. - Zamek znajduje się obecnie w prywatnych rękach. Dawno temu to tam podobno wybijano pierwsze fałszywe monety - florenckie fiorini! Dante, który był gościem na zamku w Romenie nie omieszkał o tym fakcie wspomnieć w swojej Divina Commedia
- Fascynujące!
- Ale zamek nie jest niczym szczególnym, natomiast u stóp zamku jest stara pieve, tam koniecznie trzeba przystanąć! 
Barman objaśnił nam jeszcze raz szczegółowo drogę. 
- Nie wiem czy nas pan pamięta, ale my tu byliśmy kilka tygodni temu, pytaliśmy wtedy o Pratomagno. 
- Tak, tak, teraz sobie przypominam, a ja was wysyłałem do La Verny.
- Ale my w La Vernie byliśmy już wcześniej, więc mimo wszystko pojechaliśmy na Pratomagno.
- I jak?
- Zimno było i chyba padało coś, co można nazwać śniegiem.
Mężczyzna zaśmiał się serdecznie.
- Ale najgorsze przyszło potem, chyba nie wybraliśmy dobrej powrotnej drogi. 
Kiedy objaśniliśmy gdzie wyprowadził nas szalony GPS, mężczyzna tylko westchnął.
- O Madonna! 


Podziękowaliśmy za wskazówki i pożegnaliśmy się serdecznie - alla prossima - do następnego razu!
Nim jednak ruszyliśmy w kierunku Romeny, poszliśmy na leniwy spacer pod portykami Poppi, aż do samego kościoła, który tym razem stał opustoszały po porannych uroczystościach. 


Dużo było śmiechu, zabawy i żartów, Tomek moczył kapelusz w każdej mijanej fontannie, a między nogami Mikołaja znów plątała się tenisowa piłeczka. Szłam na czele wycieczki zatrzymując mniej i bardziej sensowne kadry, kiedy nagle zaszedł mi drogę starszy mężczyzna.
- Jesteś Włoszką?
- Nie, ale mieszkam we Włoszech.
- Chciałbym ci przeczytać moje poezje, bo ja jestem poetą, poczekaj tu!
Mężczyzna zniknął w głębi budynku, a ja wzrokiem ściągnęłam posiłki. 


- A pan mówi po włosku? - zwrócił się mężczyzna do Mario, co oczywiście wywołało mój uśmiech, a wezwany do odpowiedzi zaraz skomentował:
- Jeśli ktoś tu jest Włochem, to właśnie ja, ale ona i tak mówi lepiej ode mnie. 
Poeta rozwinął kartki i wolnym głosem zaczął czytać, zatrzymując się między wersami, tłumacząc przejęty, czy aby na pewno dobrze zrozumieliśmy jego słowa. Wiersz był o radości życia, o życiu bez pośpiechu, o miłości, o strachu i o tym, że wcześniej czy później chmury się rozstępują i znów widać gwiazdy … 


- Kto jak kto ale ty masz naprawdę dar do przyciągania indywiduów… - żartował Mario, kiedy wracaliśmy do samochodu. Zaraz potem jeszcze raz spotkaliśmy poetę, który tym razem swoją twórczością dzielił się z innymi przechodniami.  

Miejsce parkingowe

W końcu ruszyliśmy dalej, śladami fałszerzy pieniędzy, Guidich i Dantego.
- Oto nasz cel! Castello i pieve!


PIENIĄDZE to po włosku SOLDI (wym. soldi)

film

W cieniu toskańskich portyków

środa, maja 04, 2016


Poppi to nie tylko zamek i bajkowy widok z wieży na okolicę. Poppi to też ciągnące się przez całe miasteczko portyki, filary, uliczki ciasne i wąskie z nazwami tak bardzo toskańskimi, by człowiek nawet przez chwilę nie miał wątpliwości w jakim regionie się znajduje. Mówi się, że Poppi należy do zaszczytnego grona najbardziej urokliwych włoskich miasteczek. Na pewno... ale śmiem też twierdzić, że grono to jest bardzo, bardzo szerokie.


Poppi okazało się też kolejną filmową niespodzianką, drugim obok Stii miasteczkiem, gdzie Pieraccioni kręcił niektóre sceny do swojego najbardziej znanego filmu. Zdaje się, że muszę jeszcze raz obejrzeć il Ciclone, by odszukać w nim znajome miejsca.  


Niemal przez cały czas trwania naszego spaceru po Poppi towarzyszyło nam bicie dzwonów z wieży starej pieve. Przed kościołem kłębił się odświętnie ubrany tłum, błyskały flesze, a w powietrzu czuć było radość i podniosły nastrój. Bohaterami całego zamieszania była wczesna młodzież, myślę więc, że trafiliśmy na dzień bierzmowania.


Przeszliśmy przez miasteczko z góry na dół, wte i wewte wściubiając nos w wąskie szczeliny ulic, zatrzymując wzrok na detalach tych maleńkich i tych trochę większych.
- Tutaj, kiedy pada, na głowę nikomu nie kapie ...
Rzeczywiście Poppi doskonale nadaje się na spacer w deszczowy dzień. Portyki ciągnące się przez całe miasteczko, są jak naturalny parasol, który wiosną nie pozwoli zmoknąć, a latem ochroni przed palącym toskańskim słońcem.



- To gdzie teraz? 
- Wydaje mi się, że Pratomagno to nie jest dobry pomysł. Barman powiedział, że to około 30 km w jedną stronę. Lepiej zobaczmy ten zamek, który było widać z wieży, przynajmniej będziemy kierować się w stronę domu!
- Ale być tak blisko i choć nie zerknąć na Pratomagno... 
- A zatem już nic nie mówię, niech będzie Pratomagno, skoro aż tak się upierasz. 
Ciekawa jestem ile razy w głębi ducha Mario przeklinał tego dnia swój wybór... Co nie zmienia faktu, że dzięki temu odkryłam kolejne szczególne miejsce.


PARASOL to po włosku OMBRELLO (wym. ombrello)

castello

Zamek w Poppi

wtorek, maja 03, 2016


Dotarliśmy do Borgo San Lorenzo w słońcu i w jeszcze bardziej wiosennej aurze. Na pierwszym skrzyżowaniu, kiedy wjeżdża się do miasta od strony Marradi można pojechać w lewo lub w prawo, innej możliwości nie ma. 
- To gdzie?
- Nie wiem.
- Podaj "naszemu navigatore" wytyczne: Pratomagno.
- Pratomagno?? - wystukałam szybko nazwę na małym monitorku - ale on tego nie widzi!
Wyciągnęłam więc niezawodną papierową mapę i bingo!
- Pratomagno to góra, dlatego nie znalazł, on ma tylko miasta w bazie!
Po krótkiej naradzie, patrząc w mapę ustaliliśmy, że jedziemy w stronę Poppi, drogą, którą przejechaliśmy w Wielkanoc, przez Stię.


Byliśmy tu dokładnie miesiąc temu i tyle się zmieniło. Wiosna odmalowała nowe obrazy. Wzgórza tonęły w soczystej zieleni. 
Kiedy dotarliśmy do Stii, od wschodu, od strony naszych gór nadciągnęły chmury. Nadciągnęły i stanęły, zatrzymane przez grzbiety Apeninów. Jechaliśmy przez chwilę na granicy deszczu, ale zaraz za miastem wymknęliśmy się chmurzym mackom i na niebie znów zapanował lazur.


Tym sposobem dotarliśmy do Poppi, miasta na wzniesieniu, z kamiennym zamkiem, które to już w Wielkanoc nęciło i korciło. Na jednym ze skrzyżowań porzuciliśmy główną drogę i śledząc tablicę "Pratomagno" skręciliśmy w prawo.


Po kilkuset metrach dojechaliśmy do starego centrum miasteczka. Nadszedł czas na toast, kawę i słodkości. Weszliśmy do pierwszego lepszego baru, gdzie popijając prosecco próbowałam wypytać barmana o Pratomagno i inne lokalne cuda... 
W ciągu moich włoskich lat jedynie kilka razy zdarzyło mi się spotkać kogoś niesympatycznego i właśnie do tego skromnego niechlubnego grona na pewno zaliczy się barman z Poppi. Dopiłam prosecco jednym haustem i wyszliśmy znów na ulicę. 
- Jak już jesteśmy w Poppi, to chodźmy na krótki spacer. Pratomagno nie ucieknie.


W pierwszej kolejności skierowaliśmy kroki w stronę zamku górującego nad miastem. Il Castello dei Conti Guidi... Ważny fragment toskańskiej historii.
- Wchodzimy do środka? Zwiedzamy?
- Tak! Tak! - skandował Mikołaj, amator takich przybytków - wchodzimy! 

Znacie tego pana?

Zapytałam wychodzące osoby o czas jaki potrzebny jest na zwiedzanie i wrażenia ze środka. Po kolejnej krótkiej naradzie kupiłam bilety i weszliśmy do środka. 
- Pratomagno poczeka, a poza tym może znów się rozpada i w końcu nic nie zobaczymy. Tak przynajmniej będziemy mieli zamek na koncie!


Zamek w Poppi z zewnątrz wygląda jak wiele innych toskańskich zamków, ale w środku naprawdę jest niezwykły. Myślę, że zamiast opisywać każdy kamyczek, zachwycać się poręczami, freskami, kamiennymi herbami i gołębiami w małych okienkach, pokażę Wam zdjęcia, które dość szczegółowo dokumentują naszą wycieczkę. Między nimi wcisnę tylko kilka słów komentarza. Zapraszam Was więc na spacer po wspaniałych średniowiecznych korytarzach, schodach i komnatach:

więzienie - najbardziej interesujący punkt według dzieci
żywot skończony w niewoli
Pewne gry w Toskanii były zakazane, natomiast według prawa ustanowionego w 1325 roku można było grać w kości.
Ileż rąk wcześniej ... i teraz moje ślizgają się po tym samym kamieniu ...
Jak w Hogwarcie - schody we wszystkich kierunkach

Odrobina bardzo prywatnej prywaty:
- Mamusiu musisz to zobaczyć! Tu jest stara biblioteka! Tylko zdjęć nie można robić. 
Weszłam do kilkusetletniej biblioteki i zakręciło mi się w głowie od średniowiecznych manuskryptów wypełniających gabloty pod sam sufit. Coś nieprawdopodobnego! Każdy bibliofil powiniem to zobaczyć! R vel N gdybyś ty tu był... Syndrom Stendhala murowany! Jedno zdjęcie specjalnie dla Ciebie, z zewnątrz:

Mikołaj zamyślony - inscenizacja Bitwy pod Campaldino 
Wejście na wieżę, zawrót głowy, gołębie gruchające prawie jak wtedy, gdy jako mała dziewczynka wchodziłam z tatą na basztę w Kazimierzu Dolnym...
Zamkowy czasomierz
Rzut okiem na miasto
na pieve
na pola i pagórki zielone
Dzwon odzywa się równo co pół godziny
Wszyscy wiedzą, że łatwiej jest wejść niż zejść:) 
Po książętach -  nastał czas gołębi
castello di Poppi to obowiązkowy przystanek dla miłośników historii, tej dawnej i tej współczesnej
Wrzućmy Tomka do studni!!
Uspokajam wszystkich - studnia ma wybetonowane dno i głębokość około 50 cm
Słońce zmusza nas do zrzucenia kurtek i znów jest ten moment kiedy chce się zatrzymać czas...
- Kochanie zachwycasz się?
- Zachwycam, mamusiu, zachwycam...

- A teraz chodźmy zwiedzić miasto ...

BITWA to po włosku BATTAGLIA (wym. battalia)