Znalezienie miejsca do parkowania w Poppi okazało się trudniejsze niż poprzednim razem. O ile wtedy trafiliśmy na niedzielę bierzmowania, o tyle tym razem wszędzie ganiały dzieciaki komunijne w białych ubrankach. Postanowiliśmy znów zacząć od wizyty w barze u niemiłego barmana. Przypomniała mi się wtedy scena ze znanej polskiej komedii - "wróg, bo wróg ale swój". To oczywiście tylko takie luźne skojarzenie, nie żeby zaraz barman był wrogiem!:)
Wypiliśmy aperitivo i powspominaliśmy naszą wyprawę na Pratomagno.
Przed wyjściem postanowiłam znów zapytać baristę o drogę, tym razem - jak dojechać do sąsiedniego zamku.
- Musicie cofnąć się do Pratovecchio, z centrum odchodzi droga na Romenę. To, co Was interesuje to castello di Romena - odpowiedział tym razem bardzo przyjaźnie i wyciągnął w moją stronę serwetkę, bym mogła osuszyć dłonie ociekające wodą. Miły gest i czujne oko. - Zamek znajduje się obecnie w prywatnych rękach. Dawno temu to tam podobno wybijano pierwsze fałszywe monety - florenckie fiorini! Dante, który był gościem na zamku w Romenie nie omieszkał o tym fakcie wspomnieć w swojej Divina Commedia…
- Fascynujące!
- Ale zamek nie jest niczym szczególnym, natomiast u stóp zamku jest stara pieve, tam koniecznie trzeba przystanąć!
Barman objaśnił nam jeszcze raz szczegółowo drogę.
- Nie wiem czy nas pan pamięta, ale my tu byliśmy kilka tygodni temu, pytaliśmy wtedy o Pratomagno.
- Tak, tak, teraz sobie przypominam, a ja was wysyłałem do La Verny.
- Ale my w La Vernie byliśmy już wcześniej, więc mimo wszystko pojechaliśmy na Pratomagno.
- I jak?
- Zimno było i chyba padało coś, co można nazwać śniegiem.
Mężczyzna zaśmiał się serdecznie.
- Ale najgorsze przyszło potem, chyba nie wybraliśmy dobrej powrotnej drogi.
Kiedy objaśniliśmy gdzie wyprowadził nas szalony GPS, mężczyzna tylko westchnął.
- O Madonna!
Podziękowaliśmy za wskazówki i pożegnaliśmy się serdecznie - alla prossima - do następnego razu!
Nim jednak ruszyliśmy w kierunku Romeny, poszliśmy na leniwy spacer pod portykami Poppi, aż do samego kościoła, który tym razem stał opustoszały po porannych uroczystościach.
Dużo było śmiechu, zabawy i żartów, Tomek moczył kapelusz w każdej mijanej fontannie, a między nogami Mikołaja znów plątała się tenisowa piłeczka. Szłam na czele wycieczki zatrzymując mniej i bardziej sensowne kadry, kiedy nagle zaszedł mi drogę starszy mężczyzna.
- Jesteś Włoszką?
- Nie, ale mieszkam we Włoszech.
- Chciałbym ci przeczytać moje poezje, bo ja jestem poetą, poczekaj tu!
Mężczyzna zniknął w głębi budynku, a ja wzrokiem ściągnęłam posiłki.
- A pan mówi po włosku? - zwrócił się mężczyzna do Mario, co oczywiście wywołało mój uśmiech, a wezwany do odpowiedzi zaraz skomentował:
- Jeśli ktoś tu jest Włochem, to właśnie ja, ale ona i tak mówi lepiej ode mnie.
Poeta rozwinął kartki i wolnym głosem zaczął czytać, zatrzymując się między wersami, tłumacząc przejęty, czy aby na pewno dobrze zrozumieliśmy jego słowa. Wiersz był o radości życia, o życiu bez pośpiechu, o miłości, o strachu i o tym, że wcześniej czy później chmury się rozstępują i znów widać gwiazdy …
- Kto jak kto ale ty masz naprawdę dar do przyciągania indywiduów… - żartował Mario, kiedy wracaliśmy do samochodu. Zaraz potem jeszcze raz spotkaliśmy poetę, który tym razem swoją twórczością dzielił się z innymi przechodniami.
| Miejsce parkingowe |
W końcu ruszyliśmy dalej, śladami fałszerzy pieniędzy, Guidich i Dantego.
- Oto nasz cel! Castello i pieve!
PIENIĄDZE to po włosku SOLDI (wym. soldi)





