Benedyktyni

Cienie, lasy i mnisi, czyli Vallombrosa

wtorek, kwietnia 19, 2016


Już sama nazwa nie brzmiała dla mnie szczególnie zachęcająco - Vallombrosa - cienista dolina... Jednak znajdujące się tu opactwo ze swoją bogatą historią jest ważnym miejscem tej części Toskanii i wiedziałam, że wcześniej czy później będę musiała tu zawitać. 
Kościół powstał niemal 1000 lat temu, a założycielem zakonu był Jan Gwalbert. Pochodzący z bogatej florenckiej rodziny, wykształcony, życie wiódł hulaszcze. Legenda mówi, że kiedy został zabity jego brat Ugo, Jan postanowił go pomścić. Dopadł zbrodniarza i gdy już kierował w jego stronę swój miecz, ten padł na kolana, skrzyżował ramiona na znak krzyża i zaczął błagać o łaską. Przyszły mnich rzucił swój miecz, okazując tym samym miłosierdzie. Wstąpił do zakonu benedyktynów i przez jakiś czas żył w Camaldoli. Jednak potem zbudował klasztor w lasach Vallombrosy, gdzie zamieszkał wraz z innymi mnichami i dalej wiódł życie według zasady benedyktynskiej. Zakon walombrozjanów został zatwierdzony przez papieża w 1055 roku. Giovanni Gualberto jest również patronem leśników i nie wiem czy to przypadek czy nie, ale drugim ważnym obiektem obok klasztoru w Vallombrosa jest siedziba "corpo forestale". 
To tyle jeśli chodzi o fakty...


- No to powiedz, co to za poeta! - rzucił mi wyzwanie Mario.
Popatrzyłam z dezaprobatą to na niego, to na tablicę. 
- Błagam! Może jakieś trudniejsze pytanie! O to to ja dzieci mogę zapytać, choć Mikołaj może nie wiedzieć, ale Tomek mam nadzieję, że odpowie natychmiast. Chłopcy!
Stanęli zaraz przede mną jak wojsko.
- No to kto mi powie co to za poeta? 
Popatrzyli na mnie tak samo litościwie, jak ja chwilę wcześniej na Mario. 
- Mamoo!!!! - pokręcił głową Mikołaj, nim starszy brat zdążył zabrać głos - przecież to Alighieri ... Dante!
- Bravo! 



Byłam, widziałam, odhaczone. Czy polecam? Hm...
Wiadomo, że zachwycam się wszystkim, co w okolicy i generalnie wszystkim co włoskie, każdym odrapanym domem, drzewkiem, widokiem, ale Vallombrosa absolutnie niczym mnie nie zachwyciła. Po pierwsze z założenia unikam od zawsze "religijnych disneylandów", mam na nie wyjątkową alergię i w wielu znanych miejscach właśnie z tego powodu nie byłam. O ile komercja jest nieznośna sama w sobie, o tyle komercja religijna wywołuje we mnie prawdziwe dreszcze i obrzydzenie. Może Vallombrosa, aż tak ewidentnie komercyjna nie jest, tylko ta stara apteka, gdzie niby miody i inne cuda przez mnichów robione ... no powiedzmy... Nie poczułam tam ducha starych czasów, nic mnie za serce nie chwyciło. Może to też zasługa otoczenia. Gigantyczne drzewa, lasy strzeliste... foresta dzika i taka ... polska. 
- Patrz jakie drzewa!
- Phi! Dużo ładniej było w dolinie, wśród winnic i gajów oliwnych. A tu tylko cień, mrok i te drzewa jak w Polsce. Nie podoba mi się, potrzebuję słońca.
- Ale skoro już tu jesteśmy, to dojedźmy choć na Passo della Consuma. 
Przewróciłam oczami ... Westchnęłam pod nosem. Zerknęłam na papierową mapę - 8 km! Osiem kilometrów w wysokim lesie.   



Dojechaliśmy w końcu do przełęczy oblepionej przez motocyklistów, popatrzyliśmy chwilę na wzgórza, gdzie prowincja Arezzo łączy się z prowincją Florencji, po czym zawróciliśmy i ruszyliśmy w kierunku stolicy regionu. 
- Jak zjedziemy do następnej doliny to dotrzemy do Poppi i dalej będziemy musieli wracać tą samą drogą, którą jechaliśmy w Wielkanoc. 
- To co robimy? Wracamy przez las do punktu wyjścia? 
- Nieeee! Błagam, tylko nie przez las!! Tu było skrzyżowanie i drogowskaz na Florencję. Spróbujmy tą drogą. Poza tym już czas znaleźć miejsce na piknik! 
Znów zrobiło się słonecznie i toskańsko ... 
- Sam przyznaj - ciebie też Vallombrosa nie zachwyciła?
- Nic a nic. 
- Ja czułam przez skórę, że to nie miejsce dla mnie.
- Zobaczone, zaliczone....


AVERE PIETÀ to znaczy MIEĆ LITOŚĆ (wym. awere pieta')

Fognano

Wciąż wokół tematów komunijnych i mały kij w mrowisko

poniedziałek, kwietnia 11, 2016


Weekend minął nam pod znakiem przedkomunijnego wyjazdu Mikołaja. Wszystko udało się nadzwyczajnie i myślę, że długo będzie ten czas wspominał.  Dla mnie była to okazja, by zobaczyć teren klasztoru schowanego za wysokim murem, ciągnącego się przez niemal całe centrum miasteczka, zaraz za główną linią zabudowań Fognano. Nie przypuszczałam, że takie miejsce mam pod samym nosem. Klasztor w Fognano pełni funkcję hotelu, a raczej domu gościnnego, można tam przenocować, zjeść, wyciszyć się, zorganizować wyjazd służbowy dla pracowników, warsztaty dla dzieci, a wszystko to w niezwykłej atmosferze, wśród ogrodów, ganków, gajów oliwnych, w nieskończonej plątaninie korytarzy. Historii miejsca nie można opowiedzieć w dwóch zdaniach i nawet nie będę próbować. Może następnym razem, przy innej okazji.





Jak wygląda pierwsza spowiedź, jak przygotowują się dzieci do pierwszej komunii już opowiadałam i nie chcę się powtarzać, bo znów ktoś powie, że nuda. Chciałabym też uniknąć porównać, ale będzie mi trudno, więc znów pewnie wsadzę kij w mrowisko. 
Najpierw więc sucha relacja. 
Rodzice z przygotowanymi przysmakami dojechali do dzieci w niedzielę. Po wspólnej mszy wszyscy zasiedli do stołu pod arkadami. Pogoda była bajeczna. 
Po leniwym posiłku i zabawach w ogrodzie przyszedł czas na chwilę refleksji. Spowiedź odbyła się właśnie na dziedzińcu, pod arkadami, twarzą w twarz z księdzem. Bez formułek, bez zbędnego stresu.    

Może porównanie kiepskie w odniesieniu do komunii, ale taka spowiedź nasuwa skojarzenia z filmem Ojciec Chrzestny, czyż nie?
- Byłeś zestresowany? - zapytałam Mikołaja.
- Tylko odrobinę na początku, ale don Mirko jest bardzo miły, cały czas się uśmiecha... 
- Wszystko dobrze się udało?
- Było super! Chciałbym jeszcze raz. 
- Idziemy po rzeczy i wracamy do domu.
Mikołaj poprowadził mnie labiryntem korytarzy do pokoju, w którym nocowali. Gdyby mnie tam zostawił, potrzebowałabym nawigacji satelitarnej, by wrócić na dziedziniec. Nie zdawałam sobie sprawy z tego jak ogromny teren zajmuje klasztor. Jak tu się nie zgubić???
- Choć pokażę ci salę, w której jedliśmy. Zobaczysz jak ładnie.


Dzieci były zadowolone, rodzice też, rozjechaliśmy się z uśmiechami na twarzy. I to jest najważniejsze. Żadnej traumy. 
I na koniec kij w mrowisko. 
Zapytałam księdza, czy z racji tego, że Mikołaj ochrzczony został w Polsce nie muszę okazać aktu chrztu, bo gdyby taki był potrzebny, nie mogą powiedzieć mi tego na dzień przed komunią. Na co ksiądz odpowiedział:
- Mówisz, że był ochrzczony? To wystarczy, to dla nas znaczy, że był. Jest coś takiego jak zaufanie... My wierzymy w to, co mówisz, a reszta to sprawa twojego sumienia. Nie jesteśmy "fiscali". Tak samo jeśli rodzice przynoszą dziecko do chrztu i przedstawiają rodziców chrzestnych... Ja o żadne certyfikaty nie proszę, nie legitymuję i życiorysu nie sprawdzam. Wszystko jest kwestią naszego sumienia. I to rodzic ma zdecydować, kto według niego jest osobą na tyle godną zaufania, by móc zostać matką czy ojcem chrzestnym. A my słuchamy woli  rodziców.
Jest więc dla mnie nadzieja! Moim marzeniem było zawsze zostać matką chrzestną, a z pewnych przyczyn, w Polsce jestem tej możliwości pozbawiona. Może więc w Italii będzie mi to dane. W końcu nie jestem jeszcze taka stara! Niby ta sama religia, ale tu kościół nie jest skostniały, zatęchły, nieludzki. Nie puszy się, nie straszy. Nie chcę generalizować, nie mówię, że wszędzie w Polsce źle, bo i tam są "inni" książa odstający od tego polskiego systemu, jednak sami przyznajcie, że to wciąż garstka, skromna mniejszość. A sam system ... nie będę brąć dalej. 
Dobrego tygodnia! 


droga

Luco di Mugello i drogi nieznane

poniedziałek, marca 14, 2016


Toskańskie miasteczka są do siebie podobne. Jedne bardziej znane, drugie mniej, jedne stały się sławne zasłużenie, inne przez przypadek, jeszcze inne pozostały ciche, ukryte, "przycupnęły" na uboczu, poza szlakiem. Są takie, które zwiedzamy, zachwycamy się nimi, ale w pamięci nie zapadają, są też i te, w których coś chwyta za serce. Nie musi być to koniecznie stara pieve, klimatyczna piazza, czy coś równie spektakularnego. Może to być starszy człowiek, który wskaże drogę, uśmiech barmanki, która poda kawę, przygięte latami drzewo oliwne w mało oczywistym miejscu... A czasem nie wiadomo tak naprawdę co, coś w powietrzu, w atmosferze, że nawet sami nie wiemy czemu akurat to miasteczko urzekło nas szczególnie. 

Nie wiem co chwyciło mnie za serce w Luco. Może była to zasłyszana dawniej historia o psie Fido, czy słońce przez chwilę przejaskrawione, które ocieplało mury kościoła, może to szyszki, które ciskali chłopcy, a może to dzień ogólnie był wyjątkowy, bo wszystko zdawało się wyjątkowo piękne...



Po obowiązkowym przystanku na lody w Borgo San Lorenzo, ruszyliśmy w kierunku Luco di Mugello. Tam miało być coś, co Mario kiedyś widział, miejsce, które mu w pamięć zapadło. Nie w samym Luco, ale ... gdzieś tam. Gdzieś tam - to pojęcie bardzo nieprecyzyjne, a "gdzieś tam" mariowe jest tak możliwe do odnalezienia, jak legendarne Eldorado. 
Krajobraz serca Mugello, jest zdecydowanie bardziej toskański, niż moje dzikie góry. Łagodne pagórki, cyprysy, winnice i kamienne domostwa - klasyka! Do zakochania!! 



Nazwa Luco pochodzi z łaciny - "lucus" - bosco sacro, czyli święty las. Liczne wzmianki o miasteczku pochodzą już ze średniowiecza, wtedy to miejsce znane było ze starego zamku rodu Guidich. 


Najważniejszym "zabytkiem" Luco jest były klasztor sióstr kamedułek - Chiesa di San Pietro. Sfotografowałam tyle ile mogłam, choć żałuję, że nie dostaliśmy się na piękny dziedziniec. Wnętrz również Wam dziś nie pokażę, z racji mszy, która w tym czasie była odprawiana. Tak czy inaczej, jeśli zdecydujecie się na wojażowanie po Mugello, wstąpcie do Luco. Maleńkie, swojskie i ma właśnie to coś, co sprawia, że robi się człowiekowi ciepło na sercu...



- Czy was to nie zachwyca? - zapytałam z lekkim oburzeniem chłopców, którzy nic sobie z istanienia tysiącletniej pieve nie robili. Biegali po murku i zakopiańską ciupagą, przy użyciu szyszek z toskańskich cyprysów grali w amerykański baseball.
- Zachwyca mamusiu! Zachwyca!
- Bardzo zachwyca!
- Widzę właśnie... Popatrzcie na tę studnię i na to drzewko oliwne.
Wiuu... Kolejna szyszka przelatuje mi nad głową. Strzelam bazyliszkowym spojrzeniem.
- Nie celowałem w ciebie. Dopiero się uczę. 
Tak ... moje dzieci są najnormalniejsze w świecie. Potrafią oczywiście zwiedzać przez pół dnia galerie i fotografować każdy obraz, ale bez przesady, żeby mieli chodzić za nawiedzoną matką, dotykać kamiennych murów i wzdychać z zachwytu przy każdym zabytku, detalu, widoku.
- Mamusiu, jak szalejemy i zaraz wymyślamy zabawę, to właśnie znaczy, że nam się podoba, coś nas tu zainspirowało. Martw się, kiedy nie wysiadamy nawet z samochodu - tłumaczył potem Tomek. 


Pod koniec XIX wieku klasztor został przekształcony w szpital. 
Pełna powaga. Im syndrom Stendhala na pewno nie grozi. 


- Gdzie teraz? - zapytałam, kiedy znów byliśmy w samochodzie.
- Dalej, przed siebie, póki droga się nie skończy, nawet jeśli nie jest to ta droga, o której myślałem. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia gdzie nas zaprowadzi ...

Uwielbiam drogi nieznane, uwielbiam wojażowanie bez planu, uwielbiam te moje Włochy, Toskanię, Mugello. Mijamy Grezzano i kolejną starą pieve. Oglądam się za siebie na niżinę, na kamiene campanile, na Luco. Jedziemy przed siebie, w górę, póki droga się nie skończy ...


PORTARE to znaczy ZAPROWADZIĆ (wym. portare)