Garfagnana

Wojażowanie po Garfagnanie - moje pierwsze czterdzieści lat. Akt 4 - ostatni.

niedziela, sierpnia 06, 2017


Isola Santa … Już sama nazwa wydała mi się niezwykła, a zdjęcia znalezione w sieci tylko to wrażenie niezwykłości spotęgowały. Tak naprawdę nie wiem, nie pamiętam gdzie i kiedy o tej małej osadzie usłyszałam po raz pierwszy.


Isola Santa najpiękniej wygląda z drogi, z przeciwległego brzegu jeziora, tam gdzie w tej chwili znajduje się tama. Niestety ja nie przywiozłam ze sobą tego najbardziej popularnego kadru, bo droga jest zaledwie wąską wstążeczką i miejsca choćby na krótki przystanek jak na lekarstwo. Zostawiłam fotografowanie na drogę powrotną, ale potem jak to zwykle bywa, zmęczenie i gorąc odarły mnie ze wszystkich sił. Tak czy inaczej ten kadr zachował się doskonale w mojej głowie… Na zawsze. Isola Santa na moje czterdzieści pierwszych lat.  


Isola Santa to dosłownie kilka domów przyklejonych ciasno do siebie nad brzegiem maleńkiego jeziora, garstka rozpadających się kamiennych murów związanych wąskimi uliczkami, odgrodzona maleńka plaża, mini pomost z zacumowaną łódką i trzynastowieczny kościół pod wezwaniem San Jacopo. Poza tym nieprawdopodobna cisza i spokój, atmosfera niemal jak z bajki. Jeśli elfy i inne baśniowe stwory istnieją, to myślę, że właśnie tam przy odrobinie szczęścia można je spotkać...


Maleńkie kamienne borgo jakiś czas temu zostało całkiem porzucone, jednak chyba niezwykłość tego miejsca sprawiła, że nie podzieliło ono losu innych miasteczek jemu podobnych. W jednym z budynków urządzono dom gościnny, jest tu nawet bar, gdzie można posilić się prostą kanapką. Z tego co udało mi się dowiedzieć wystąpiono też do rządu o pomoc finansową, by w rozsypujące się mury tchnąć nowe życie. To dobrze! To bardzo dobrze! Takie miejsca jak Isola Santa muszą przetrwać kolejne wieki, a może i następne tysiąclecie...


Desperaci zmęczeni Lucyferem postanowili wykąpać się w odmętach jeziora. Ja sama ograniczyłam się do schłodzenia stóp, woda jeziorku nie wydawała się szczególnie zachęcająca. Krótki spacer, szklanka wody i kierunek Marradi … Na tym zakończyła się urodzinowa podróż na moje pierwsze czterdzieści lat.

BAŚNIOWY to po włosku FIABESCO 

Garfagnana

Wojażowanie po Garfagnanie - moje pierwsze czterdzieści lat. Akt 3.

piątek, sierpnia 04, 2017


Chyba jednym z najbardziej znanych widoków Garfagnany obok słynnego Mostu Diabła jest il Lago di Vagli z zatopionym średniowiecznym miasteczkiem. Wystające ponad wodą campanile to jeden z najbardziej popularnych obrazków z tutejszych pocztówek. Przywiozłam sobie taką z poprzedniego pobytu w tym rejonie i postanowiłam, że następnym razem muszę zobaczyć to na własne oczy…


Il Lago di Vagli to sztuczny zalew i tama na potoku Edron. Utworzone zostało w połowie minionego wieku, w efekcie czego znajdująca się tam osada została zalana, a jej ludność przesiedlona do obecnego Vagli di Sotto.
Oczywiście wiedziałam, że jezioro opróżniane jest raz na kilka lat i to wtedy turyści szturmem ruszają jego dnem do miasteczka widma. Opróżnienie zapowiadane było w 2015 roku, jednak ani wtedy, ani rok później, ani też w tym roku wcale do niego nie doszło. 


Ubzdurałam sobie jednak w tej mojej biednej czterdziestoletniej głowie, że nawet jeśli jezioro nie jest opróżnione, to i tak widać wyłaniający się z wody choćby czubek campanile… 
- Nieee, ale teraz jest woda! Nic nie widać! - pozbawiła mnie złudzeń kelnerka z trattorii, w której jedliśmy obiad. 
- Ale nic kompletnie?
- No nic!



Cóż było robić… Jezioro mieliśmy pod nosem, więc choć na krótki spacer wypadało się zatrzymać. I o ile jezioro samo w sobie nie jest niczym nadzwyczajnym - już nasze mugellańskie Bilancino jest sto razy ładniejsze - to jednak górująca na cyplu osada Vagli di Sotto jest miejscem niezwykłym… Zatrzymajcie się jeśli będziecie w okolicy. Kamienie, wąskie uliczki, piękna Chiesa di San Regolo z XIII wieku, kwiaty w każdym zakamarku, i przede wszystkim lokalny folklor zamiast "bombonierkowej turystycznej lukrowanki"… 


Poza nami nie było żadnych turystów. Tam przemknął kot, dalej ktoś naprawiał skuter, a w najchłodniejszej uliczce wiekowa signora na rozłożonym plastikowym łóżku korzystała ze sjesty. Swojsko i naturalnie. Kawałek prawdziwej Toskanii. Poczułam się wręcz jak intruz, który wtarabanił się w czyjeś spokojne życie ze swoimi turystycznymi butami. 


 Okrążyliśmy osadę, zerknęliśmy w każdy zakamarek, zrosiliśmy się wodą, bo upał coraz mocniej dawał się we znaki i ruszyliśmy dalej. Czekał na nas ostatni punkt wycieczki. Intrygujące miejsce… Ale o nim opowiem pewnie dopiero w niedzielę, bo już jutro o kolejnych zmaganiach Graticoli d'Oro. 


Mam czterdzieści lat, ale wciąż niektórzy mówią do mnie fanciulla:)) A FANCIULLA TO ZNACZY DZIEWCZYNKA ...

forteca

Wojażowanie po Garfagnanie - moje pierwsze czterdzieści lat. Akt 2.

czwartek, sierpnia 03, 2017


Nasza podróż zaplanowana była w trzech punktach. Wybrałam te miejsca, które już od dawna chciałam zobaczyć, które umknęły w poprzedniej wyprawie na Garfagnanę, a pierwszym z nich była forteca Verrucole… Tysiącletnia warownia, którą w naszym domowym języku nazwaliśmy "muralia", bo oglądana z lotu ptaka przywodziła na myśl Wielki Mur Chiński, po włosku Grande Muraglia Cinese.   


W miarę jak odalaliśmy się od "mostu diabła", słabł ruch turystyczny. Przyznać też trzeba, że generalnie w tej części regionu nie jest on tak uciążliwy jak w Chianti. Co to znaczy dobra promocja… Garfagnanie przecież niczego nie brakuje, ma też to, czego nie mają inne miejsca, jest urzekająco piękna, zachwycająca, a jednak często turyści w swych planach ja pomijają...


O fortecy Verrucole czytałam już dawno temu i czekałam tylko aż padnie decyzja o wyprawie na Garfagnanę. Pokusiliśmy się o tą trasę w moje urodziny głównie ze względu na panujące  w Italii upały. Północna, górzysta część Toskanii znana jest przecież z ostrzejszego klimatu. Jakże płonne były nasze nadzieje … 


Samochód sapiąc i dysząc z gorąca piął się coraz wyżej i wyżej… Dookoła rozlewały się zielone, masywne wzgórza, za nimi na straży stały skaliste szczyty, a to tu, to tam wyłaniało się kamienne campanile. Miasteczka Garfagnany wyglądają jak te z toskańskich pocztówek...


Dojechaliśmy do San Romano, a stamtąd już tylko kilka zakrętów dzieliło nas od fortecy, która dumnie górowała nad miasteczkiem. 
Czekała nas jeszcze krótka piesza wspinaczka, którą w tym upale okupiliśmy siódmymi potami...


Już jakiś czas temu czytałam, że grupa pasjonatów podjęła się przywrócenia świetności temu miejscu, tchnięcia nowego życia, opowiedzenia jego historii i rzeczywiście wrażenia nasze z tej wizyty były niezapomniane. Kiedy po zakupie biletów usłyszałam, że na górze czeka na nas przewodnik, nie byłam zachwycona. Nie mieliśmy w planie dwugodzinnego zwiedzania, a poza tym generalnie zwiedzanie z przewodnikiem, to nie jest to, co lubię najbardziej… 


Jakież jednak było nasze zdziwienie, kiedy przywitał nas młody chłopak w stroju z dawnej epoki i zapytał jak długo chcemy po warowni spacerować, zapewniał też, że zanudzać nas nie będzie i opowie same ciekawe rzeczy.

Główny produkt Garfagnany i krótka pogadanka o jej kuchni.

Jak powiedział tak zrobił. Zwiedzanie i opowieści naszego przewodnika okazały się arcyciekawym doświadczeniem. Słuchaliśmy z otwartymi ustami dawnych historii o życiu średniowiecznym, o minionych pokoleniach, o walkach i o codzienności kilka wieków temu. Obejrzeliśmy stare przedmioty, dotknęliśmy broni, zajrzeliśmy we wszystkie kąty i nie wiadomo kiedy czas przeleciał. Jeśli będziecie w okolicy zwłaszcza z dzieciakami nie zapomnijcie o Fortezzy Verrucole! Wrażenia wizualne, połączone z ciekawostkami i historią, to jest to!! Być może za kilka lat świat dowie się o tym miejscu, ale teraz panuje tam niezwykły spokój, czuć dawnego ducha, jeszcze turystyczny folklor się tu nie zakradł. Oprócz nas było zaledwie kilka osób, a nasze zwiedzanie było absolutnie nasze, indywidualne. Nie będę zdradzać Wam zasłyszanych historii, może kiedyś sami tam zawitacie...

Cień!!!

Po obejściu murów i sfotografowaniu panoramy kawałek po kawałku, po wylewnych podziękowaniach za takie przyjęcie, ruszyliśmy dalej. Nadszedł czas na mój "czterdziestoletni" obiad. Okazja wyjątkowa, więc tym razem zasiedliśmy przy stole i nacieszyć się nie mogliśmy, że na górskich bezdrożach udało nam się tak wspaniale zjeść. W miejscu, gdzie droga się urywa, w małej osadzie wysoko w górach. W koszyku z pieczywem coś jakby graham, w dzbanku białe wino, na talerzu tagliatelle z gorgonzolą, risotto z porcini, rostbeef i caprese. Wszystko doskonałe …
Chwila relaksu, a na koniec "cin cin" i dalej w drogę! W dole czekało na nas słynne jezioro. 


WZNIEŚĆ TOAST to znaczy FARE BRINDISI (wym. fare brindizi)