Firenze

Targowisko niepróżności.

piątek, maja 11, 2018


Na Mercato Centrale we Florencji każdego dnia od bladego świtu Graziella łuska bób, fasolę, groszek czy też przygotowuje inne sezonowe warzywa dla swoich klientów. Siedzi na krzesełku w przejściu obok swojego stoiska z nożykiem w ręku i ze skrzyneczką na kolanach i pracuje milcząca, skupiona na swoim zadaniu. Graziella ma ponad osiemdziesiąt lat i jest najstarszym sprzedawcą na florenckim targu. 


Na główny targ Florencji wracam przy każdej okazji. Nawet jeśli w ostatnich latach niestety i on stał się turystycznym miejscem, to jednak nie można go nie lubić. Dlatego też przyprowadzam tu również moich Gości, bowiem smaki są częścią ducha miasta. 
Zadziwiające jest jednak to, że dopiero pracując przy programie zrozumiałam, że tak naprawdę nie wiedziałam o Mercato zbyt wiele. 


Targ Florencji jest największym zabudowanym targiem spożywczym Europy i powstał pod koniec XIX wieku. Najstarszą częścią, tą autentyczną gdzie zachowało się jeszcze trochę folkloru jest parter. Pierwsze piętro powstało około 15 lat temu i dziś zajmują je całkowicie "restauracje". Jest to otwarta przestrzeń wypełniona stolikami i stoiskami gdzie serwowane są najróżniejsze przysmaki - od typowego dla miejsca lampredotto, przez klasyczną pizzę czy piadinę, po sałatki, owoce morza, na chińskich pierożkach kończąc.
Dla mnie jednak Mercato Centrale to przede wszystkim parter, gdzie są jeszcze stoiska i bottegi z długą historią, gdzie historię tworzą sprzedawcy.


Pracując na planie poznałam całą galerię niezwykłych postaci. Przesympatycznego dyrektora i oddelegowaną przez niego Lindę, której pomoc okazała się nieoceniona. Do najciekawszych osobowości Mercato, poza wspomnianą na początku Graziellą, należą też bez wątpienia właściciel stoiska mięsnego Massimo, Giuliana sprzedająca krowie podroby, Lory z piekarni, która w swoim fachu zakochała się już jako mała dziewczynka, kiedy każdego dnia przed pójściem do przedszkola zatrzymywała się w forno po drugie śniadanie i Giacomo, określony tu już przeze mnie jako "niezwykle piękny Włoch".


Miałam zamiar napisać więcej o rodzinie "trippai" i najstarszej bottedze w Mercato, jednak postanowiłam tę akurat opowieść pozostawić na inny raz. Wkrótce znów wracam do Florencji i na pewno skorzystam z zaproszenia Giacomo, by skosztować popisowego dania, które też jest moim ulubionym wydaniem flaków - insalata di trippa.


OSOBOWOŚCI - to znaczy PERSONAGGI (wym. personadżdżi)

Firenze

Florencja zamiast karnawałowych szaleństw

niedziela, lutego 11, 2018


- Wiesz, co mówi prof od techniki, kiedy narysujemy krzywą linię?
- Nie.
- Mówi tak: "Kojarzysz drogę do Florencji przez Fiesole? Tak - odpowiada wtedy uczeń. No to twoja linia tak właśnie wygląda!"  
...
Uwielbiam ten moment, kiedy wreszcie po niezliczonej ilości zakrętów, za kolejnym wyłania  się ona ... Firenze... Moje ukochana Firenze...
I ja mam to wszystko na wyciągnięcie ręki i mogę wracać tu tak często, jak mi się podoba i wciąż niezmiennie się zachwycać, pozwalać zaskakiwać, mamić nowo odkrytymi cudami albo tymi, które widziałam wcześniej kto wie ile razy... 
Nasz sobotni wyjazd udał się wspaniale, nawet jeśli ukartowany plan musiałam zmodyfikować. Nie ma tego złego... Coś co tkwi tu od wieków, przecież nie ucieknie, a ja nigdzie się stąd nie wybieram. Główny punkt wyprawy odłożyliśmy na inny raz, bo tracenie czasu w absurdalnie długiej kolejce nie jest dla mnie, nigdy nie było i nie będzie. Zamiast tego zaraz zaproponowałam moje alternatywy i tak dzień wypełnił się nowymi, niezapomnianymi obrazami. Pokażę Wam ja w kolejnych dniach, opowiem nowe historie, odkryję kolejny fragment Florencji ...



Dziś tylko kilka "nieznaczących" kadrów. Niestety wciąż jestem bez aparatu, więc jakość zdjęć jest jaka jest. Tak czy inaczej obrazy zostają przede wszystkim w głowie, w sercu, tymi obrazami malują się się wspomnienia, które poniesiemy w dalszą drogę. Stara pracownia, zabytkowe szachy, ludzie przed fiaschetterią, mimozy, puste ulice, uliczni grajkowie ... 
Kilka przedreptanych godzin sprawiło, że wizja wieczornego balu zaczęła się rozpływać w niebycie. Opadliśmy z sił.
Zamiast przebierankowych szaleństw i zabawy do rana wybraliśmy spokojny wieczór w bottedze u starego przyjaciela, ale o tym też nie dziś. Dziś tylko Firenze, w której wiosna budzi się do życia ... 

To naprawdę musi być wiosna!!!

KRZYWY to po włosku STORTO (wym. storto)

Brunelleschi

Och… Panie Brunelleschi!

czwartek, lutego 09, 2017


-  Och! Panie Brunelleschi! Panie Brunelleschi! - wspinałam się na górę wąziutkimi, stromymi schodami i nadziwić się nie mogłam jakiż to geniusz drzemał w głowie słynnego florentyńczyka, żeby takie cuda architektury stworzyć. - Panie Brunelleschi… wyższa być nie mogła?? - pytałam w myślach. - Dobrze, że wygrał rozsądek i wybrałam sensowne buty - błogosławiłam w myślach samą siebie - ale  ta ciepła kurtka... na taką wyprawę?! 
Stromo, bardzo stromo i jeszcze bardziej wąsko, ściągam plecak, bo trudno się wyminąć. Ten sapie, tamten przystaje … Mam ochotę zapytać się schodzących ile jeszcze do szczytu, ale pokornie noga za nogą wspinam się dalej...  


To był nasz główny punkt florenckiej wyprawy - wejście na kopułę Santa Maria del Fiore. Nawet jeśli i tak bilety miałyśmy już kupione i wejście zarezerwowane, to tym razem przyznać muszę, że ludzi była garstka! Żadnych kolejek. W ogóle cały ten nasz florencki dzień był wyjątkowo spokojny, nietłoczny i powolny.
Wnętrze Duomo jest skromne, a jeszcze bardziej skromnym się zdaje, kiedy w pamięci wciąż żywy pozostaje obraz katedry sieneńskiej. Najatrakcyjniej prezentuje się z góry, z pierścienia  który prowadzi dookoła podstawy kopuły. Freski znajdują się tuż nad głową, dopiero z takiej perspektywy można w pełni docenić wielkość katedry.


To dopiero początek wspinaczki. Od tego miejsca schody się zwężają i wąską spiralą pną do góry przyprawiając o zawrót głowy. Potem jeszcze bardziej stromo, aż ręce mimowolnie coraz mocniej zaciskają się na metalowych poręczach… - Och, Panie Brunelleschi… - muskam, poklepuję i głaszczę zimną ścianę, która gnie się ku górze. Wiem - zwariowałam - ale naprawdę mnie to wzrusza… Oto ona - arcydzieło architektury, kopuła jakiej nie ma ani Siena ani Piza ani żadne inne miasto… Rozpiętość 45 m, więcej niż kopuła rzymskiego panteonu… 


Ostatnia partia schodów, stromych jak strażacka drabina. Spoglądam z przestrachem za siebie - Wejść to wejść - ale zejść! 
I nie wiem czy to widok z góry, czy samo miejsce, ale udało mi się nad lękiem wysokości zapanować. Dotarłyśmy szczęśliwie na górę i zaraz rozciągnął się przed nami florencki dywan czerwonych dachów to tu to tam zdobiony wieżą, czy kopułą. I wszystko to słońcem oblane, choć niby miało go nie być. Zatrzymałyśmy się na dłuższą chwilę, aby oczy nacieszyć i oddech przed drogą w dół złapać.


Wejście na kopułę jest zdecydowanie trudniejsze od wejścia na Campanile di Giotto, ale za to Kopuła oferuje widok bez siatki ochronnej i kilka ławeczek, na których przez chwilę można przysiąść. Patrzę i patrzę, chodzę dookoła… Firenze amore mio…


I na koniec nim zabiorę Was na spacer po Florencji - to już jutro - jeszcze jedna moja refleksja. Duomo we Florencji jest jednym z tych kościołów, który znacznie piękniej prezentuje się na zewnątrz niż  jego wnętrze, ale to moje subiektywne odczucie. 
Życzę Wam miłego dnia, a tymczasem sama ruszam do kolejnego wspaniałego miasta. O tym co i gdzie opowiem już w najbliższych dniach.     
KOPUŁA to po włosku CUPOLA (wym.kupola)