Niczym krepinowe liście zrobione w szkole na pracach ręcznych, suche i kruche słońcem wypalone. Pomiędzy nimi bursztynowe kolby z burą czupryną wiatrem splątaną… Nie ma nic piękniejszego niż majowe zielone pola, ale i wrześniowym malowidłom Matki Natury nie można odebrać uroku. Złoto po horyzont, złoto bez końca, tylko tu i tam bura ziemia … mazedga...
Niedzielną poobiednią chwilę wykorzystujemy na krótką podróż w dawne dzieje. Zastanawiam się i doliczyć się nie mogę ileż to czasu minęło od mojej ostatniej bytności w Casaluccio.
- Tę miętę to jeszcze ja posadziłam, pamiętasz?
- I te kwiatki pewnie też … Ileż wspomnień…
…
- I ktoś tak jak ja kiedyś w tym samym miejscu powiesił hamak … Ostatnie moje wakacje, dolce far niente. Ileż tu książek przeczytanych.
- A mecze pamiętasz?
Rano budził dźwięk krowich dzwonków. Czasem z oddali dochodził też odgłos pracy drwali. Nikt się nie kręcił, nikt nic nie chciał, telefon nie działał. To stąd wyruszyli chłopcy w swoją włoską szkolną podróż. To tu rodziła się decyzja cztery lata temu.
Wrzesień był czasem kiedy powoli powoli opróżnialiśmy szafy i ruszaliśmy ku "cywilizacji".
A festy? Pizza? A Gęsi? I nasze wspinanie się na grań w zimowe popołudnia … Rozglądam się i staram się doszukać jakiś śladów naszej bytności, choćby jakiejś porzuconej, połamanej zabawki chłopców. Nic nie ma, żadnych świadków, jakby mnie tu nigdy nie było, a przecież byłam i jestem… O mojej historii milczą kamienne mury. Nasiąkły moimi marzeniami, emocjami, pragnieniem.
Wracamy do domu przez plantacje kiwi, przez pola złote, krepinowe, w słońcu wrześniowym, pod niebem przejrzystym … Do "cywilizacji", która od czterech lat jest moim szczęśliwym domem.
MILCZEĆ to po włosku TACERE (wym. taczere)






