Taka właśnie mi została w pamięci… Październikowa Toskania. W 2009 roku pierwszy raz przyjechaliśmy do Marradi po sezonie. To była podróż zupełnie inna od poprzednich. Urzekły mnie wtedy kolory, cisza, nostalgia drepcząca po opadłych z buków liściach. Chciałam wtedy te obrazy zachować na wieki, a tymczasem los okazał się łaskawy i do tych obrazów teraz każdego roku dołączają następne. To na szczęście już mój dom...
- O której masz następną lekcję?
- Teraz przerwa, ale chłopcy wychodzą o 16.00.
- Chcesz sfotografować kolory?
- Chcę. Gdzie jedziemy?
- Gamberaldi?
- Nie jestem przekonana, jest inne miejsce bardziej kolorowe.
- To znaczy?
- Sambuca… - mówię z namaszczeniem jak zaklęcie. Tak kolorowa jak wtedy, gdy po raz pierwszy stałam na kopcu pod krzyżem i nie mogłam się tym wszystkim nasycić.
...
Sambuca moja ukochana, z najpiękniejszą z dróg, z Lozzole i Campanarą w oddali. Teraz, po tych kilku latach mogę też dodać - strażniczka, terapeutka, powierniczka. Ostatnia, niezawodna deska ratunku na skołatanie w głowie.
Przejechaliśmy z Marradi do Palazzuolo i dalej na Sambucę, a z niej na Collę, a potem przez Crespino, przystając po zapas wody, aż po dwóch godzinach wróciliśmy do Biforco.
Świat był niezwykły, zapełniłam pamięć w aparacie i w głowie, nowe kolorowe obrazy dołączyły do tych najstarszych...
Nieliczne promienie słońca, którym udało się przebić przez wiszące nad Sambucą chmury wędrowały po wzgórzach spowijających się powoli w kolory. Przemykały ukradkiem jak partyzanci, ślizgały po łąkach jeszcze zielonych, po murach ruder i bogatych poderi. Droga… moja droga ulubiona...
Kolory w lesie bukowym, który ściele się pod Sambucą, zupełnie te same co na jesiennym obrazie Arcimboldo… Płomienie, promienie, jaskrawość i mgliste rozmycie. Czerwony, żółty, pomarańczowy i rudy. Ale czy w tej sytuacji wypada tak banalnie mówić o kolorach? A może: ceglasty, bursztynowy i miodowy? Albo jeszcze inaczej - ochra, tycjan i ugier …
Jesień artystka...
OCHRA to po włosku OCRA (wym. okra)





