glicine

Rozczulenia

środa, lutego 07, 2018


- Moje biedne glicine - powiedziałam, kiedy siedzieliśmy na tarasie i jedliśmy pierwszy w tym sezonie obiad pod gołym niebem. To było oczywiście dobrych kilka dni temu...
- Przesadzimy je! Nie martw się. 
- Ale jak?
- Normalnie! Chciałabyś to zostawić?
- No właśnie nie. 
Jestem sentymentalna. Z wiekiem coraz gorzej. Przywiązuję się nawet do roślin. Przykro mi było myśleć, że te piękne pnącza wyhodowane przeze mnie od maleńkości, od rzewnego badyla kupionego na promocji, teraz musiałabym porzucić. Choinki nad rzeką też mi żal, ale już trochę mniej, bo tej to tak jakbym dała nowe życie, a glicine ... Glicine musiałabym osierocić, skazać na stracenie. 
Wyobrażam sobie, że kiedyś ktoś kupi pomarańczowy dom z zielonymi okiennicami. Następnie postanowi go wyremontować, a zatem ustawi rusztowania i nie będzie się przejmował jakimś tam pnączem. Odetnie, podepcze, przygniecie żelastwem, a mnie w dołku ściśnie. 
Tak się nie godzi. 

***
- Chciałem, żebyś czegoś posłuchała - mówi Tomek, kiedy po kolacji siedzimy w cieple kominka. 
- Musimy dziś? 
- Zmęczona jesteś? - Tomek patrzy na mnie z czułością. 
- Nie, nie - zaraz ustawiam się do pionu - posłuchajmy. 
Włącza "jutuba" i słuchamy razem, a mnie zaraz oczy robią się mokre jak świat za oknem. Już dawno muzyka nie wycisnęła ze mnie łez. To pewnie przez ten dzień łzawy... To przez luty za listopad przebrany na okoliczność karnawału. To przez te słowa wyciągane z czeluści, słowa układane w całość, słowa składające się na historię, w którą czasem jeszcze trudno mi uwierzyć. 

Pogoda jest naprawdę upiorna. Zupełnie jak rok, temu kiedy wojażowałam z N. po Toskanii. Jedyna pociecha to te tulipany w ogródku i szansa, że już zaraz, za momencik świat zmieni fatałaszki na wiosenne. Tymczasem kominek, zaryglowane okiennice, pisanie i łzawa muzyka...

SŁUCHAĆ MUZYKI to ASCOLTARE LA MUSICA (wym. askoltare la musika)

Biforco

Pociąg i łzy

wtorek, maja 09, 2017


Pociąg.
Z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk telefonu.
- Pociąg jedzieeee!!!! - krzyczy Mario cały rozemocjonowany.
- Co?? 
- Bierz aparat i biegnij! Ciuchcia zaraz powinna być u ciebie!!
- Leeeecęęęę! - odpowiadam już w biegu, a telefon zalicza długi lot na kanapę.
- Corri! Corri! Corri!!! - słyszę jeszcze z oddali.
Jak Tom Cruise w Mission impossible łapię za aparat i pędzę na taras! Szlag! Nie ten obiektyw! Wychylam się za barierkę i z ulgą stwierdzam, że dymu jeszcze nie widać. Mam czas. Zakładam "tele" i fru znów na taras, wspinam się na barierkę i wciąż jestem jak Cruise albo jak rosyjski akrobata w cyrku. Kątem oka widzę jak moja "akcja" zatrzymuje w pół słowa pogawędkę dwóch mężczyzn przed barem. Patrzą i czekają - pewnie w głowę zachodzą: co też będzie się działo, co ona ma zamiar fotografować.  
Nagle słychać głośne puff puff… A w oddali przy kościele na Cardeto unosi się czapa z dymu jak gradowa chmura. Puff… puff… Znajduję stabilną pozycję i czekam, aż będzie na mojej wysokości. Szkoda, że to nie styczeń, miałabym go jak na dłoni … a tak … 
Spomiędzy zielonych drzew puff … puff… jak ten u Tuwima, ale bez kiełbas, grubasów i żyraf, za to wśród niepowtarzalnych cudów Apeninów toczy się i turla, bo na pewno nie gna, zabytkowy pociąg, z dychającą ciuchcią powoli z godnością ku toskańskiej stolicy... 







Łzy. 
A potem na "watsapie" przyszła wiadomość. D. pisała na grupie klasowej, że zebranie ostatnie, że pilne, żebyśmy - my rodzice - byli. Okazało się, że to tak zwane "interclasse", czyli wspólne zebranie wszystkich klas na koniec roku. Podsumowanie tego co było, pokazanie książek na następny rok, przegadanie najważniejszych spraw itd… Nauczycielki poszczególnych klas opowiedziały o dzieciakach w kilku słowach. W końcu przyszła kolej na klasę piątą...
Maestra Barbara mówiła łamiącym się głosem, a wśród mam słychać było pociąganie nosem. Wzruszające podsumowanie, podziękowania, podkreślenie tego, że to naprawdę wyjątkowa klasa, również jeśli chodzi o rodziców. Łzy trudno było powstrzymać. Wtedy wstała M. i zaczęła czytać podziękowanie od rodziców, napisane przez K. Słowa wzruszające i zarazem pełne humoru. Dziękowaliśmy za wprowadzenie dzieciaków w ich szkolny świat, za te pięć lat razem (dla Mikołaja cztery), za bycie nie tylko nauczycielem, ale też psychologiem, mediatorem, matką. Podziękowaliśmy za możliwość przypomnienia sobie (nam rodzicom) historii Greków i Rzymian, wzorów geometrycznych i analizy gramatycznej. Łzy lały się już bez skrępowania wartkim strumieniem po trzęsącej się brodzie. Śmiech i Łzy. Była to zdecydowanie jedna z najbardziej wzruszających szkolnych chwil… 
Szkoła jeszcze się nie skończyła, jeszcze wycieczki, występy ostatnie sprawdziany. Dopiero w czerwcu czeka nas tradycyjne pożegnanie - piknik, obiad, zabawa…
Kiedyś włoska szkoła była moją największą obawą, dziś kolejny już raz mogę napisać, że okazała się najmilszą z niespodzianek. 

POWSTRZYMAĆ to po włosku TRATTENERE (wym. trattenere)