wtorek, 26 czerwca 2018

A miało być tak pięknie...


Miało być tak pięknie ... Piknik na Pratomagno! Wolny dzień pełen wrażeń, nowe miejsca, nieznany zamek, ukryta osada ... 
Oczywiście pięknie było tak czy inaczej, bo już sam fakt, że człowiek w ogóle może podróżować choćby nawet blisko domu jest piękny, ale... Przecież mogłoby być jeszcze piękniej! Gdyby tylko nie to przeklęte załamanie pogody...

W poniedziałki, które teraz w wakacje są dla Mario jedynymi, wolnymi dniami, zazwyczaj ruszamy w kierunku morza. To, że w tym tygodniu ta opcja odpadnie, wiadomo było już wcześniej, bo prognozy dla wybrzeża adriatyckiego były mało optymistyczne (eufemizm). Przewertowałam w głowie wszystkie pomysły i doznałam olśnienia - wróćmy na Pratomagno! Tam, według prognoz, miało się tylko trochę zachmurzyć gdzieś w okolicach obiadu. 


Mario przyjął z entuzjazmem moją propozycję, ale przedstawił też równie ciekawą kontrofertę - Monte Fumaiolo. Choć bardzo kuszący, ten cel jednak odpadł ze względu na przewidywane obfite deszcze i burze. 

I oto nadszedł poniedziałek, słoneczny ranek, plecaki spakowane, humory dobre, ruszyliśmy zatem dzielnie w kierunku Poppi. Trasa już dobrze nam znana, pola zbożem malowane, ginestre wszechobecne, słońce późno czerwcowe, tylko tu i tam jakaś chmurka... 


Od Stia chmurki zaczęły się zagęszczać, a już przed Poppi było widać, że to, co miało być lekkim zachmurzeniem, jest siną kotarą opadająca na najpiękniejszy balkon Toskanii. Kotara co jakiś czas przecinała się błyskawicami i z pewnością niosła ze sobą hektolitry wody. 
- No i? 
- No i co? No chyba jasne, że z Pratomagno damy sobie spokój.
- Poppi! Poppi! Zamek w Poppi! - nawoływał Mikołaj z tylnego siedzenia. 
- Zamek w Poppi już widziałeś, a deszcz dojdzie zaraz i tu. 
Ruszyliśmy dalej i na pierwszym oznaczonym drogowskazami skrzyżowaniu, skręciliśmy w lewo, w stronę Ceseny, jakby na to nie patrzeć - w kierunku domu... Oczywiście po drugiej stronie gór nie mogliśmy spodziewać się lepszej sytuacji pogodowej.


Przed nami zasunęła się druga kotara. Nie sino granatowa, jak ta na Pratomagno, ale z pewnością z błękitem letniego nieba niewiele miała wspólnego. 
- Lepiej zjedzmy, póki jeszcze jest słońca choć odrobina.
W Soci wypatrzyłam z drogi "zona picnic", jednak zamiast ławek w cieniu i tak wybraliśmy pole w ostatnim słońcu.
- Może jakiś uśmiech??? Przecież fajnie jest!

Obiad w pośpiechu zajadany smakował wybornie, bo z samego rana na eksperymenty mi się zebrało, więc na szybko powstała improwizowana pasta fredda, do tego kupiliśmy kawałki pizzy z kaparami, dla Mikołaja z cebulą, potem scamorza wędzona, prosciutto crudo i mortadella, ogródki z własnego ogródka i słodka papryka... I wino frizzante jak na letni piknik przystało.


Znów zapakowaliśmy się do samochodu i skierowaliśmy tym razem na wschód. Kotara coraz bardziej siniała. Coraz mniej zostawiała słońcu przestrzeni...
Najpierw jeszcze coś tam było widać. To co było, fotografowałam przez okna Rangera. Ludzi jak krasnoludki, drewniane artystyczne pojazdy, kamienne domostwa, drzewo jak koszyk, skały kostropate i przepastną dolinę, której ktoś nagle ukradł lato... 




Dotarliśmy na przełęcz Mandrioli, a potem kilka kilometrów za nią stanęliśmy na rozstaju dróg, z których jedna - o ironio - prowadziła na Monte Fumaiolo. Pojechaliśmy oczywiście w przeciwną stronę, a ja dalej fotografowałam to, co było widać i to, co już całkiem zginęło w deszczu.


A potem przejechaliśmy przez Passo del Carnaio i deszcz jakby trochę odpuścił, bo znów za oknem zaczęły wyłaniać się kształty. Krowy skupione pod drzewem, Contessa na fasadzie domu i w końcu droga wśród pól i ginestre, gdzieś na pograniczu Toskanii i Romanii. Deszcz ustał. 


Zatrzymaliśmy się by rozprostować kości i wyciągnęliśmy z bagażnika ostatni przysmak. Crostata z jeżynową marmoladą na osłodę po deszczowej wyprawie. Wraz ze słodkim smakiem na podniebieniu, słodycz rozlała się po całym niebie. W ciągu kilku chwil sklepienie odzyskało swój lazurowy blask, a słońce znów wyszło na scenę.


W końcu po setkach zakrętów i spotkaniu z małym Bambi zjechaliśmy do znanej nam dobrze Modigliany. Mario zaproponował zaraz:
- A może byśmy po wino wstąpili, jak już tu jesteśmy?
- Wstąpmy. 
Weszliśmy po wino.
Wyszliśmy z winem i ośmiornicą. 
I to był chyba najlepszy punkt programu - na kolację spaghetti z ragu' z ośmiornicy! Obłęd nad obłędami. Ale po szczegóły zapraszam już do Kuchni
DOBREGO DNIA!

Ps.
Przed północą napisała na watsapp Tomka prof od angielskiego: gratulacje Thomas! Dobra robota! Masz certyfikat B1 z wynikiem 149/150 punktów.  
Dziś natomiast oficjalnie dowiemy się jak poszły egzaminy szkolne. 

WYJŚĆ to po włosku USCIRE (wym. uszire)

3 komentarze:

  1. Ehhh ta pogoda 😕U nas też - od kwietnia po czerwiec śródziemnomorskie upały, przychodzi koniec roku szkolnego i pierwszy dzień wakacji i temperatury spadają do zimowych 10 stopni w nocy i 14-15 w dzień 😭. I tak od 5 dni. Czekamy na polepszenie ! Gratulacje dla Tomka ! Pozdrawiam AnetaG

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawo Tomku!!! Gratulacje!

    Mimo deszczu wycieczka i tak piękna, jak zawsze :)
    Pozdrowienia
    Asia C.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj