środa, 17 lipca 2019

Pełnoletni dystans w połowie na dwie nogi.


Najpierw asfaltową drogą, potem na zmianę starą mulattierą i górskim szlakiem, w słońcu, pod niebem pogodnym, przy grzechoczącej muzyce cykad - w sumie 18 kilometrów... 
Ponad połowa tego dystansu ja sama, samiuteńka. Tylko ja i natura. Tylko ja i Apeniny. 

Nie mogłam odwołać porannych lekcji, dlatego wyposażyłam Gości w szczegółową mapę i samych wysłałam na Gamognę. Goście zaprawieni w górskich szlakach, więc wiedziałam, że spokojnie sobie poradzą. Chciałam jednak przynajmniej w części trasy im towarzyszyć i opowiedzieć to i owo o naszym "malutkim raju". 

Ruszyłam zatem zaraz po obiedzie dziarskim krokiem, by jak najszybciej dotrzeć do szlaku i z ciekawości włączyłam "endomondo", żeby przy okazji sprawdzić jaka jest odległość od moich drzwi do opactwa. Dane całkiem imponujące, a kolację wieczorem zjadłam bez najmniejszych wyrzutów sumienia. 


Szłam i szłam i było mi tak dobrze, że aż sama się sobie dziwiłam - dlaczego ja częściej takich atrakcji sobie nie funduję?? Czułam się trochę jak Czerwony Kapturek, bo tu i tam ślady wilka, ale pocieszałam myślą, że może teraz jedzenia w lesie nie brakuje, więc moje udka nie będą łakomym kąskiem. 

Myśli nagle zwolniły. Na nikogo nie musiałam się oglądać. Nic nie musiałam. Szłam tylko tak jak lubię, swoim rytmem. Przystawałam przy kwiatkach, kamyczkach, przystawałam, by złapać łyk wody, by oczy nacieszyć zieloną panoramą, by wysłać zdjęcie A., bo Gamogna i cały ten szlak to już jakby trochę też jej.  
Byłam przekonana, że Gości z racji, że ci wyruszyli rano, spotkam bardzo szybko. Jednak kilometry mijały, a na szlaku nikogo ani widu ani słychu. Powoli zaczęłam nawet wątpić dopatrując się śladów butów w dwóch kierunkach, czy aby się nie rozminęliśmy, ale potem niespodziewanie, już całkiem blisko opactwa wyłoniła się zza zakrętu radosna trójka i przywitała mnie wylewnie otwartymi ramionami. 
Gości Gamogna tak urzekła, że wcale z wyruszeniem w powrotną drogę im się nie spieszyło. Nie oni pierwsi... Zawsze powtarzam, że Gamogna to mój as w rękawie. Jeśli komuś tu się nie spodoba, to ... sama nie wiem!


Po wczorajszym spacerze apetyt na góry jeszcze większy, ale na dziś zaplanowaliśmy coś innego. Dziś będą klimaty wielkomiejskie. Zmykam już, bo pociąg gotów odjechać bez nas, a już jutro opowiem na spokojnie o przygotowaniach do turnieju i o innych drobiazgach, które wypełniają letnie dni. 

OSIEMNAŚCIE to po włosku DICIOTTO (wym. dicziotto)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj