piątek, 31 maja 2019

Imprezowe maja pożegnanie


W czwartek po południu słońce rozgościło się na dobre. Do upałów było wprawdzie daleko, ale słońce to jednak słońce i świat zaraz nabrał innych kolorów. Siedziałyśmy z Ellen na popołudniowym aperitivo przed barem Biforco i łapałyśmy zachłannie każdy jeden jego promień, po paskudnym maju do bólu spragnione ciepła, światła i lazurowego nieba. Byłyśmy zupełnie jak te kwiaty na moim tarasie... 

Słońce  zaczęło w końcu osuszać nasiąkniętą do granic możliwości ziemię, a ja patrzyłam z ulgą na mój mały ogródek. Na pomidory będziemy musieli poczekać w tym roku chwilkę dłużej... 
Wszyscy stoją też w gotowości i czekają na pierwszy sygnał odnośnie grzybów. Po takiej wiośnie i przy takim cieple, które już od dziś spłynie nad Italię, grzyby są tylko kwestią dni. Może wreszcie doczekam się w Toskanii prawdziwego, obfitego grzybobrania. 

Maj dziś się z nami żegna. Żegna się w tym roku szczególnie wyjątkowo. Poza stałym punktem w kalendarzu jakim są urodziny Mario, a będzie to pełnoletniość i pół wieku, dziś wieczorem czeka nas też spektakl końcowy klasy II. W miasteczku zawisły plakaty. Mikołaj ze swoimi kolegami wystąpi na scenie w sztuce:   


A poza tym weekend przed nami. Po raz pierwszy od długich tygodni weekend wolny, bez pracy, po praz pierwszy od długich tygodni weekend ze słońcem, gorący... Co, gdzie i jak? Nie mam żadnych konkretnych planów, ale wiem doskonale czego bym chciała - i obiad przy świętej Barbarze i lenistwo i wyprawę "gdzieś - gdziekolwiek" i po górach pochodziła... A jak się do tych moich chęci odniesie reszta brygady? Zobaczymy!


Uciekam już, bo nim weekend na dobre nastanie, czeka mnie jeszcze bardzo pracowity poranek. Muszę też wyszukać nowe pomysły na przystawki, bo wieczorem Ellen i Lex przyjdą razem z nami świętować urodziny Mario i podziwiać Mikołaja na scenie. 
Niech to będzie dobry dzień! Niech kapryśny maj choć minimalnie zatrze złe wrażenie. 
Buongiorno a tutti! I zdaje się - Buongiorno, Benvenuta estate! Dzień dobry Lato!

***
Mikołaj przy śniadaniu buja się za stołem. Na chwilę zdejmuje słuchawki, patrzy na mnie tymi swoimi pięknymi, niebieskimi oczami i pyta:
- Wiesz czego słucham?
- Nie mam pojęcia!
- Za tobą pójdę jak na bal... la la la la la...
Kurtyna. 

PLAKATY - to po włosku MANIFESTI (wym. manifesti)

czwartek, 30 maja 2019

Kiedy po jesieni przychodzi lato i liczby urojone

Kwiaty kiwi

Ciekawe czy jeśli jesień przyszła w maju, to w październiku czy listopadzie zawita do nas wiosna? W każdym razie jesień właśnie się wyprowadza. W nocy spadł ostatni deszcz i w ciągu dnia ma powrócić na scenę od dawna niewidziany kolor nieba. Ma nareszcie pojawić się słońce, a wraz z nim prawdziwie letnie ciepło. Najwyższa pora! Nawet jeśli ja i tak mam już focha jak stąd do Neapolu. Żebym ja przez cały toskański maj ani razu nie wyszła z domu z gołymi w odkrytych butach??? Przecież to jakieś wariactwo! 
Ale już koniec tej męczarni, teraz idzie prawdziwe lato i jest szansa, że moje pomidory nie zgniją, nie podzielą losu biednych poziomek... 

W ogródku mam w tym roku pomidory, cukinię i ogórki, zioła oczywiście też. Przy świętej Barbarze posadziliśmy dodatkowo bakłażany, arbuza i pikantne papryczki, bo zamówienie na pikantną salsę nagle zrobiło się hurtowe. 

***
- A wiesz Pusia, że pierwiastek z -1 jest możliwy i generalnie z liczbami ujemnymi?
- Nie, nie jest możliwy! No bo jak? Ja może Pitagorasem nie jestem, ale z matematyki byłam dobra, nawet maturę zdawałam.
- Ale jest coś takiego jak numeri immaginari e complessi
- Numeri jak?
Okazało się, że Tomek zainteresował się liczbami urojonymi i zespolonymi - cokolwiek to znaczy - i dla rozrywki w wolnej chwili studiuje matematyczne wzory, a radochę ma z tego taką, jak emeryt przy rozwiązywaniu krzyżówki. Zaczął mi te pierwiastki i liczby ujemne tłumaczyć. Wysiliłam mózg i skupiłam całą uwagę, ale na nic się to zdało... Nie ogarniam, nie pojmuję, a co za tym idzie jeszcze większy mam szacunek dla Tomka matematycznych zapędów. I tylko co jakiś czas pytam się nieśmiało:
- Ciebie to naprawdę interesuje??? 

***
Całą środę przewisiałam na telefonie wydzwaniając do mojego nowego operatora. Operatorzy fastweb dzielnie stawiali czoła mojej narastającej z każdą chwilą irytacji. Co to ja się do słuchawki nawrzeszczałam to tylko ja wiem, no i oni oczywiście... i może jeszcze kilku sąsiadów... i ludzie przed barem... 
Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Choć może nie do końca, bo kiedy działa to śmiga aż miło, a potem nagle szast prast i wisi i tak w kółko, że ze środowych lekcji nic nie wyszło... W końcu ostatnia rozmowa z operatorem około 20.00 zakończyła się sukcesem - nazwijmy to mimo wszystko sukcesem - zgłoszenie o awarii przyjęto z diagnozą, że problem rzeczywiście jest. Internet jest niestabilni i powód musi być gdzieś na zewnątrz albo u mnie i w związku z tym pojawi się technik. Ten skontaktuje się ze mną w ciągu 72 godzin...

Maj się z nami powoli żegna, a ja zapraszam Was do Kuchni w Kamiennym Domu po nowe wiosenne smaki.
Dobrego dnia.

LICZBY UROJONE to po włosku I NUMERI IMMAGINARI 

środa, 29 maja 2019

Mikołaj opowiada o Wenecji


Dzień dobry, ja jestem Mikołaj i dzisiaj opowiem wam krótką historię o Wenecji. Wenecja to była jedna z najważniejszych z repubbliche marinare* i zauważyłem jak płynęliśmy traghetto do Piazza S.Marco albo jak chodziliśmy pod palazzo ducale, że marynarze jak płynęli po oceanie do Azji albo Arabii to, że brali stamtąd pomysły architektoniczne.


 Patronem Wenecji jest S. Marco jeden z ewangelistów, który jest pochowany w kościele S. Marco.



 Ale teraz przenieśmy się do środka Palazzo Ducale. W Palazzo Ducale rządził Doge czyli władca Wenecji i zazwyczaj to był albo Duca (książe) albo Conte (hrabia), który zostawał tym właśnie Doge. Doge zamiast korony nosił na głowie coś co wyglądało jak róg. Koronacja Doge odbywała się na Scale Dei Giganti, której niestety nie sfotografowałem, ale były tam dwie rzeźby dwóch bogów greckich, Posejdon i Mars. A przy okazji to też wam opowiem o historii jednego z Doge, który został nazwany „czarna owca”, bo zdradził swój lud i chciał też więcej władzy, więc został skazany na śmierć właśnie na Scale dei Giganti. 


Potem weszliśmy do środka Palazzo Ducale i doszliśmy do Scale D’oro które służyły aby pokazać wielką władzę Wenecji. Potem jak weszliśmy jeszcze na górę to można było zobaczyć pokój magistrów, a tak dokładnie trzy pokoje. W tych pokojach wiadomo co robiono, bo to pokój magistrów, ale był jeden pokój, który miał 51 m długości na 27 m szerokości. W tamtym pokoju dyskutowali o polityce i innych głupotach, a na ścianie gdzie siedział Doge był malunek nieba, a Bóg był nad Doge. 


W poprzednim pokoju zapomniałem opowiedzieć ciekawą historię o Zeusie, bo wiadomo że Zeus zakochiwał się dużo razy i raz zakochał się w księżniczce Europie, więc przemienił się w byka i zabrał księżniczkę ze sobą na wyspę, gdzie założyli razem rodzinę.


Obok tego pokoju była Camera dei dieci, czyli „pokój dziesięciu”, gdzie decydowali o losach ludzi, czyli czy mają być skazani na śmierć i wiele innych rzeczy. A jeżeli ktoś popatrzy od prawej strony na czwartą deskę to można zobaczyć ukryte zejście do starych lochów. Potem jak już wracaliśmy to widzieliśmy skrzynkę pocztową, która została zniszczona przez Napoleona Bonaparte dlatego, bo ta skrzynka była w kształcie lwa a lew to symbol republiki. Potem wyszliśmy z muzeum i wróciliśmy do domu za pomocą „Freccia Rossa” i poopowiadałem historie mamie. Wkrótce wam znowu napiszę, ale tym razem o Florencji.



Tak oto opisał swoją wycieczkę do Wenecji Mikołaj. Wiem, że język polski w piśmie kuleje. Po włosku pisze bardzo ładnie. Uprzedzam też pytania o czytanie po polsku - tak czyta, obecnie "Ogniem i mieczem". Będziemy dalej nad tym pracować, a Was proszę o wyrozumiałość. Doceńcie proszę czas i chęci Mikołaja, by podzielić się z Wami wrażeniami. Zdjęcia tym razem takie sobie, bo z telefonu. Wkrótce tak jak obiecał - Mikołaj opowie o Florencji.
* To określenie dotyczyło czterech miast włoskich: Piza, Genua, Amalfi i właśnie Wenecja.
** Tramwaj wodny

wtorek, 28 maja 2019

Piękne dłonie i pech nad pechami


Czasem są takie dni, że nawet największemu optymiście trudno doszukać się tego pozytywnego czynnika. Czasem są takie dni, kiedy nic nie idzie tak jak iść powinno. Takie dni, kiedy człowiek zaczyna myśleć, że wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Kiedy ten biedny człowiek nie może się doczekać wieczora, by już iść do łóżka, zasnąć i przywitać nowy dzień, w nadziei, że poprzedni wyczerpał to co złe. Taki właśnie dzień był wczoraj... 
Do tego stopnia niefartowny, że wieczorem już wszystko zakrawało na pełną abstrakcji groteskę. 
Ki diabeł??? - myślałam na głos - ani piątek 13 ani 17, ani czarnych kotów na drodze nie było...
A już w ogóle idealnie, kiedy takie rzeczy dzieją się zaraz z poniedziałku... Nic tylko płakać! Albo może lepiej się śmiać. Groteska...
Po bardzo pracowitym poranku ruszam przed siebie do kolejnych zajęć. Postaram się wierzyć, że dziś wszystko będzie dobrze, że już na ten tydzień limit wyczerpałam. 


Z Korkowego Notesu.
Borgo San Lorenzo, majowe popołudnie, przed barem dworcowym.

Przy stoliku obok usiadła kobieta. "Kobieta z zagubioną głową". Paliła jednego papierosa za drugim, a z jej ust wydobywał się potok niezrozumiałych słów. Potok był jednak na tyle rytmiczny, że głowę dałabym uciąć, że recytowała poezję. Twarz miała smutną i zniszczoną, a spojrzenie nieobecne. Nie sądzę jednak, by miała tyle lat, na ile wyglądała. Jej - z pewnością - piękna kiedyś twarz, nie była poorana zmarszczkami. Zdawała się "tylko" okropnie zmęczona życiem i być może nie bardzo pozytywnymi doświadczeniami. Kto wie, co odcisnęło piętno na tej smutnej twarzy, ni starej ni młodej... Kto wie, dlaczego kąciki ust opadły zrezygnowane w nie-uśmiechu... 
"Kobieta z zagubioną głową" zapaliła kolejnego papierosa i przesiadła się na próg baru. Nie mogłam oderwać wzroku od jej dłoni. W życiu nie widziałam dłoni tak idealnie pięknych. Smukłe palce, skóra opalona na brzoskwiniowo z lekko zaznaczoną siateczką żył. Nawet resztki buro - fioletowego lakieru nie były w stanie zrujnować widoku. 
Kobieta dalej recytowała poezję, a piękna dłoń układała się w gesty dla postronnego obserwatora zupełnie niezrozumiałe. 
Życie przed barem jakby zastygło. Typowe włoskie popołudnie. 
Wolnym krokiem przydreptało dwóch Azjatów, maleńkich jak dzieci ze szkoły podstawowej. Zaraz przypomniała mi się taka jedna amerykańska komedia, z dosyć niewybrednym humorem. 
- Dammi una sigaretta! - rzuciła przez ramię "Kobieta z zagubioną głową i pięknymi dłońmi".
Myślę, że powiedziała to do Azjatów, bo przecież chyba nie do mnie. Tak czy inaczej mężczyźni zignorowali ją i zniknęli w głębi baru. Kobieta podniosła się i zaraz wyszperała z torebki garść drobnych.
Megafon ogłasza mój pociąg. Dopijam moje prosecco i z żalem opuszczam teatr. Teatr życia to najbardziej emocjonująca ze wszystkich dziedzin sztuki. Ostatnio mam tak mało czasu, by się nim zachwycać, ale kiedy tylko mogę... 

DAMMI UNA SIGARETTA - DAJ MI PAPIEROSA (wym. dammi una sigaretta)

poniedziałek, 27 maja 2019

Tomek na scenie - tym razem na poważnie


- Dlaczego założyłaś fioletową koszulę? Nie wiesz, że w teatrze przynosi pecha? - pyta z wyrzutem Mikołaj, kiedy stoimy w holu oratorium czekając na wejście.
- Rzeczywiście... - Moja koszula jest wściekle fioletowa i do tego atłasowa, co tylko podkreśla jej adwentowy odcień. Natychmiast ogarnia mnie wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą z naganą. - Myślisz, że może przynieść pecha Tomkowi?
W odpowiedzi Mikołaj tylko wzrusza ramionami.
...
- Słucha, a nie mogłeś mi tego powiedzieć w domu? Teraz się zestresowałam.
- Nie stresuj się, to tylko tradycja.
- Chciałeś powiedzieć: przesąd!

Moja fioletowa koszula na szczęście nie przyniosła Tomkowi pecha. Spektakl udał się znakomicie. 


Sztuka została wystawiona w starym oratorium, które znałam już z zebrania przed wycieczką do Niemiec. Niezwykłe miejsce, które dodało tylko powagi odgrywanym scenom. Nie była to sztuka łatwa i przyjemna. Spektakl był zlepkiem kilku niby zupełnie oderwanych od siebie wątków. Wątki te opowiadały historie prawdziwe, a ich mianownikiem wspólnym, elementem spajającym było "bycie więźniem" i "wolność" w najróżniejszych znaczeniach tych słów.
Poruszające bardzo. Świetnie zagrane. W kilku momentach byłam wręcz oszołomiona, jak na przykład wtedy, kiedy dwie aktorki popisały się nie tylko recytacją, ale też niesamowitym śpiewem.


Oczywiście zupełnie inaczej odbiera się spektakl, kiedy wśród artystów ogląda się rodzone dziecko. Jeszcze więcej emocji, jeszcze większe poruszenie. To, że Tomek na scenie radzi sobie świetnie, wiadomo nie od dziś. Jednak po raz pierwszy widziałam go w sztuce tak poważnej i jeszcze teraz jestem pod silnym wrażeniem. Mikołaj był jeszcze bardziej poruszony...
- Okropnie jest widzieć własnego brata jako nazistę...


 Na szczęście moja fioletowa koszula nikomu pecha nie przyniosła. Wszyscy byli wspaniali. 
A ja myślę sobie, że to jest dla matki najpiękniejszy prezent - widzieć jak dziecko coraz bardziej rozwija skrzydła... 
W zeszłym roku Tomek brylował na scenie marradyjskiej, w tym roku była Faenza, a co będzie dalej? Wprawdzie mówi, że w przyszłym roku nie będzie w teatralnych zajęciach uczestniczył, bo pochłaniają jednak za dużo czasu, a on przede wszystkim musi się uczyć, ale kto wie ... może za te kilka lat spełni się jego marzenie o zagranicznych studiach i wtedy...
Kto wie co będzie jutro... Ja mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczę go na teatralnej scenie.
Tymczasem dziś kolejny spektakl - tym razem dla szkoły, a w sobotę ostatni już poza Faenzą.


Ostatnie majowe dni mijają w deszczu. Na szczęście mimo paskudnej aury udało mi się zrobić dobre zdjęcia i tak oto kolejna sesja komunijna już za mną. Pracowity był ten weekend, a noc przez spektakl lekko zarwana, więc ze zmęczenia podpieram się dziś nosem. Ale nie ma co się za długo nad sobą rozczulać! Nowy poniedziałek, nowe obowiązki, nowy przepis do opublikowania... Buongiorno a tutti!

KOSZULA to po włosku CAMICIA (wym. kamicia)

niedziela, 26 maja 2019

100 km del Passatore - biec znaczy wygrać


Za kilka godzin dobiegnie - nomen omen - końca tegoroczny bieg 100 km del Passatore. Zawodnicy muszą dotrzeć na metę do godziny 11.00, czyli na pokonanie 100 km mają dokładnie 20 godzin. Ta edycja na pewno będzie należała do rekordowych ze względu na ilość uczestników - ponad trzy tysiące maratończyków.


Marradi jest jednym z ważniejszych punktów na trasie biegu. Można nie tylko kibicować zawodnikom, ale też zjeść polentę i ciambellini przygotowane przez alpini. Mimo niepewnej pogody widzowie dopisali i tak Marradi witało pierwszych zawodników około 19.30. 


Lider na etapie marradyjskim ostatecznie znalazł się poza podium. Klasyfikacja była rzecz jasna pierwszą wiadomością jakiej szukałam dziś rano. I tak oto prezentuje się podium:  1 miejsce - Menegardi Marco (Italia), 2 miejsce - Popov Serhii (Ukraina), 3 miejsce - Radanac Dejan (Chorwacja). Legendarny Calcaterra dobiegł jako szósty. Wszystkich wymienionych udało mi się sfotografować.  

Pierwszy zawodnik w Marradi
Drugi w Marradi
Popov Serhii - 2 miejsce
Jako czwarta w Marradi pojawia się dziewczyna - Nicolina Sustic!
Radanac Dejan - 3 miejsce
Tegoroczny mistrz - który tutaj jeszcze o tym nie wie
Przez lata niepokonany Giorgio Calcaterra
Widok na bieg z "Loży VIPów"

Jak zawsze oklaski i okrzyki słychać było do nocy. Po 21.00 nadciągnęły chmury i niebo postanowiło nic a nic nie pomagać biegaczom. Myślałam o nich kiedy kładłam się spać, o sile nie tyle w nogach, co o sile charakteru. Myślę, że każdy z nich na tej trasie toczy niesamowitą walkę z samym sobą, z własną słabością. Myślałam też o Giorgio Calcaterra. Zastanawiałam się jak czuje się teraz, kiedy po 11 czy 12 latach bycia niepokonanym, schodzi na drugi plan. Biegnie poza podium. Jednak biegnie dalej, bo nie biegnie się przecież tylko po to, by wygrać... A samo słowo wygrać dla każdego z nas może mieć inne znaczenie. 
Brava dla wszystkich! Dla tych co stanęli na podium i dla tych co znaleźli się poza nim. Brawa dla tych, którzy bieg ukończyli i dla tych, którym się to nie udało. Do zobaczenia w następnym roku na 48 edycji!

PODIUM to po włosku PODIO 

Drukuj