wtorek, 30 kwietnia 2019

Kilka refleksji w ostatni dzień kwietnia


Zmęczenie ogarnęło nie tylko mnie. Choć ranki już widne, to jednak z każdym dniem coraz trudniej nam się dobudzić. Przy śniadaniu Tomek zrezygnowany przegryza biscotti i wyjątkowo nie ma nic do powiedzenia. Jedyne zdanie jakie wypowiada na głos to:
- Pusia jak ja bym chciał wrócić do łóżka...
- I ja... - odpowiadam solidarnie jednocząc się w bólu.

Królestwo za łóżko, za sen, za odpoczynek!

Tylko Mikołaj musi mieć jakiś tajemny sekret. Czasem patrzę na niego i zastanawiam się skąd on czerpię energię. Wyskoczył dziś z łóżka jak sprężyna, zwarty i gotowy do zawodów sportowych i na dzień dobry zaczął podśpiewywać Kalinkę...
Być jak Mikołaj!

Na szczęście zapowiadany na poniedziałek armagedon pogodowy jakimś cudem Marradi oszczędził. Oczywiście zimno dało się odczuć, słońca było tyle co nic, ale też ostatecznie obyło się bez "dramatów". Kolejny wybryk aury przewidziany jest na weekend - wprost idealnie - szlag trafi obiad w ogrodzie po bierzmowaniu Mikołaja. Komunia była w deszczu i teraz - zdaje się - czeka nas powtórka z rozrywki.
Ale do weekendu jeszcze daleko, a dziś to dziś i dziś ma być kwiecień prawdziwy, a nie jakiś tam plecień.


Przy stole w Kamiennym Domu znów się zagęściło. W tej całej codziennej gonitwie nawet nie upamiętniłam jak należy chwil w starym, doborowym towarzystwie, a tu przecież pobyt Gości powoli dobiega już półmetka. 

Jutro wszyscy na chwilę pasujemy z gonitwą, jutro ma być wolny dzień, jutro ma być ładnie, jutro wszyscy razem mamy pojechać "gdzieś", jutro się zobaczy...

Wzruszający komentarz Joli pod "siedmioletnim" postem wywołał we mnie kolejne refleksje. Ileż to się "nadziało" przez ten blog, ile dalej dzieje, ile jeszcze wydarzy... Gdyby nie ten blog Goście nie przyjechaliby teraz do Marradi, po to, po co przyjechali... Życie codziennie zaskakuje. Drogi się zazębiają, przeplatają... 

Tymczasem kwiecień 2019 powoli schodzi z afisza, ja zmykam do Florencji, Goście do swoich zajęć, Tomek do szkoły, Mikołaj na zawody. Dobrego dnia wszystkim!

AFISZ to po włosku MANIFESTO (wym. manifesto)

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Kiedy się serce raduje i kiedy toczy się nierówną walkę ze zmęczeniem


Zawsze kiedy widzę takie sceny, serce mi się raduje. Jeśli w czasie deszczu zabierają sprzęt z cantiny i idą pod most odkopywać "skarb" zakopany kilka miesięcy wcześniej to znaczy, że dorastanie nie przepędziło jeszcze z serca duszy dziecka. To dobrze! To bardzo dobrze! 
Taki widok raduje podwójnie, bo jest też dowodem na to, że prawdziwej przyjaźni nie zaszkodzi żadna odległość, tak jak dobrej zabawie nawet najpodlejsza aura.


W niedzielę pogoda była wyjątkowo kapryśna i zmienna. Po pogodnym ranku szybko zatarło się dobre wspomnienie i przez resztę dnia słońce prowadziło nierówną walkę z ołowianym niebem i deszczem. Ogarnęła mnie jeszcze większa niemoc. Nawet kwiaty zostawiłam do przesadzenia Mario, a sama ograniczyłam się tylko do wydania wytycznych odnośnie doniczki i zrobienia zdjęcia zza zasłonki. Niemoc dopadła też Ellen i ostatecznie nasze aperitivo przełożyłyśmy na inny raz, ale może to i lepiej, bo wczoraj nawet rozmowa wydawała mi się nadludzkim wysiłkiem. 


Przed nami ostatni w tym roku kwietniowy poniedziałek. Żal mi kwietnia i pierwszej wiosny i glicynii, której już zmęczone resztki dyndają na gałązkach, ale na szczęście za kwietniem idzie jeszcze piękniejszy maj i może ten maj da choć odrobinkę siły...
Dziś czeka na mnie tyle zajęć, że już na samą myśl o nich robię się jeszcze bardziej zmęczona. Znów będę świńskim truchtem pędzić do Marradi, żeby się ze wszystkim wyrobić i - o zgrozo - lać w tym czasie ma niemiłosiernie... 
No nic... Jakoś to będzie!

ODLEGŁOŚĆ to po włosku DISTANZA (wym. distanca)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Zachcianki Mikołaja


Sobotnie ranki są wyjątkowe. Nie zamieniłabym ich na nic innego. To ranki, które od czasu jak Tomek poszedł do liceum spędzam sama z Mikołajem. 
Odkąd chłopcy pokochali miłością absolutną serial Friends, nie mamy już dylematu co oglądać. Nie będziemy mieli też tego dylematu jak już obejrzymy wszystkie serie, bo ustaliliśmy, że wtedy zaczniemy oglądać je od początku. I teraz w sobotnie ranki oglądam z Mikołajem powtórki z tygodnia. To znaczy on ogląda powtórki, a ja to na czym przysnęłam.  
Mikołaj to już kawał faceta. Ale ten kawał faceta ma na sobie jeszcze resztki zapachu bobasa. Reszteczki... Kocham te sobotnie ranki, bo możemy sobie leżeć przytuleni, ja mogę sobie oddychać resztkami bobasa i zaśmiewać się razem z nim z gagów serialowych. 

A poza oglądaniem, przytulaniem i zapachami, to jak już Mikołaj zacznie jakąś dyskusję...
Jego najnowsza fascynacja to zwierzęta.

- Kupisz mi szynszylę?
- ??? Zwariowałeś???
- To może ostronosa?
- Mikołaj!
- A lotopałankę?
???? 
- Są takie fajniutkie i malutkie i mało kosztują! 
- Zlituj się!
- To Lemura! Wiesz, że ogon lemura stanowi 50 procent długości jego ciała?
- Nie, nie wiedziałam, ale tak czy inaczej nie kupię ci lemura.
- Agamę rogatą? Albo błotną!
- Jestem przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatce! Wiesz, że nie lubię ani zoo ani podobnych przybytków, a już trzymanie w domu dzikich zwierząt nie mieści mi się w głowie.
Po chwili...
- To może chociaż niedźwiedzia?
- Jak będziesz dorosły i będziesz miał swój dom to dla mnie możesz sobie trzymać nawet słonia! 
- Indyjskiego... Są takie radosne! Chociaż bardziej podobają mi się afrykańskie...

***
Do Marradi dotarli kolejni Goście. Ogrody wykipiały kolorami, a wzgórza oblała soczysta zieleń. Na obiad czekają szparagi. Na aperitivo wpadnie Ellen. Załamanie pogody chyba nas nie ominie, ale już we wtorek ma wrócić słońce. 
Chwila oddechu nim zacznie się kolejny bardzo intensywny tydzień...
Dobrej niedzieli!  

NIEDŹWIEDŹ to po włosku ORSO (wym. orso)

sobota, 27 kwietnia 2019

Obiad w ogrodzie Santa Barbara i pełzająca chmura


W środę korzystając z bajecznej pogody zainaugurowaliśmy obiadowanie w ogrodzie Santa Barbara. Kiedy po moich skończonych lekcjach zawitaliśmy do małego kamiennego domku powitał nas elegancko nakryty stół, wino i bukiecik konwalii. Przez chwilę pomyślałam, że to specjalnie na urodziny bloga, które wypadały dokładnie tego dnia. Jednak po szybkiej weryfikacji okazało się, że takie przygotowanie było najzwyklejszym zbiegiem okoliczności. Mario żyje przecież w błogiej nieświadomości z trudem pamiętając nawet o własnych urodzinach.


W każdym razie obiad był wyśmienity i czas minął nam przyjemnie. Tylko żal trochę ściskał na samą myśl o zbliżającym się końcu ferii. Wprawdzie to inny żal, niż ten po zimowych świętach, bo jednak szkoły został już tylko miesiąc i perspektywa przed nami przyjemna, ale tak czy inaczej żal jest zawsze, kiedy kończy się to co przyjemne. 

Zagadka dla wytrwanych botaników - co to za kwiaty??
11 km przed Cervią

Czwartek był dniem wolnym. 25 kwietnia przypada bowiem w Italii święto wyzwolenia - La festa della Liberazione. Postanowiliśmy ten czas wykorzystać na krótkie wojażowanie i spośród dwóch propozycji nasz wybór padł na Pinarellę i festiwal latawców. Tak naprawdę to nie my tylko pogoda za nas zadecydowała. W Marradi i okolicach wczesnym popołudniem miał spaść deszcz, a nad morzem obiecywano słońce jak latem do samego wieczora. I tak prawie było ...


Prawie... 
Kiedy byliśmy tuż przed Cervią na horyzoncie pojawiło się coś jakby pełzająca chmura. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia i staraliśmy się zrozumieć, co za licho zaczyna pożerać wybrzeże. Zasłona dymna rozprzestrzeniała się w zawrotnym tempie. Takie cuda widujemy na równinie zimą, jesienią, ale ot tak nagle w ciągu upalnego, wiosennego dnia????
Kiedy udało nam się w końcu zaparkować samochód i chwilę potem dotarliśmy na plażę, stało się jasne, że "pełzająca chmura" zaskoczyła wszystkich. Niektórzy biegali z latawcami jeszcze w strojach plażowych, inni zdążyli już zarzucić na siebie puchówki. 


Jakby nagle zmieniła się pora roku... Przez chwilę mieliśmy nadzieję, że to przedziwne zjawisko jest krótkotrwałe i szybko wróci błękit. Przychodziły momenty jakby już już... Jednak kiedy po raz enty słońcu nie udało się przebić przez dymną zasłonę, machnęliśmy ręką, zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć, chłopcy zaliczyli po porcji fritto misto i niepyszni ruszyliśmy do domu. 
Wielka szkoda, bo przy takiej aurze zgasł nawet urok kolorowych latawców. Gigantyczne ośmiornice w tej kwietniowej, przedziwnej mgle przypominały bardziej latające stwory z Harrego Pottera - dementorów czy śmierciożerców?? 


Tak czy inaczej za rok pewnie znów wrócimy, bo kiedy pogoda nie robi takich nieśmiesznych psikusów, to festiwal latawców jest jednym z barwniejszych wydarzeń w całej Romanii. 

Zaskoczenie czekało na nas również w Marradi. Okazało się, że i tu pogoda się nie sprawdziła i z nieba nie spadła nawet kropla deszczu. Aura była przyjemna, taka jaką zostawiliśmy, by szukać lepszego nad morzem. Zamiast latawców we mgle mogliśmy odkrywać kolejną opuszczoną osadę ... Kto to wiedział...

Oczywiście nie ma co rozpaczać! Dziś przecież sobota i pogoda przynajmniej teoretycznie ma nas rozpieszczać. Wstrętne załamanie ma przyjść dopiero jutro po obiedzie. Tak czy inaczej do Marradi zmierzają Goście, a do zrobienia jeszcze cała masa rzeczy! Uciekam więc już i życzę Wam dobrego dnia!  

MASA RZECZY DO ZROBIENIA to po włosku UN SACCO DI COSE DA FARE (wym. un sakko di koze da fare)



piątek, 26 kwietnia 2019

Pasqua 2019 - wyprawa do Valmarecchia cz. III - Verucchio


Ostatnim etapem naszej wielkanocnej włóczęgi było Verucchio. Tak naprawdę mój zamiar był zupełnie inny, bo trzeci przystanek zaplanowałam przy malowniczym sanktuarium po drugiej stronie rzeki. Niestety jak na złość przejechaliśmy kilometry i nijak nie mogliśmy odgadnąć drogi, by się do niego przedostać. To kolejny powód, by do Valmarecchia powrócić... 
I tak oto, by wycisnąć z podróży jak najwięcej, będąc już niemal u wylotu doliny, obraliśmy kierunek na majaczące dostojnie na ostatnich pagórkach Appennino - Verucchio.


Verucchio znajduje się ledwie 20 km od turystycznego Rimini. Usytuowane jest na wzgórzach,  skąd rozciąga się widok na dwie strony świata. Z jednej strony wybrzeże Adriatyku i równina Romanii, z drugiej kostropate pagórki upstrzone fortecami i dolina rzeki Marecchia.


O miasteczku wiedziałam tylko tyle, że znajduje się tu rocca Malatesta, jednego z najsłynniejszych rodów Romanii. Tu spędził swoje życie il Mastin Vecchio, ojciec bardziej znanego Paolo, kochasia Franceski. Wszyscy troje zostali zresztą opisani przez Dantego w Boskiej Komedii. 
Z miasteczkiem związana jest też legenda o świętym Franciszku, która mówi, że zatrzymał się on na pewien czas w Valmarecchia. Na początku był gościem rodziny Leonardi a Vergiano, a następnie w 1213 roku dotarł do Villa Verucchio, gdzie założył klasztor franciszkanów. Przyniósł ze sobą, podarowaną przez rodzinę Leonardi cyprysową gałąź, którą zasadził na jego dziedzińcu. Drzewo dziś imponujących rozmiarów, liczące obecnie 800 lat wciąż rośnie przy klasztorze.



Czy podobało nam się Verucchio?
Chłopcy i Mario stwierdzili zgodnie, że o wiele ładniejsza była Petrella Guidi, ale według mnie to porównanie jest zupełnie niestosowne. To tak jak porównywać smak wiejskiego, swojskiego dania z tym w wytwornej restauracji. Verucchio to zupełnie inny świat i rzeczywiście nam po kilku latach życia w Biforco o wiele bliższe sercu są zapomniane średniowieczne osady, niż "szykowne" miasteczka. Tak czy inaczej nie można Verucchio odmówić uroku! Nie bez powodu należy do sieci "I borghi piu' belli d'Italia".  


I tak oto zakończyła się nasza wielkanocna wyprawa 2019. Po drodze gdzieś między Forli a Faenzą przystanęliśmy jeszcze wśród sadów, by na podwieczorek dojeść resztki z koszyka, a potem już prosto do domu. Casa dolce casa ... jak powtarza za każdym razem Mikołaj. 

Dziś Tomek po dziewięciu dniach laby wraca do szkoły. Mikołaj natomiast leni się jeszcze do niedzieli. Dziś też odwiedzą nas dawni Goście, jutro natomiast do Marradi dotrą następni. Świąteczne przestawienie się na wolniejszy tor sprawiło, że teraz już całkiem trudno mi się ogarnąć. Ledwo ledwo zasmakowałam odpoczynku, bo o odpoczynku w dosłownym tego słowa znaczeniu i w pełnym wymiarze to chyba jeszcze długo będę mogła tylko pomarzyć, a tu już trzeba znów się spiąć i szykować na maj, który aż kipi od zajęć. Ufffa!!!
Nic, nic... Jakoś to będzie. Przed nami weekend, więc głowa do góry! 

"PO DRODZE" to po włosku "STRADA FACENDO" (wym. strada faczendo)

Drukuj