wtorek, 12 lutego 2019

Niby relaks, pani awaria, lęki i nowe sprawy.


Marudziłam o te góry i marudziłam, aż wymarudziłam i w poniedziałek nim nastało południe dwuosobowa panda wturlała się na przełęcz Cavallary. Relaks! Relaks! Potrzebny mi relaks! Cisza gór! Lekkość głowy! Przez chwilę się nie martwić! 
Plan był dobry...
W momencie gdy zarzucałam na ramiona plecak, zadryndał watsapp. Cud, że w tych górach w ogóle jakiś sygnał się przemknął. Miałam zamiar machnąć ręką i telefonu nie dotykać przez całe moje górskie bytowanie, ale potem pomyślałam, że może to Tomek wraca jednak wcześniej więc warto sprawdzić. 
Wyciągnęłam telefon i zbladłam... "Kasia, czy już dojeżdżasz?" - pisał ktoś z numeru, którego nie miałam w kontaktach. "Gdzie dojeżdżam?" - pomyślałam sobie - "w góry przecież idę, relaks, relaks!" 
O matko! - zaraz mnie też olśniło! To musi być V. "Ważne spotkanie" jest nie we wtorek tylko jednak dziś!!! Jak mogłam pomylić???? Ja?? Ja, która zawsze jest na czas albo i przed czasem!! Internet pojawiał się i znikał, a ja szłam błotnistym szlakiem i trzęsącymi palcami wystukiwałam na telefonie litanię błagalno - przepraszająco - tłumaczących się wiadomości. 
Mario co jakiś czas tylko się odwracał i posyłał mi piorunujące spojrzenia, co było jak najbardziej zrozumiałe. Pewnie sobie myślał: "najpierw marudzi o góry, a potem idzie i przez dziesięć minut wzroku nie odrywa od telefonu". 
W końcu V. napisała, że mam się nie martwić, wszystko dobrze, że widzimy się we wtorek. 
Dobrze - nie dobrze, bo mój spokój i relaks szlag trafił. Starałam się mimo wszystko wyciszyć głowę, ale jednak po takim wstępie nie było to już wcale takie łatwe... Nie potrafię być wyrozumiała wobec samej siebie. Dla innych całkiem sporo, dla siebie samej - zero tolerancji.


Spacer oczywiście był piękny, choć wyżej w górach natura jeszcze przysypia ostatnią drzemką. Granie i doliny, buki i dęby, błoto pod nogami, a nad głową lazur i chmury na zmianę. Próbowaliśmy odtworzyć fragment szlaku, którym wędrowałam dawniej z moimi gośćmi, ale coś nam się poplątało. Trochę zbłądziliśmy, zahaczyliśmy o jakiś szałas, którego wcześniej nie widziałam, znaleźliśmy srebrzysty dąb jak z bajki, a potem znów wróciliśmy na szlak, doszliśmy prawie do "Segacci", na kamieniu za wiatrem zjedliśmy kanapki i w końcu ubłoceni po kolana zaczęliśmy kierować się do punktu wyjścia.  

Zrobię zdjęcie, to łatwiej znajdziemy szlak, z którego schodzimy...  


- Czasem, kiedy mam czas przysiąść i popatrzeć w niebo, zastanawiam się dokąd lecą samoloty, które nad moją głową zostawiają biały ślad. Jak myślisz - tamten dokąd leci? 
- Pewnie daleko... - odpowiedział lapidarnie Mario i tyle było moich wywodów.


- Zobacz, kupa wilka. Można z niej wiele wyczytać. 
- Na przykład kogo zjadł?
- Ten zdaje się pożarł małego dzika.


 Wróciliśmy utytłani po kolana. Relaks nie do końca mi się udał, bo już przez całą wyprawę kołatała mi się z tyłu głowy myśl, że nawaliłam w tak ważnej sprawie. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że dziś uda mi się zaprezentować z lepszej strony i że w ogóle coś z tego będzie. Poproszę uprzejmie o kciuki!  

Chwalę się też kolejnym krokiem "ku czemuś". Na fejsbuku możecie polubić i pomóc mi wypromować mój nowy "fanpejdż", dedykowany ślubom i fotografii - KASIA NOWACKA. Dopiero słowa mojej przyjaciółki, pomogły mi przezwyciężyć własne lęki. "Kiedy masz opory, kiedy się boisz, wyobraź sobie jakieś marzenie twoich dzieci, które chcesz spełnić" - powiedziała S. Bardzo zapadło mi to w serce. Postanowiłam mniej się bać, a co mi z tego wyjdzie czas pokaże.

DOBREGO WTORKU!

"ZALAJKOWAĆ" to po włosku METTERE "MI PIACE" (wym. mettere mi piace)

3 komentarze:

  1. Kasiu, bedzie dobrze, trzymam kciuki i daje lapkę w górę. Uśmiechnij się 🙂
    Muzien

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasiu, bedzie dobrze, trzymam kciuki i daje lapkę w górę. Uśmiechnij się 🙂
    Muzien

    OdpowiedzUsuń
  3. Kasia takie podstawowe słowo i dopiero teraz się pojawia :)
    zalajkowałem
    Piotrek

    OdpowiedzUsuń

Drukuj