piątek, 14 września 2018

Zbieranina czwartkowych drobiazgów


Na tarasie dosuszają się pikantne papryczki. Ponoć mają moc, tak wiosną zapewniał ogrodnik! W doniczkach dosuszają się mimo moich szczerych chęci różowe pelargonie. Wynędzniałe i wymęczone po lecie, bo teraz kiedy wrzesień na półmetku i moje myśli krążą wokół ważnych spraw, czasem zapominam o wodzie. Na przekór wszystkiemu natomiast zaczyna kwitnąć krzak pomidorów - samosiejka przyklejona do cytrynowego drzewka. Pogoda w tym tygodniu była taka, że jeszcze kilka razy między tym wszystkim udało mi się zalec na moich eleganckich "paletach" i łapać ostatnie letnie słońce. 


W czwartek po południu przyszła A. i zadbała o Tomka włosy przed licealnym startem. Wygląda teraz tak pięknie, że sama nie mogę się nadziwić jego metamorfozą! Nasze zachwyty skomentował cichym grazie i onieśmielonym uśmiechem. 
Potem znów zjawił się człowiek od remontu i zapowiedział, że nazajutrz rozpoczyna pracę przy drzwiach. Mam nadzieję, że jak już wrócę z... będę miło zaskoczona. 
Wpadła też z krótkimi odwiedzinami Tina, żeby porozmawiać o niedzieli. Ona również chce zobaczyć żywe obrazy. Oczywiście zagadałyśmy się też na temat domu i śmiać mi się chce, bo do tej pory wszyscy niemo śledzili moje poczynania, moje poszukiwania, a teraz jak mówię, że zostaję tu gdzie jestem, to radość z każdych ust wybija. 


Chłopcom zachciało się pieczonych cannelloni z ricottą i szpinakiem. Przystałam z radością na propozycję, bo czas najwyższy był wypróbować piękne naczynie, które dostałam od Gości w prezencie. Makaron wyszedł obłędny i do tego jak wspaniale się prezentował!!! P. i K. jeszcze raz dziękuję. 
Rozpieściliście mnie w tym roku podarkami do nieprzyzwoitości. Powinnam zrobić osobny wpis, ale nie wiem czy to wypada. W każdym razie dziękuję Wam wszystkim z całego serca za tyle cudności!!!


Przez cały czwartek co chwilę dokładałam do kupki ułożonej na fotelu kolejne gadżety. To samo robił Mario. "Kto wie co jeszcze może się przydać?" - komentowaliśmy za każdym razem. O. dzwoniła i głos miała radosny, a ja mam nadzieję, że tak już będzie do końca. 
Czas gna. Zimą ten dzień wydawał się tak odległy, jakby miał nadejść za całe lata świetlne. Po drodze tyle problemów, tyle nieprzewidzianego, że w pewnym momencie pomyślałam - "to się chyba nie uda..." Tymczasem szast prast nadszedł ten dzień... 
Nic więcej dziś nie zdradzę, tylko poproszę: potrzymacie kciuki?

ps. Jutrzejszy post na pewno nie ukaże się bladym świtem, więc proszę o odrobinę tolerancji. Mam nadzieję, że będę mogła pokazać coś pięknego.

2 komentarze:

  1. Ale się tajemniczo zrobiło :)
    Nie mogę się doczekać odkrycia tej zagadki.
    Trzymam kciuki żeby się wszystko udało!
    Dobrego dnia Kasiu :)
    Asia C.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj