wtorek, 3 października 2017

Florenckie wojażowanie w deszczu. Akt 2.


Kiedy wyszliśmy z Santa Maria del Carmine deszcz odpuścił i nawet słońce zaczęło się przebijać przez chmurną kapotę nieba. 
- A zatem Boboli - zarządziłam - bo może potem znów będzie padać i co wtedy?
Przed wejściem do Palazzo Pitti już ustawiała się skromna kolejka. Weszliśmy jednak bez chwili czekania i zaraz ruszyliśmy zielonymi alejkami jednego z najbardziej znanych ogrodów Włoch. 


- Wiesz co powiedziała prof S. (nauczyciel sztuki)? - zapytał Mikołaj.
- Nie mam pojęcia.
- Że Florencja bez Medyceuszy nie byłaby tą Florencją.
- Prawda!
To im też zawdzięczamy Ogród Boboli, przy którym prace rozpoczęto w XVI wieku. Mimo rozległego zielonego terenu rozciągającego się na wzgórzu skąd możemy podziwiać panoramę Florencji Giardino to przede wszystkim muzeum pod gołym niebem. Na każdym kroku ocieramy się tu o sztukę. Sztukę przez duże S i "sztukę" z gatunku tej w ostatnich tygodniach wyeksponowanej na Piazza della Signoria.
- A to Pusia? - zapytał Tomek - co to jest?
- Tak zwana arte moderna. 
Mario tylko prychnął na dźwięk słowa sztuka.
- Możemy podejść i zobaczyć to z bliska?


Skomentowaliśmy bezlitośnie rzeźby przedstawiające "coś" i ruszyliśmy dalej.  Chwilę potem wyłoniła się przed nami wielka głowa. 
- To jest sztuka! - stwierdził Mario.
- Dobrze, że tak mówisz. To jest sztuka. Wiesz kto to?
- Ja go znam! - wtrącił się Tomek.
- To Mitoraj. Igor Mitoraj. Polski artysta. - W kilku słowach, jak na dobrego kaowca przystało, opowiedziałam mojej wycieczce historię polskiego rzeźbiarza.


Przeszliśmy kolejne kilka kroków, kiedy niebo znów zaczęło się skraplać. Najpierw powoli, delikatnie, jakaś mżawka, kapuśniaczek, a potem silniej i mocniej, aż schroniliśmy się pod jednym z drzew i mogliśmy już tylko obserwować kaczki przy Neptunie i zagęszczający się kolorowy dywan parasoli... 
- Przeczekajmy.

Klasyczne selfie dla zabicia czasu:)
Czekaliśmy i czekaliśmy, ale deszcz ani myślał odpuścić. 
- Dajmy sobie spokój z ogrodem, chodźmy pozwiedzać Palazzo Pitti - zaproponowałam - albo usiądźmy gdzieś na chwilę na jakąś kanapkę. 
- Kanapka! - Mikołaj zaraz z radością przystał na propozycję.


Kiedy cofnęliśmy się do pałacu z żalu aż jęknęłam. Przed wejściem już ciągnęła się kolejka, w której nie stanęłabym nawet jeśli cuda z pałacu rozdawaliby za darmo. 
Zatrzymałam się tylko, aby sfotografować słynną oślicę. La ciuca di Firenze, tak jak i głowa krowy na jednym z boków Duomo są hołdem florentyńczyków złożonym zwierzętom, których praca przy budowie była nieoceniona. Napis nad oślicą głosi: "Przyciągnęłam lektyki, kamienie, marmury, belki, kolumny, jak również tę płytę".  


Ruszyliśmy dalej Ponte Vecchio i skierowaliśmy się w kierunku Wielkiej Kupy, bo męska część wycieczki na własne oczy chciała zobaczyć to cudo, które burzy krew mieszkańców toskańskiej stolicy. Z Piazza della Signoria przeszliśmy do Santa Croce. Nie mogłam się doczekać, by pokazać chłopcom jeden z najpiękniejszych kościołów jaki widziałam...


Kiedy już przecisnęliśmy się przez parasolowy tłum i stanęliśmy przed marmurową fasadą, strażnik przed wejściem zapytał:
- Na mszę?
- Nie, na zwiedzanie. 
- Teraz zaczyna się msza, zwiedzanie potem.
Ani myślałam czekać. Oto nauczka na przyszłość. Pal sześć wolny wstęp! Lepiej zwiedzać w każdy inny dzień, ale nie w niedzielę. Zmęczył nas tłum i deszcz. Bardziej tłum niż deszcz. We wrześniu byłam we Florencji trzy razy. Za każdym razem przy pięknej pogodzie i ludzi była raptem połowa z niedzielnego tłumu. Domyślam się, że to "zasługa" gratisowego wstępu. Nie mogłam jednak pojąć jak można stać w kolejce do Uffizi, która zdawała się nie mieć końca...  
- A kanapka? - spytał Mikołaj kiedy przeciskaliśmy się znów przez morze turystów w kierunku San Frediano, gdzie zostawiliśmy samochód.  
- Na pewno nie tu. Wyjdźmy poza turystyczny tłum. 
Jednak nigdzie po drodze nie znaleźliśmy miejsca, które przekonałoby nas skutecznie. Mikołaj zwiesił nos na kwintę i nawet obietnica czekających w samochodzie ślimaczków z szynką, mozzarellą i grillowanym bakłażanem nie była w stanie poprawić mu humoru. 
- Zatrzymamy się na Pratolino - zarządził tym razem Mario - tam "sto lat temu" był taki bar … Bar Zocchi.
- Pusia, a jeżeli tego baru już nie ma albo jest i będzie zamknięty? - szeptem zapytał zaniepokojony Tomek.


Na szczęście bar był i do tego otwarty i nawet ten sam barista co sto lat temu i w ogóle, jak zapewniał Mario, nic się przez ten czas nie zmieniło… Zjedliśmy schiacciatę z porchettą, świeżutką i smakowitą. Siedzieliśmy w spokoju, z dala od wielkomiejskiego turystycznego chaosu, w małej salce przyozdobionej reliktami przeszłości i żartowaliśmy z naszej florenckiej wyprawy. We wszystkim trzeba znaleźć coś pozytywnego. My znaleźliśmy - na pewno odkryliśmy tego dnia dwa rewelacyjne bary.
A ja do Florencji wracam już nie długo i wtedy opowiem Wam o San Frediano...   


 OŚLICA to po włosku CIUCA (wym. ciuka)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj