czwartek, 7 września 2017

Podróż od serca


Wolny dzień w tygodniu, kiedy jeszcze chłopcy są na wakacjach nie zdarza się co dzień… To rzadkość nad rzadkościami. Kiedy więc już taka sytuacja zaistnieje wpadam w panikę czy aby dobrze taki "dar" spożytkuję, bo chciałabym oczywiście wszystko na raz i pojechać gdzieś i ugotować coś i odpocząć i niestety o zgrozo nadrobić zaległości w pracach domowych … 
- Ty się tak Pusia nie denerwuj! - powtarzał zaspany Tomek. - Będzie miły dzień, zobaczysz.
Oczywiście dalekie wojaże odpadały. Nawet jeśli Mario wrócił do formy i każdego dnia zapewnia, że czuje się lepiej niż to wszystko się wydarzyło, to jednak nie miałam jednak odwagi męczyć go setkami kilometrów za kierownicą, bo znając mój rozmach znów skończyłoby się na co najmniej 300.


Po krótkim namyśle zaproponowałam kierunek i zaraz z czerwonym koszykiem, prawie pustym, bo zaopatrzenia mieliśmy dokonać na miejscu, ruszyliśmy w kierunku San Benedetto in Alpe.
- To jak się nazywa to miasteczko? - zapytał Mario.
- Premilcuore… 
- Ty to masz fantazję! 
- No wiesz… to tak żeby pozostać w temacie! 
(premi - wciśnij, przyciśnij, cuore - serce)
Trudne momenty ostatnich tygodni nie pozbawiły nas poczucia humoru...


Przejechaliśmy przez dolinę San Benedetto, zaopatrując się po drodze w zapas źródlanej wody i próbując rozwiązać zagadkę wielkiego klucza. Dotarliśmy do Rocca San Casciano i stamtąd przeskoczyliśmy do kolejnej doliny, nie szczędząc słów zachwytu nad mijanym krajobrazem. 
Odludzie. Pustkowie. Appennino Tosco - Romagnolo.
- Od dłuższego czasu nie minął nas żaden samochód.
- Ani też nie widzieliśmy żadnego człowieka!
- Jakbyśmy byli sami na świecie!
- A gdyby tak nagle rzeczywiście wszyscy zniknęli??


Dotarliśmy w końcu do obranego celu, ale kiedy znaleźliśmy się w centrum miasteczka stwierdziliśmy, że teraz czas na jedzenie i niewiele myśląc ruszyliśmy dalej w stronę słońca.  
Jakież było nasze zdziwienie, gdy zaraz za Premilcuore ukazał się kamienny most, przy którym zatrzymaliśmy się kiedyś, dawno temu, w czasie naszego wakacyjnego wojażowania...


Ponte Nuovo zbudowano około 400 lat temu, na miejscu innego mostu, który runął w szesnastym wieku. Kamienna konstrukcja zachwyca każdego, a jeszcze większe zainteresowanie budzi płynąca pod nim rzeka Rabbi. 
La Grotta Urlante (krzycząca grota) oraz naturalne niecki i wodospady przywodzą na myśl rajskie krajobrazy. Oczywiście miejsca te powinny być odwiedzane w bardziej sprzyjającym momencie, na pewno nie w czasie wielkiej suszy… Zamiast kąpieli w jednym z zielono  lazurowych "basenów" przeszliśmy suchym korytem na drugą stronę, a potem wzdłuż i znów na drugi brzeg. Wodę - zmęczoną, zmętniałą zobaczyliśmy tylko w najgłębszych miejscach.


 - A kiedy w końcu będziemy jeść? - nieprzewidziany przystanek jeszcze bardziej zaostrzył nasze apetyty. 
- Jak tylko znajdziemy godne miejsce. 
Jechaliśmy wciąż wyżej i wyżej wypatrując miejsc piknikowych w jakie bogaty jest Parco Nazionale - Foreste Casentinesi. Szybko jednak wyczerpała nam się cierpliwość i zatrzymaliśmy się w pierwszym miłym gaju sosnowym, żartując przy tym, że na pewno za kolejnym zakrętem czekają stoły i lawy. Tak też w istocie było, o czym przekonaliśmy się godzinę później. 


Tak czy inaczej przy stole czy na kocu coppa, salamino i pecorino... kupione w maleńkim sklepiku smakowały obłędnie. Do tego oczywiście lokalne sangiovese, a na deser ostatnie już pewnie w tym sezonie brzoskwinie i soczyste śliwki. 


 - Castel dell'Alpe… Mi ispira! - Mario skręcił z głównej drogi i zaraz znaleźliśmy się na wąskiej serpentynie prowadzącej do niby zamku. Przynajmniej tak głosiła nazwa. 



Dotarliśmy do maleńkiej osady, w której jakby ani żywej duszy, jedynie szczekanie psów w oddali zapewniało o tlącym się gdzieś życiu. Miejsce wzięło swoją nazwę rzeczywiście od zamku, który wznosił się tu kilka wieków temu. Dziś nie ma już po nim śladu, ale pozostałe zabudowania mają się całkiem dobrze. Maleńki kościółek pod wezwaniem San Niccolo', którego historia jest tak stara jak Duomo Florencji absolutnie nie zdradza swojego wieku. Ponad osadą rozciąga się łąka. Łąka rozlewająca się po całej grani złotem wyschniętych traw. Łąka niczym taras widokowy, skąd jak na dłoni widać masyw Falterony. Łąka jak z filmu, jak z bajki, jak z innego, nierealnego świata...




Jeszcze kilka zdjęć, łyk wody, świeże orzechy i do domu… Mieliśmy w planie lody na Passo Muraglione, ale ku naszemu zaskoczeniu przywitały nas rolety opuszczone smutno do ziemi. Ruszyliśmy więc dalej przez kolejne przełęcze w stronę Doliny Lamone…
Oto nasza mała podróż z sercem, od serca, do serca...


WCISKAĆ, PRZYCISKAĆ - to znaczy  PREMERE (wym. premere)

5 komentarzy:

  1. Jejku skorpion, nie baliście się ? Co się z nim potem stało ? Pozdrawiam AnetaG

    OdpowiedzUsuń
  2. Jako lekarka i wierna czytelniczka Domu z Kamienia pozwolę sobie tylko stwierdzić że dieta prezentowana na zdjęciach powinna być surowo dla Maria zakazana. Przy jego problemach zdrowotnych tłuste wędliny, sery i białe pieczywo to zabójstwo...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za troskę w imieniu Mario, ale … Na diecie jest Mario a nie my wszyscy:) Co nie zmienia faktu, że w domu z kamienia na pierwszym miejscu są zawsze warzywa a mięso je się praktycznie od święta. Takie jedzenie, to nasze menu piknikowe, czyli zdarza nam się raz czy dwa na miesiąc i myślę, że nikomu krzywda się nie stanie. Co do chleba natomiast to jest na liście produktów zalecanych razem z ryżem i makaronem, którą to listę Mario dostał w szpitalu wraz z wypisem.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  3. Cudowne miejsca Pani Kasiu.Pozdrawiam Aneta

    OdpowiedzUsuń

Drukuj