czwartek, 15 czerwca 2017

Czas kpiarz i bezczelne uwodzenie Santerno


Trwaj chwilo, trwajcie lipy i słońce, trwaj czerwcu i już nigdzie sobie nie idź!!! To jest moment do zatrzymania. Jeden jedyny w roku, najlepszy, bez najmniejszej skazy, idealny, do kochania, do zabutelkowania… Oddycham tymi lipami głęboko, żeby ich słodycz wlała mi się do serca, żeby głowę wypełniła po brzegi. Cieszę się porankami cichymi, szumiącymi rzeką, oknami otwartymi na oścież i dziećmi na wakacyjnej wolności...   


Od dobrych kilku dni w Marradi "wakacjują" Goście, a ja tak naprawdę słowem jeszcze o tym nie wspomniałam, choć chłopcy z obecności wujostwa korzystają do woli… To wszystko przez zabieganie i nadmiar zajęć, bo to jeszcze to i tamto, tu pizza, tam festa więc i czasu wspólnego jak Bóg przykazał tak naprawdę nie było. 
Do wczoraj … Oto nadszedł czas, by pierwszym tego lata Gościom zdradzić drogę nad zaczarowaną rzekę…


A tak się złożyło, że Goście dzień wcześniej bawili się nad morzem, więc zaraz posypały się zachwyty, niekoniecznie na plus dla prawdziwej, nadmorskiej plaży. 
- To ja już nie chcę nad morze - mówiła rozpromieniona K.
- Przecież tu jest o niebo lepiej! - wtórowała O. - Soli nie ma, cisza, spokój, słońce i cień ...

Laureato!!!

Goście byli zachwyceni, ale w tym wypadku nie mogło być inaczej. Stres, który zwykle towarzyszy mi w takich sytuacjach - czy Goście się zachwycą, czy będą zadowoleni, czy podzielą mój entuzjazm - tym razem nie miał w ogóle racji bytu. Znam Gości nie od dziś i wiedziałam, że to miejsce będzie jak szyte dla nich na miarę… 
Dalej urządzać skoki, zabawy, hydromasaże w małych kaskadach … zupełnie jak beztroskie dzieciaki. Choć szczerze mówiąc, skaczą czy nie, niezależnie od tego co mówi dowód osobisty … dla mnie to zawsze będą trochę dzieci...


 Mała Zosia wyciąga rączkę za mamą. 
- Mamma torna subito - tłumaczę i zaraz ganię się na głos za swoją głupotę. Do dziecka polskiego … po włosku. Chyba za dużo słońca! 
- Chodź Zosiu, powrzucamy do wody trochę kamyków. 
- Oooo! - Zosia wyciąga rączkę i zdumiewa się na widok ryby. 
Siedzimy tak sobie na brzegu, stopy moczymy w letniej wodzie i ciskamy kamyki w nurt Santerno. Zdaje się jakby wczoraj... może nie aż tak mała, ale jednak mała, była Mama Zosi. Małą dziewczynkę z figlarnymi kucykami i jej braci zabieraliśmy nad zalew do Miedznej … Rach ciach, czas wariat obrócił kilka razy kalejdoskop… Dziś tamta mała dziewczynka sama jest mamą, następny "sajens fikszyn"... Czasem mam wrażenie, że życie to film, który ktoś puszcza nam na przyspieszonym trybie. Najpierw są małe dzieci, potem te dzieci idą do szkoły średniej, a chwilę później te same dzieci też mają dzieci i tak to się wszystko kręci jak szalona karuzela… Ej życie! Zwolnij trochę! 


A gdzie dziś Goście pojadą? Czym wypełnią czas? Santerno jak syreni śpiew zniewala … Uprzedzałam!!!
A kiedy już wyrwą się z jej rajskich szponów i wrócą na marradyjskie podwórko, będzie na nich czekała Casa di Santa Barbara pachnąca bistekką i grilowanymi warzywami … Ona też potrafi człowieka otumanić! I to jak! Niektórzy z Was pewnie to potwierdzą…

ZWOLNIĆ to po włosku RALLENTARE (wym. rallentare)

2 komentarze:

  1. Piękne miejsce...❤
    Mariola

    OdpowiedzUsuń
  2. Potwierdzamy absolutnie , otumania bardzo... Pozdrawiamy ! Ola i Leszek

    OdpowiedzUsuń

Drukuj