poniedziałek, 22 maja 2017

Potok, żołnierzyki i zaczarowanie


Pamiętam jak dawno, dawno temu wybraliśmy się na piknik nad rzekę. Chcieliśmy rozlokować się w naszym ulubionym miejscu, ale pech chciał, że tamtego dnia ktoś nas ubiegł i na drewnianym stole przed nami swój obrus rozłożył. - Nie ma tego złego - pocieszał Mario i zaprowadził nas w zupełnie nowe miejsce ... 


Tak się dziwnie złożyło, że choć miejsce było niezwykłe, chyba już nigdy więcej tam nie wróciliśmy, a przynajmniej ja nie potrafię sobie takiej chwili przypomnieć. 
Campigno…
Przed moim domem stoi tabliczka - Campigno 7 km. Tabliczka nie informuje jednak, że po tych siedmiu kilometrach trzeba zawrócić albo kontynuować podróż pieszo. Droga  prowadzi donikąd, urywa się ot tak w sercu gór. Kto nie wie, ten się zdziwi.
Płynie tam też potok, który niżej zamienia się w rzekę, a pod moimi oknami splata w jedno z Lamone.


Campigno tak jak pobliskie Crespino słynie z tego, że źródlana górska woda sączy się tu od dawien dawna. Woda tak krystaliczna, że po niej wszystko co zabutelkowane, zdaje się być zwykłą "kranówą". 
Kiedy w sobotę zalegliśmy po obiedzie bez planu, ale też bez szczególnych chęci na dalekie wyprawy, Mario zaproponował, żebyśmy uzupełnili zapas wody, tym razem dla odmiany właśnie w Mulino di Campigno.


Głazy w mech ubrane, szemranie potoku, dzikie orchidee i ślady wilków… Znów nie mogłam oprzeć się wrażeniu zaczarowania, miejsce było jak z bajki, jakby były tu dwa światy, drugie życie, którego na pozór nie widać…
- Mamusiu popatrz co mam! - Tomek wyciągnął w moją stronę dłoń.
- Nie nabieraj mnie, to przecież ten, którego znalazłeś ostatnio, jak byliśmy przy strumyku na Tramazzo! 
Tomek ma dar znajdowania niezwykłych rzeczy. Ostatnio w kompletnej dziczy nad strumykiem znalazł ołowianego żołnierzyka. A teraz ...
- Też w pierwszej chwili pomyślałem, że może miałem go w kieszeni i mi wypadł, ale nie! Ten jest inny!
Kolejny ołowiany żołnierzyk leżał na tomkowej dłoni…
- To jakiś żart! - dziwiliśmy się wszyscy. - Kolejny żołnierzyk! Jest z tej samej serii. To nieprawdopodobne!
- Niech cię to zainspiruje do nowej historii! - podsunęłam Tomkowi myśl, a jemu tylko oczy zabłyszczały.


Wracaliśmy z baniakami do domu. Tym razem to chłopcy taszczyli ładunek do samochodu. Przeskakiwaliśmy przez jeden strumyk i drugi, a Tomek tylko oglądał się na mnie snującą się na końcu i rękę wyciągał nad mokrymi kamieniami.
- Uważaj nie, poślizgnij się! - Napominał. - Pomogę ci.
Niedawno ściskałam małą rączkę i pomagałam przechodzić przez strumyki. Dziś ta mała rączka, dłoń młodego prawie już mężczyzny asekuruje, bym to ja do wody nie wpadła…
Ale choć dłoń już prawie dorosła, cała reszta w środku jest jeszcze chłopcem i wciąż jedną z ulubionych zabaw jest rzucanie kamyków do wody...


W sobotę był potok, a w niedzielę rzeka… Jedna z najładniejszych jakie w Toskanii widziałam… Ale o tym już jutro… Dobrego tygodnia!! 

OŁOWIANY ŻOŁNIERZYK to po włosku SOLDATINO di PIOMBO (wym. soldatino di piombo)

1 komentarz:

  1. Pięknie uwielbiam takie potoki kamienne,woda jest krystalicznie czysta ,często nabieramy wody ze zrodełek.Pozdrawiam z Częstochowy.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj