piątek, 12 maja 2017

Chaos, który wprowadza ład


Środowe smutki i stres, a do tego nieprzespana noc, bo podekscytowany Mikołaj już od 3.00 gotowy był do drogi, zafundowały mi ból głowy, którego za nic i niczym przepędzić nie mogłam. Ból świdrujący, który przewiercał mi czaszkę na wylot. Jakby tego było mało jakiś nieokreślony lęk zakradł się pod skórę. Tłumaczyłam sobie, że to musi być stres, bo Mikołaj w podróży, więc jak każda matka drżę póki nie dowiem się, że bezpiecznie dotarł na miejsce. 
Nie mogłam sobie znaleźć miejsca i zła byłam sama na siebie, bo z drugiej strony od dawna nie miałam dnia tak okrojonego lekcyjnie, tyyyyle wolnego czasu do zagospodarowania, a ja jak w jakiejś matni! 


W końcu po obiedzie wskoczyłam na właściwy tor. Już nie czułam się jak chyboczący się wykolejony pociąg. Zaczęłam znów gnać swoim rytmem, a obrazy migały, mijały, zmieniały się jak w kalejdoskopie… 
I paradoksalnie ten chaos na nowo zaprowadził ład w mojej głowie. 
Najpierw zajrzeliśmy do myśliwych, wśród których był też nasz przyjaciel truflarz. Panowie przygotowywali wieczorną kolację. Na widok mięsa pieczącego się w kominku i pomidorów z bazylią, które miały wylądować na bruschettach, znów zrobiłam się głodna. Przy każdej okazji zakradam się do kuchni. Uwielbiam tą włoską radość "przy garach", dla mnie to obrazy porównywalne do tych, które zachwycają w galeriach, oczywiście nie ujmując niczego geniuszom włoskiego renesansu. Złapałam kilka kadrów, wypiliśmy kieliszek wina i zaraz się pożegnaliśmy. 


Po wizycie u myśliwych zatrzymaliśmy się przy domu Mario, gdzie czekały na swoje miejsce krzaki pomidorów. Raz dwa, sznureczek, nawóz, ziemia i zielone szpalery były gotowe.  Kiedy już nabrałam rozpędu, zostawiłam dom świętej Barbary i wróciłam na swoje podwórko. Zabrałam się za domowe porządki i przygotowanie pokoju przed przyjazdem następnych Gości. 
Zacieram ręce z radości na myśl o nadchodzącym weekendzie!

Po kolacji zadzwoniłam do maestry Barbary. Nie zrobiłam tego dlatego, że jestem nadopiekuńcza, choć pewnie jestem, ale dlatego, że kiedy Tomek dwa lata temu wrócił ze swojej długiej wycieczki z żalem wypomniał mi, że byłam jedyną mamą, która nie zadzwoniła powiedzieć mu dobranoc i dowiedzieć się co słychać … A ja oczywiście nie chciałam dzieciakowi głowy na wycieczce zawracać. I bądź tu mądry! Tak czy inaczej, nie miałam zamiaru drugi raz błędu popełnić. Towarzystwo właśnie wychodziło z restauracji w przednich humorach. Mikołaj przeżywał, że jest tak pięknie, cudownie i aparat już ma prawie wyładowany, a tu jeszcze tyle atrakcji przed nimi… Ufff… Jak dobrze, że wszystko dobrze…
Tylko nam przy kolacji dziwnie było z pustym miejscem przy stole...

***
- Nie masz lekcji?
- Nie.
- Chcesz się przejść? Powinnaś mniej siedzieć przy komputerze, od tego też cię głowa boli.
Szczerze mówiąc nie mogłam się doczekać, żeby wyciągnąć się w łóżku, ale argument, że moja głowa potrzebuje spokoju i tlenu przekonał mnie do krótkiego spaceru.

Było już późno, ale dookoła wciąż panował dzień. Szliśmy szosą praktycznie w ciszy, co jakiś czas rzucając tylko nieskomplikowane słowa o drzewie rzuconym na stoku, że kręgosłupa mocnego tu trzeba, o ropuchach przycupniętych na asfalcie, o szumie rzeki, o domach kamiennych, o pomidorach… Drogę w stronę Campigno w pewnym momencie otaczają łąki. Wieczorem świerszcze urządzają tu piękny koncert, zupełnie jakby grała prawdziwa orkiestra… 
- Jak pachnie… Jak wspaniale żyć w miejscu, które tak pięknie pachnie. Kto by pomyślał, że zapach jest taki ważny…

Powietrze pachniało słodkimi akacjami, ziołami i sama nie wiem czym jeszcze. Morzem polnych kwiatów, których nazw nie wymienię. Pachniało zielenią. Rzeką. Spokojem...
Nim weszłam do domu, zatrzymałam się jeszcze na chwilę pod akacją, której ciężkie teraz od kwiatów gałęzie opadają na mój taras. Białe kwiaty na tle nadchodzącej nocy… Zapach spokoju… Najprawdziwsza aromaterapia.

PRZEJŚĆ SIĘ to po włosku FARE UN GIRO (wym. fare un dżiro)

1 komentarz:

  1. Bardzo miło się czytało Twój wpis. Na pewno jeszcze tu zajrzę ! :)

    OdpowiedzUsuń

Drukuj