środa, 23 listopada 2016

Lepiej nie...


Późną jesienią, kiedy już ostatnie niedobitki liści trzymają się kurczowo gałęzi, ilość kolorów na apenińskiej palecie zmniejsza się. Druga i trzecia linia grani i dal dalsza, najdalsza aż po horyzont robi się monochromatyczna. Sino niebieska, grafitowa, szaro gołębia, zupełnie jakby odbijała się od nich niebiańska łuna. 
Tylko bliżej, tuż przede mną, przed moimi oczami jeszcze ochra nie daje się wypędzić. Ostatnie liście malują krajobraz jesiennie. Aż nie chce się wierzyć, że oto nawet znienawidzony przeze mnie listopad chyli się ku końcowi.  



Jak zawsze o tej porze, opadłe liście bezwstydnie odsłaniają cudze tajemnice. Spośród drzew znów wyłaniają się kamienne domostwa. Lato i wiosna strzegą ich prywatności, ale listopad wystawia je na widok publiczny. I tak, choć każdy centymetr krajobrazu mam zapisany w pamięci, to wciąż jednak udaje mi się dojrzeć w dziczy kawałek kamiennego muru wcześniej nieznanego. Znów śnię na jawie...



Z nosem przyklejonym do szyby wpatrywałam się w gaje osamotnione i mamrotałam pod nosem - "niech już minie ta pora, niech już znowu zakwitną prymulki i kwiaty san Giuseppe". A potem zaraz pomyślałam - nie, nie, nie! Lepiej niech nie mija tak szybko, bo za kilka miesięcy dzieci będą starsze i ja będę starsza, przeleci jak mgnienie coś, co już nie wróci. Może kiedyś nawet taki listopad z żalem będę wspominać, bo przecież tak naprawdę nie wiem, co jest za zakrętem i nie wiem ile tego czasu jest nam zapisane... Niech więc ta chwila trwa najwolniej jak umie, niech się sączy powoli, bez pośpiechu. 


LEPIEJ  NIE to po włosku MEGLIO  DI  NO (wym. melio di no)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj