niedziela, 16 października 2016

Niby nic, a przecież wielkie coś


Mimo słońca łaskawie nam panującego, mimo lazuru i ciepła jakim przywitał nas sobotni ranek, dzień zapowiadał się do kitu. Łańcuszek niemiłych zdarzeń wpędził mnie w tak zły humor, że aż miałam ochotę rozpłakać się z bezsilności. Sobota jest przecież na wagę złota, a ciepła październikowa sobota tym bardziej. Byłam zła na wszystko, wszystkich i przede wszystkim na samą siebie, że tak się złym nastrojom dałam podejść. 

Aż w końcu około południa powrócił spokój i jakoś ten dzień udało się uratować. Pomyślałam sobie, że kiedy wszystko idzie źle, to najlepiej skupić się na zwykłych drobiazgach. Wypełnić nimi dzień i z nich właśnie czerpać radość. Nadejdzie przecież czas, że za tymi drobiazgami będę płakać z tęsknoty, wiem o tym już dziś. Życie gna jak głupie, czas jest bezlitosny.
Kiedyś dzieci się wyprowadzą, a ja będę starą matką wspominającą z rozrzewnieniem codzienne obrazki. Nastolatka w fartuszku kuchennym …



- Mamusiu chciałbym być kiedyś rodzinnym pasticere.
- No to ucz się. Jeszcze ta połówka cytryny.
- Zostaw ja to zrobię, krem będzie mój.
- Bravo!
- Są u ciebie na blogu wszystkie przepisy?
- Przecież mam dwa blogi, na "Kuchni" jest prawie wszystko.
- To ja sobie poczytam i będę uczył się gotować.
- Bardzo się cieszę! Mężczyzna powinien umieć gotować! 


Po południu drużyna Mikołaja rozegrała pierwszy mecz w tym sezonie. Mecz zakończony remisem, bez goli. Pogoda była wymarzona. Fotografowałam to chłopców ganiających za piłką, to świat otaczający boisko i nacieszyć się nie mogłam tym, że tu nawet mecz rozgrywa się w pięknych okolicznościach przyrody.


- Dziś numery na koszulkach były przydzielane już na stałe.
- O! A ty jaki sobie wybrałeś?
- Ja nie wybierałem tak jak niektórzy, to znaczy chciałem 10, ale i piętnastka jest fajna. To przecież tylko numer.
- Bravo. 
Przecież to tylko numer...




Wracałam z meczu w przedwieczornej mgle i cieszyłam oczy widokiem jesiennego Biforco. Jak tu ładnie - myślałam - jak dobrze … Dzień w końcu nie okazał się taki zły, jak się zapowiedział, mało tego … To był naprawdę piękny dzień! Utkany z drobnych obrazków, z chwilek maleńkich pachnących kremem cytrynowym,  dźwięczących okrzykami na boisku, ciepłych od rozmów z Czytelnikami. Chwilek poświęconych na pisanie, odpowiadanie i kulinarne poszukiwania. 
Na Biforco opadła mgła. Dobra mgła, puchata i ciepła. 
Dzień był może banalny, prostoty, pewnie nieszczególny, jednak tyle miał w sobie smaku … zupełnie jak nasza kolacja, niby nic i wielkie coś - smażone zielone pomidory...


WIELKA RZECZ - to po włosku UNA COSA GRANDE (wym. una cosa grande)

3 komentarze:

  1. Witaj Kasiu. Od kilku miesięcy czytam twojego bloga. Muszę przyznac,że to uzależnia. Jest w nim coś szczególnego. Dzisiejszy Twój wpis poruszył mnie szczególnie. Może przez zbieżność nastroju? Napisałaś coś bardzo oczywistego, a jednak tak bardzo trudnego do realizacji w codziennym życiu. Dziękuję. K.

    OdpowiedzUsuń
  2. Otworzyłam dzis post wyjątkowo po przebudzeniu w telefonie i bez kawy, zdjęcie w formacie mini : Kasia siedzi na tarasie nad morzem z laptopem😊 no bo raczej to nie rzeka bo pamiętam ze jest w dole.Po wypiciu kawy i po przeglądzie zdjęć w moim komputerze dojrzałam ze to tkanina na balkonie 😄 Polowa października a człowiek juz tęskni za latem..😎 pozdrawiamA.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale masz upaćkany ekran w tym laptopie! Jak możesz dawać na bloga takie zdjęcia? ;) No właśnie... i gdzie to morze? :) Choć właściwie góry są lepsze. A w połączeniu z dobrą kuchnią niezastąpione.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj