piątek, 2 września 2016

Pozytywy biurokracji, czyli nasza wielka rzymska wyprawa. Akt pierwszy - ROMA


Tak jak już kiedyś pisałam, Włochy podzielone są na pół - dolna połowa w sprawach administracyjnych podlega pod Rzym, górna pod Mediolan. Toskania na szczęście łapie się do tej pierwszej. Już od dawna wiedziałam, że najdalej do końca sierpnia, będziemy musieli pofatygować się do włoskiej stolicy i szczerze mówiąc wcale ta myśl nie napawała mnie radością. Po pierwsze nie lubię biurokracji i załatwiania spraw urzędowych, za wielkim miastem nie tęsknię, a i wydatek nadprogramowy wcale mi się nie uśmiechał. Ale … mus to mus. 
Początkowo planowałam podróż "strzałą", na co bardzo czekały dzieci, jednak po ostatecznym podliczeniu, przeanalizowaniu i konsultacji z chłopcami, postanowiłam poprosić o pomoc Mario. Pomijając już wydatek, wolałam nie wciskać się w miejsca typu stazione Termini, czy metro. Może to już paranoja, ale … strzeżonego... i tak dalej... 


Plan był napięty, podróż daleka, bałam się, że coś pójdzie nie tak. Ale zadziwiająco wszystko udało się lepiej niż mogłabym sobie wymarzyć. Nawet Rzym nas nie zgubił, urząd niczym niemiłym nie zaskoczył, a plan zobaczenia czegoś ponad zrealizowaliśmy z nawiązką. To był naprawdę piękny dzień!
Wstaliśmy o 4.30, wskoczyliśmy szybko w przygotowane dzień wcześniej ubrania i już o piątej byliśmy w samochodzie. Noc była jeszcze ciemna. Po 34 kilometrach krótki przystanek w Borgo S. Lorenzo na śniadanie. To już rytuał przy naszych długich wyprawach. A potem przecisnęliśmy się przez mgły Mugello i znaleźliśmy się na autostradzie. 
Okazało się, że mgły tego ranka spowiły całą Toskanię. Słońce wychylało się powoli zza gór, zza mgieł jak na pocztówkach. Zaczynało rozlewać się pomarańczowym blaskiem, tak malowniczo, że niemal nierealnie…
Kierunek - Roma, tym razem naprawdę. 
Poranna mglista senność w końcu opadła, mogliśmy cieszyć się krajobrazem Umbrii i Lazio i gdyby nie to, że spotkanie, że konsulat, że Roma, miałabym prawdziwy dylemat, gdzie się zatrzymywać. 


A Roma? Roma przywitała nas spokojną drogą i upalnym słońcem. Dotarliśmy na miejsce o 9.30 i nadziwić się nie mogliśmy, że wszystko poszło tak gładko. Podeszłam pod drzwi konsulatu, by upewnić się, czy może przypadkiem mimo umówionego spotkania na 13.45 nie moglibyśmy załatwić sprawy od ręki. Miły głos w domofonie poinformował mnie jednak, że konsulat czynny jest dopiero od 13.00. Mieliśmy zatem prawie cztery godziny na poznanie Rzymu. 
 - Popatrzcie czy nie mamy gdzieś słomy czy błota przyklejonych do butów - żartowaliśmy z samych siebie w drodze do centrum. Samochód zostawiliśmy w spokoju, decydując się na własne nogi i miejską komunikację. 
- Gdzie kupimy bilety? - zapytał Mario.
- Jak to gdzie? W kiosku. Możesz mnie zostawić w środku lasu i nie będę wiedziała dokąd iść, ale dziś to chyba ja będę przewodnikiem. Urodziłam się w końcu w wielkim mieście.
W pierwszej edicoli kupiłam małą mapkę. Bilety sobie darowaliśmy, bo okazało się, że Piazza del Popolo to tylko jeden kilometr. Co to dla nas???!!
Przeszliśmy główną ulicą, potem odbiliśmy na Lungotevere, bo dzieci miały i Tybr zobaczyć, a potem szybkim marszem żartując, przesuwaliśmy się w kierunku centrum.


- Mamusiu czy tu robią statki? - zapytał Mikołaj.
- Nie kochanie. 
- A co?
- A umiesz czytać? 
- Ministero difesa marina - wycedził - no tak jak myślałem. Tu robią statki.
...


- Światła, znaki, samochody, tramwaje, uważajcie! Chyba pamiętacie jeszcze jak wygląda duże miasto. 
- Ja już zapomniałem - skwitował Tomek.
Przy znaku dorosły z dzieckiem za rękę, Mario postanawia zażartować sobie z Mikołaja. 
- Widzisz ten znak? To daj mi rękę. 
Mikołaj nie oponuje, ale po krótkiej refleksji pyta całkiem poważnie:
- Mamusiu czy to znak, że trzeba uważać na pedofili? 


Upał był nieziemski. Nieziemsko wilgotny. Usiedliśmy chwilę w cieniu na Piazza del Popolo aby opracować strategię. Następny punkt Piazza di Spagna. 


Oczywiście ja o Rzymie jak przewodnik opowiadać nie będę, to jest tylko krótka relacja z naszego nieco wariackiego spaceru, a raczej truchtu, okraszona zdjęciami. O Rzymie już tyle napisano, że nie śmiałabym się nawet silić na "profesjonalne" relacje.
Przystanek w barze i kolejna narada. 
- A zatem co chcecie zobaczyć Koloseum czy Watykan? 
- Koloseum - prosił Mikołaj.
- Watykan - zaproponował Tomek.
- Koloseum!!! Proszę, proszę!!! 
Tomek aż tak, za Watykanem nie agitował. Ustaliliśmy - Koloseum i to co po drodze. 
Pokazałam tylko na mapie o jakich odległościach mówimy, żeby potem nikt nie był zdziwiony i nie marudził, ale kiedy nawet te nie ochłodziły zapału Mikołaja, dokończyliśmy przekąskę i ruszyliśmy dalej. Trzeba się było spieszyć, czas uciekał.


Mapa cały czas przy nosie. 
- Teraz to turystka pełną gębą! Mapa w ręku, aparat na szyi. 
- Brakuje tylko słomianego kapelusika…. Jeśli pójdziemy tędy, wyjdziemy na Fontanę di Trevi.  
- Eccola!!
- Przepiękna!



- A przed nami? kto wie? 
- Milite ignoto?
- Chłopcy, oto Altare della Patria


- Już widzę!!! Jest, jest!!! - Mikołaj nigdy w życiu jeszcze nie był tak podekscytowany żadnym zabytkiem jak wczoraj, kiedy zobaczył Koloseum. Dobrze, że wysililiśmy nogi. Jego uśmiech był tego warty!
- Najpierw popatrzcie tu. Foro Romano


Zerkając to tu, to tam zawieszając wzrok na reliktach przeszłości tak imponujących, że aż zapierało dech, stanęliśmy w końcu w cieniu Koloseum. Oczywiście nie było mowy, by zwiedzać je wewnątrz. 
- Tak bardzo chciałbym zobaczyć je w środku…
- Innym razem. Słyszysz? Zegar wybija południe. Musimy teraz spiąć się i biec do ambasady.  


Obeszliśmy Koloseum dookoła. Mikołaj był autentycznie poruszony. Nie wiem dlaczego akurat to miejsce zrobiło na nim takie wrażenie… Ale cieszę się… Cieszę się, że udało nam się tyle zobaczyć. Teraz chłopcy do szkolnych powakacyjnych wypracowań mogą dodać wątek rzymski. Piękną mamy stolicę, zachwycającą, nieprawdopodobną. Choć zgodnie przyznaliśmy, że my to już raczej ludzie z gór. Dobrze nam w ciszy i spokoju. 
Muszę napisać jeszcze, że Rzym zaskoczył mnie pozytywnie w kilku kwestiach. Po pierwsze turyści - miałam wrażenie, że inwazja turystów jest o wiele słabsza niż we Florencji czy Wenecji. Spacerowaliśmy całkiem swobodnie. Zacieśniło się tylko przy Koloseum. Nie widziałam kolejek podobnych do tej przed Santa Maria del Fiore czy Ufizzi. Jedynie małe grupki, a nie kilometrowe ogony. Ponadto ceny całkiem znośne, obyło się bez przykrych niespodzianek. Również spokojny parking blisko centrum, który nie zrujnował naszej kieszeni. Wielkie brawa dla Romy. Bardzo piękny był to spacer, choć tempo było zawrotne i nogi w końcu zaczęły się plątać ze zmęczenia.

Chłodzenie

- Popatrz mamusiu! Enea! - zawołał Mikołaj.
- Kto?
- Enea.
- Skąd wiesz? - zapytałam niepewnie, bo nagle okazało się, że na tle dzieci jestem strasznym ignorantem w ogólnie pojętych kwestiach starożytnych.
- Nie widzisz? Wynosi ojca z płonącej Troi.
- No tak tak … oczywiście ...


Dotarliśmy do Konsulatu spoceni jak nie wiem co, zmęczeni, zadyszani, bo ostatnie metry pokonaliśmy już biegiem. Na szczęście sprawy urzędowe poszły gładko i już po pół godzinie wszystko było załatwione, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Mamusiu czemu piszesz, że mam niebieskie oczy?
- No a jakie masz? 
- Zielone.
- Wszystko jedno, daj spokój! 
- Nie chcę mieć w paszporcie niebieskich oczu.
- Ten zielony wcale nie jest taki wyraźny, zależy od światła. 
- A możesz to zmienić, nie chcę mieć wpisane niebieskie… - nalegał teatralnym szeptem Tomek. 
- Błagam nie będę tego przepisywać! Daj spokój.
***
- Tomek, chodź musisz zostawić odciski. 
- A po co?
- Będziesz w kartotece, jakbyś miał zamiar zostać przestępcą, łatwiej cię będzie znaleźć.
- Nie mam zamiaru.
- I dobrze!
***
- Podobało wam się?
- Bardzo!! Piękna Roma!
- I Koloseum!
- Szkoda tylko, że nie zobaczyliśmy Cinecitta'. 
- Mówiłam ci, że znajduje się na przedmieściach.
- Wiem, kiedyś zobaczę. 
- Mógłbyś tu mieszkać? 
- W życiu!!!
- Ale jak chcesz studiować reżyserię, to będziesz musiał.
- Można dojeżdżać z Florencji? Nie?
…. bla bla bla …

Pożegnaliśmy Romę, wpadliśmy na autostradę, ale dzień jeszcze się nie skończył, miał dla nas w zanadrzu prawdziwe skarby i wrażenia niezapomniane…
CDN

KOLOSEUM po włosku to COLOSSEO (wym. kolosseo)

5 komentarzy:

  1. Kasiu, dokładnie TAKĄ SAMĄ trasę przeszliśmy, kiedy pojechaliśmy z wypoczynkowego pobytu w Ravennie do Rzymu. Wszystko na piechotkę, jak Wy. My do tego zrobiliśmy jeszcze trasę "rzymskie fontanny - też na piechotę. Mieliśmy oczywiście trochę więcej czasu, ale i tak nogi chciały się zbuntować! Mimo to było warto! Pozdrawiam. Hanka

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzym jest piękny, ma w sobie niesamowitą moc przyciągania... niezależnie od tego ile razy się tam było to i tak nie ma się dość :)
    Asia

    OdpowiedzUsuń
  3. Im dzieci starsze tym częściej nas zaskakują wiedzą, którą posiadają :) Bardzo chętnie odwiedziłabym Rzym, doskonale podobała mi się wasza wycieczka

    OdpowiedzUsuń
  4. A coóż to się stało ze schodami hiszpańskimi, przecież to najbardziej oblegane miejsce w Rzymie, czyżby remont?

    OdpowiedzUsuń

Drukuj