poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Wciąż wokół tematów komunijnych i mały kij w mrowisko


Weekend minął nam pod znakiem przedkomunijnego wyjazdu Mikołaja. Wszystko udało się nadzwyczajnie i myślę, że długo będzie ten czas wspominał.  Dla mnie była to okazja, by zobaczyć teren klasztoru schowanego za wysokim murem, ciągnącego się przez niemal całe centrum miasteczka, zaraz za główną linią zabudowań Fognano. Nie przypuszczałam, że takie miejsce mam pod samym nosem. Klasztor w Fognano pełni funkcję hotelu, a raczej domu gościnnego, można tam przenocować, zjeść, wyciszyć się, zorganizować wyjazd służbowy dla pracowników, warsztaty dla dzieci, a wszystko to w niezwykłej atmosferze, wśród ogrodów, ganków, gajów oliwnych, w nieskończonej plątaninie korytarzy. Historii miejsca nie można opowiedzieć w dwóch zdaniach i nawet nie będę próbować. Może następnym razem, przy innej okazji.





Jak wygląda pierwsza spowiedź, jak przygotowują się dzieci do pierwszej komunii już opowiadałam i nie chcę się powtarzać, bo znów ktoś powie, że nuda. Chciałabym też uniknąć porównać, ale będzie mi trudno, więc znów pewnie wsadzę kij w mrowisko. 
Najpierw więc sucha relacja. 
Rodzice z przygotowanymi przysmakami dojechali do dzieci w niedzielę. Po wspólnej mszy wszyscy zasiedli do stołu pod arkadami. Pogoda była bajeczna. 
Po leniwym posiłku i zabawach w ogrodzie przyszedł czas na chwilę refleksji. Spowiedź odbyła się właśnie na dziedzińcu, pod arkadami, twarzą w twarz z księdzem. Bez formułek, bez zbędnego stresu.    

Może porównanie kiepskie w odniesieniu do komunii, ale taka spowiedź nasuwa skojarzenia z filmem Ojciec Chrzestny, czyż nie?
- Byłeś zestresowany? - zapytałam Mikołaja.
- Tylko odrobinę na początku, ale don Mirko jest bardzo miły, cały czas się uśmiecha... 
- Wszystko dobrze się udało?
- Było super! Chciałbym jeszcze raz. 
- Idziemy po rzeczy i wracamy do domu.
Mikołaj poprowadził mnie labiryntem korytarzy do pokoju, w którym nocowali. Gdyby mnie tam zostawił, potrzebowałabym nawigacji satelitarnej, by wrócić na dziedziniec. Nie zdawałam sobie sprawy z tego jak ogromny teren zajmuje klasztor. Jak tu się nie zgubić???
- Choć pokażę ci salę, w której jedliśmy. Zobaczysz jak ładnie.


Dzieci były zadowolone, rodzice też, rozjechaliśmy się z uśmiechami na twarzy. I to jest najważniejsze. Żadnej traumy. 
I na koniec kij w mrowisko. 
Zapytałam księdza, czy z racji tego, że Mikołaj ochrzczony został w Polsce nie muszę okazać aktu chrztu, bo gdyby taki był potrzebny, nie mogą powiedzieć mi tego na dzień przed komunią. Na co ksiądz odpowiedział:
- Mówisz, że był ochrzczony? To wystarczy, to dla nas znaczy, że był. Jest coś takiego jak zaufanie... My wierzymy w to, co mówisz, a reszta to sprawa twojego sumienia. Nie jesteśmy "fiscali". Tak samo jeśli rodzice przynoszą dziecko do chrztu i przedstawiają rodziców chrzestnych... Ja o żadne certyfikaty nie proszę, nie legitymuję i życiorysu nie sprawdzam. Wszystko jest kwestią naszego sumienia. I to rodzic ma zdecydować, kto według niego jest osobą na tyle godną zaufania, by móc zostać matką czy ojcem chrzestnym. A my słuchamy woli  rodziców.
Jest więc dla mnie nadzieja! Moim marzeniem było zawsze zostać matką chrzestną, a z pewnych przyczyn, w Polsce jestem tej możliwości pozbawiona. Może więc w Italii będzie mi to dane. W końcu nie jestem jeszcze taka stara! Niby ta sama religia, ale tu kościół nie jest skostniały, zatęchły, nieludzki. Nie puszy się, nie straszy. Nie chcę generalizować, nie mówię, że wszędzie w Polsce źle, bo i tam są "inni" książa odstający od tego polskiego systemu, jednak sami przyznajcie, że to wciąż garstka, skromna mniejszość. A sam system ... nie będę brąć dalej. 
Dobrego tygodnia! 


13 komentarzy:

  1. Pozytywnie zazdroszcze. U nas najbardziej utkwily mi w pamiec takie gdaczace mamuski, nie bede tu uzywac okreslen. Juz nawet ksieza byli jako tako normalni ale te mamuski. Jedna pamietam sie chwalila, ze corka cala noc spala w walkach, zeby na komunie miec loki. To sie dziecko wyspalo, nie dosc ze stres, to jeszcze walki na glowie. A stres przed spowiedzia... o matko. To bylo straszne. Pozdrawiam Kasia praska

    OdpowiedzUsuń
  2. I tak powinno być! Jestem pod wrażeniem jak bardzo pozytywnie odmienne jest podejście kościoła w Italii. A może nie jest odmienne tylko normalne. Pizdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz zupełną rację , Kościół powinien być przyjazny a nie straszyć, sprawdzać , politykować (my jeździmy na msze niedzielne do innej parafii, bo w naszej tylko wychwalany PIS , tv TRWAM a cała reszta to samo zło ), a to miedzy innymi sprawia, że teraz w Polsce coraz więcej młodych ludzi nie chce już chodzić do kościoła. Jeśli chodzi o pierwszą komunię, to ma to rzeczywiście być przeżycie duchowe bez całej tej stresującej i marketingowej otoczki - szkoda, że moim dzieciom nie było dane przeżyć takiej Pierwszej Komunii jaką ma Mikołaj. Pozdrawiam serdecznie Kasiu, uściski dla Mikołaja :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam za sobą już dwie I Komunie moich dzieci. Muszę powiedzieć, że to też było za każdym razem piękne przeżycie. Pewnie, że stres był (a mogłoby go być zdecydowanie mniej), ale wiele zależy od prowadzącego księdza, RODZICÓW i podejścia rodziny. Bardzo mi się podoba przygotowanie do I Komunii. o którym Kasiu piszesz. Mam nadzieję, że i u nas będzie się zmieniać właśnie w takim kierunku. W domu mam jeszcze trzylatka. Trochę czasu więc zostało:) Pozdrawiam serdecznie i życzę wielu pięknych chwil i "komunijnych" przeżyć. Mariola

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo podoba mi się normalność komunijnej otoczki we Włoszech. U nas wszystko jest takie na pokaz...uroczystość, "dar dla parafii za komunię" i upominki dla dzieci ,które dla mnie są już grubą przesadą. Nigdy nie zrozumiem co wspólnego z komunią ma tablet, komputer czy super telefon- za moich czasów dostawało się np. medalik i ewentualnie drobne pieniądze. Rodzice też wariują- dziewczynki są zapisywane do fryzjerów na czesanie :o (o której takie biedactwo musi wstać żeby jeszcze specjalnie zamówiona fryzjerka zdążyła je uczesać na poranną mszę?) a niektórym nawiedzone mamuśki fundują PASEMKA NA WŁOSKACH "bo to będzie ładnie w upięciu wyglądało". I gdzie w tym wszystkim duchowe przeżycie uroczystości? Nie jestem stara (27lat) a nie ogarniam tematu... :(. Pozdrawiam, Karolina

    OdpowiedzUsuń
  6. piękna bajka, piękna...ee....to nie bajka???? ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. "I to rodzic ma zdecydować, kto według niego jest osobą na tyle godną zaufania, by móc zostać matką czy ojcem chrzestnym."

    Pal licho, czy cytata wierna czy przekazana "tylko" idea...
    Chętnie przekazałbym te słowa pewnemu panu, mieniącemu się proboszczem "mojej" parafii... Nie mógł zrozumieć, dlaczego ojcem chrzestnym, a dokładnie świadkiem chrzestnym, mojego starszego syna ma być mój najlepszy przyjaciel a nie ktoś z rodziny, jakaś dziesiąta woda po kisielu. A problem był w tym, że On jest ewangelikiem, co oznacza że Belzebub z Niego co najmniej.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja moja komunie wspominam jako przeżycie bardzo stresujące, nawet matura mnie tak nie zestresowała. Co do włoskiej komuni, to byłam tylko raz na takiej, jako gość. Pamietam ze tam dziecindostaly upominki od parafii, jakieś drobiazgi ale nie proszono rodziców o pieniądze na nie. Jeśli chodzi o bycie chrzestna to tez nie ma ograniczeń, moi teściowie trzymali 4 lata temu wnuka do chrztu a oboje byli grubo po siedemdziesiątce.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem wstrząśnięty,ale niech Was to też poruszy...,,
    Teraz rozumiem, po co to wszystko. Jestem pośrodku ciemnej i zimnej nocy. (…) Jestem tutaj. Skoro tak, daj mi latarnię, a jeśli proszę o zbyt wiele, daj iskrę, a postaram się ją rozpalić. Będę was szukał, gdyż obawiam się, że jest zbyt ciemno, byście mnie
    znaleźli. Mam przeczucie, że robiłem to już wielokrotnie, może więc i tym razem przypomnę sobie, którędy droga”, pisze Krzysztof Pieczyński w książce „Dom Wergiliusza”, wydanej w 2013 r. Ceniony aktor filmowy (m.in. „Dom”, „Życie Kamila Kuranta”, „Jezioro Bodeńskie”, „Pianista”, „Daleko od okna”, „Ziarno prawdy”) i teatralny, myśliciel, poeta, pisarz. Pełen wiary w człowieka krytyk rzeczywistości z Kościołem w roli głównej.
    Pan poszukuje. I się nie zgadza.
    – Poszukiwanie bierze się z głodu poznania. Bez głodu, pragnienia nie ma niczego nowego. Powiedzenie ludziom, by zaakceptowali świat, jakim jest, oznacza brak poszukiwań, brak rozczarowań, ale i brak rozwoju. Człowiek musi sam wejść na drogę poznania, zrozumieć mechanizmy przede wszystkim po to, by nie pozwalać sobą manipulować. Jest bardzo wiele dróg.
    Wiem od pana kolegów z PWST, że uchodził pan jako student za osobę niepokorną. Inni mówią: trudną. Te poszukiwania zaczęły się w pana życiu wcześnie, również na emigracji w USA. W pańskich wczesnych wierszach pojawia się często motyw Boga, krzyża, Chrystusa. Listy z Ameryki kończył pan często słowami „Z Bogiem”. Jak to się ma do pana postawy dzisiaj?
    – 25 lat temu szukałem swojej drogi wśród mistyków chrześcijańskich i to był ten początek, stąd ta symbolika. Wynika też z tego, że urodziłem się w Polsce. Natomiast jakiś czas zajęło mi dostrzeżenie, że odwoływanie się do krzyża wzmacnia siłę tej martyrologii i siłę Kościoła. Spadanie łusek z oczu to powolny proces.
    Wyrósł pan w tradycji katolickiej?
    – Kościół w PRL miał znacznie mniej do powiedzenia i nie straszył. Nie miał takiej siły indoktrynacji i reklamy. Dopiero po konkordacie wróciliśmy do tysiącletniej niewoli. Kiedyś dzieci, które nie szły na religię, nie były piętnowane i nie stawały się przedmiotem ostracyzmu. Dziś jest inaczej, dlatego włączam się w starania o wyprowadzenie religii ze szkół.
    Był pan u komunii?
    – Nie. Ale byłem katolikiem z powodu chrztu w okresie niemowlęctwa. A Kościół upokarza nawet wtedy, kiedy człowiek chce się z niego wypisać. Musi przyprowadzić ze sobą świadków, bo sam nie wystarczy.
    A pan próbował się wypisać?
    – Ja się wypisałem i musiałem przyprowadzić dwóch świadków, ponieważ nie mogłem zdecydować o sobie samym. Miałem duże kłopoty z uzyskaniem z miejsca mojego chrztu wszystkich papierów potrzebnych do apostazji. To jest ta pogarda Kościoła.
    Dawno to było?
    – Niedawno.
    Trudno było panu znaleźć takich świadków?
    – A skąd.
    I poczuł pan coś?
    – Nic nie poczułem. To wypisanie było spowodowane arogancją, która płynie z Kościoła. Gdyby ludzie Kościoła uznali, że ja, człowiek dorosły, mówię, że nie jestem katolikiem, i to wystarczy, zaakceptowałbym to. Ale oni tego nie akceptują i uważają, że jestem ich własnością. Dlatego dokonałem tego formalnie, żeby zakończyć proceder wtrącania się katolików do mojego życia.

    OdpowiedzUsuń
  10. cd.,,Nie każdy ma odwagę wypisać się z Kościoła, ponieważ społeczność, zwłaszcza niewielka, naznacza takich „odszczepieńców”, wyrzuca poza obręb.
    – Nie trzeba do tego odwagi. Do tego potrzeba sumienia. Jeżeli uznamy 2 mld katolików za ciało Chrystusa, to Kościół to ciało codziennie krzyżuje, znieważa, wyśmiewa, gwałci ludzi. Wpisał w człowieka swoją matrycę niewoli, niskiego poczucia własnej wartości, matrycę życia w grzechu. Ma doskonały bat, bo tylko on może człowieka zbawić. Kościół stanął między człowiekiem a nim samym. Zablokował dostęp do głębszej świadomości.
    Kościół nie służy człowiekowi…
    – Religie próbują zakuwać w kajdany, powiedzieć, że Bóg jest taki, taki i taki. Odcinają człowieka od inspirowalności, od stanu głodu poznania, od oczekiwania. Kościoły są najaktywniejszą stroną w oddzielaniu człowieka od niego samego, od ducha. Nikt tego tak skutecznie nie robi. Bo duch to oświecenie, a człowiek oświecony jest nie do zmanipulowania. Katolicy nie rozumieją podstawowych symboli, które Kościół im wpycha z taką pychą. Jeśli boskie dziecko urodziło się w stajence pośród zwierzątek, to droga do boskości prowadzi przez wszystko, co naturalne i proste. A miliardy ludzi obżerają się jajami albo barszczykiem z uszkami, oglądają purpuratów, święta z Watykanu i udają, że wszystko jest w porządku. Zaraz szykują się na następne obżarstwo i dalej będą udawać. Boskość jest w szczerości serca, to oznacza scena narodzin w stajence. Transmisja telewizyjna w Wigilię Bożego Narodzenia z Bazyliki św. Piotra, gmachu – źródła decyzji o wojnie 30-letniej, która pochłonęła 5 mln istnień, to kpina.
    Po co więc nam święta?
    – Gdybym miał coś do powiedzenia, życzyłbym nam zlikwidowania świąt religijnych w Polsce. Uważam, że są również przejawem potwornej ciemnoty i samowładzy Kościoła. Najlepiej, żeby ludzie całkowicie się uwolnili od Kościoła. Jeżeli nie widzą innej wizji swojej religijności, tylko Chrystusa, to niech się zajmą nim i niech pamiętają, że nie ma go w murach kościoła, nie ma pośród uczonych w piśmie, nie ma pośród księży. Jest w nich, w głębiach świadomości, w głębiach duchowych, w szczerości serca.
    Aż się chce powiedzieć: amen. Czy jest coś, czego pan się boi? Jako człowiek, jako osoba, jako duch, umysł?
    – Tak. Boję się wszystkiego, ale tragedia, która się dzieje na moich oczach, jest zbyt duża, żebym mógł dalej milczeć. Jesteśmy znieważani w każdym miejscu, przez banki, telewizje kablowe, telefony, elektrownie, gazownie, Kościół, przez każdą korporację jesteśmy traktowani jak niewolnicy do oszukania. Idzie pani do banku, zostaje oszukana, jeżeli pokaże pani swoją naiwność i podpisze taką umowę, którą zostanie pani zrobiona w balona. Każda władza tworzy prawo i Kościół tworzy prawo, które manipuluje i pogardza ludźmi. Jeżeli daje taki przykład, biorą go inne korporacje. I tak wygląda władza nad ludzkością.
    Wydaje mi się, że przyjął pan na siebie misję, nazywa pan zjawiska, walczy, przekonuje innych „do ekspedycji, która ma się odbyć w myślach (…)”, jak pisze pan w „Domu Wergiliusza”.

    OdpowiedzUsuń
  11. cd.,,– Zaproszono mnie do TVN, do TVP, Onetu. W wywiadach ze mną wszyscy ci ludzie mówią, że w Polsce jest 90% katolików, że jestem sam i nie mam nic do powiedzenia, że nikt się ze mną nie zgadza. W telewizji powiedziano mi, że mnie zaproszą, jeśli obok mnie zasiądzie katolik. Odebrano mi moje prawo do wypowiedzi. Polak z wyższym wykształceniem, jeżdżący po świecie redaktor, redaktorka na słowa „krzyż ankh” żegnają się z lękiem. Bo ja mówię coś szatańskiego. Takie spustoszenia uczynił Kościół, takich potworności nakładł do głów…
    Ma pan na to wszystko siłę?
    – Człowiek ma siłę, żeby pokonywać wątpliwości, słabości, żeby nadać swojemu życiu sens, żeby kochać, żeby dzielić się sobą, takie rzeczy podstawowe, które dają szczęście człowiekowi. Jest bardzo trudno żyć, nie przyczyniając się do tego, żeby moje życie służyło wyższemu celowi. Ten cel zawsze był. Od małego. Bez tego bym umarł z chorób.
    Pisze pan? Wydał pan dziewięć książek, w tym kilka tomików poezji, zbiór poruszających listów z Ameryki, „Dom Wergiliusza”, o poszukiwaniu „najpiękniejszego miejsca”, w sobie.
    – Codziennie piszę. Z wierszami nie jest tak łatwo. Wykonuję po prostu codzienną żmudną pracę i od czasu do czasu pojawi się natchnienie – i albo za tym natchnieniem idę, albo chcę zrozumieć, co przedstawiało.
    Jest pan szczęśliwym człowiekiem?
    – Nie umiem być szczęśliwy w świecie, który po prostu idzie ku przepaści. Nie bardzo umiem znaleźć swój mały światek, zamknąć się w nim i udawać, że jest OK. Nie jest OK. Chcę to wypowiedzieć, żeby nie było niedopatrzenia, że przyszedłem na ten świat, aby coś powiedzieć, ale zająłem się swoim małym szczęściem. Udawaniem, że ta szopka noworoczna mnie nie boli, że gram w tę samą grę co wszyscy.
    To pana strasznie dużo kosztuje. Nawet teraz, w naszej rozmowie.
    – Strasznie dużo, wie pani? Odkąd powiedziałem pierwsze słowo, tak jak chciałem. Chciałem to zrobić wiele lat temu, ale zawsze było „coś”. To coś, o czym mówią wszyscy ludzie, którzy piszą do mnie, a to już są dziesiątki tysięcy ludzi. I mówią: „Zrobilibyśmy to samo, to samo myślimy, ale nie powiemy, bo będą się mścić na rodzinach, na nas, stracimy robotę”. Są sparaliżowani. Więc ja zacząłem mówić, bo do tej pory myślałem tak jak oni. Kościół świadomie prowadzi do niekończącej się niewoli. Każdy, kto czuje energię, wie, że w Kościele jest tylko jedna energia – manipulacji.
    Taka postawa nie pomaga panu pracować zawodowo. Mało pan gra.
    – Obowiązuje kult przeciętności i kult kopiowania innych. Ludzie z PISF za to odpowiadają, komisje, ten chory system, który lansuje naśladownictwo. Powtarzam i będę o tym mówił: w Polsce o pieniądzach na sztukę decydują ludzie, którzy rozpoznają tylko to, co inni uznali za wartościowe. Nie potrafią wyłowić oryginału, autentyku, ponieważ są płytcy duchowo. Ta płytkość duchowa nazywa się katolicyzm.
    Sądzę jednak, że miernota czy wielkość nie zależą od wiary.

    OdpowiedzUsuń
  12. cd.,,– Przypadkowe panienki na pozycji redaktorek, przypadkowi panowie na pozycji dyrektorów decydują o tym, czy mam pracę, czy nie. A ja tym ludziom nie daję żadnego kredytu, ponieważ są impotentami umysłowymi. Chciałbym, żeby oprócz widzów szanowali mnie również producenci. Żeby rozumieli, że za to, żeby być w grupie najlepszych, płaci się cenę. A oni mnie nie szanują. Minister kultury, który daje 6 mln zł na Świątynię Opatrzności? To właśnie tacy ludzie decydują o tym, że w Polsce powstają same kopie, że miernota decyduje o tym, jaka jest kultura. Żeby wyłowić autentyk, trzeba samemu być autentycznym. A przynajmniej prowadzić takie życie, w którym autentyczność i prawda głęboko poruszają i budzą
    najwyższe ideały. Naród, który nie szanuje talentu, naród, który nie stawia na genialność, to naród, który można zniewolić. Dlatego były zabory, dlatego od tysiąca lat jesteśmy kolonią Watykanu. Nieustannie udajemy, że czegoś nie widzimy. Naród, który pozwala się obrabować z geniuszu, przestanie istnieć.
    Ale i pan popełnia kompromisy.
    – Oczywiście, że popełniam kompromisy, i oczywiście, że byłem na dnie kilka razy. I co to znaczy, że byłem na dnie? To znaczy, że straciłem szacunek do siebie. Ale proszę zobaczyć, jak swoim życiem próbuję dać świadectwo tego, żeby nie popełniać kompromisów. Dlaczego mówię to, co mówię? To, co jest we mnie najpiękniejsze, codziennie wygrywa z tym, co każe mi popełniać kompromisy, co każe mi iść na ustępstwa, być lizusem, robić kopie. To, co jest we mnie piękne i oryginalne, wygrywa pomimo upadku. Chcecie mnie rozliczyć? Popatrzcie na to, co napisałem, popatrzcie na to, co zagrałem. Robię to na najwyższym poziomie. Ważne jest też to, co chcę jeszcze zrobić.
    Zachwyciły i poruszyły mnie dwa pańskie wiersze sprzed ponad 20 lat. O próżności, którą pan z siebie wyrywa, czy prosi, żeby pańską próżnością w pana splunąć… Drugi o marzeniu chłopca, który chciał zostać schodem, by depcząc po jego twarzy zaklętej w stopniu, można było wspiąć się wyżej. Czy pan jest takim schodem?
    – Być może chodzi o to, żeby być takim schodkiem, żeby wypowiadając swoją prawdę, stać się inspiracją dla innych ludzi. Kiedy myślę o ludziach w małych miejscowościach, do których jeżdżę, i widzę, jak ich oczy ożywają, jak zapala się iskra, choć wiem, jak cierpią, bo nie mogą zrealizować swoich marzeń, to chcę im powiedzieć, żeby przestali cierpieć, że jest nadzieja, że sami są swoimi mistrzami i mogą decydować o swoim życiu. Jak widzę, że budzi się w nich nadzieja, to chciałbym mówić i nie przestawać, żeby uwierzyli w swoją siłę. Żeby Kościół albo jakiekolwiek inne korporacje, długi, elektryczność, nędza, praca za półtora tysiąca, głód, poniżenie nie sprowadziły ich do takiego wymiaru, w którym życie ludzkie jest niczym innym jak tylko przetrwaniem. Żeby nie było tylko tak, że człowiek załata dziurę i zwiąże koniec z końcem i ma chwilę ulgi, jeden tydzień bez telefonów z banków, telewizji kablowej, bez znieważania. Żeby życie nie sprowadzało się do tego tygodnia, w którym sobie myśli: „Boże, jak się cieszę, że przez tydzień nikt się nade mną nie znęca”. Człowiek wziął pół miliona pożyczki, a jest winien 4 zł bankowi i dostaje pismo zaczynające się słowami: „Wszczęliśmy postępowanie”. Żeby to nie było wszystko, do czego się sprowadza cywilizacja, którą stworzyliśmy. Politycy nie reprezentują tego, czego chce naród. Dlaczego? Bo nie mamy siły wybrać najszlachetniejszych spośród nas. Kolaboracja polityków z Kościołem tworzy hybrydę, która nas okalecza. Mam wizję przyszłej Polski. Widzę dumny naród, który postawił na geniusz, który jest w każdym z nas. Widzę ludzi uśmiechniętych i spokojnych, widzę, jak portfel zostawiony w kawiarni wraca do właściciela, bo nie ma złodziei. Widzę ludzi, którzy wierzą w siebie.

    OdpowiedzUsuń
  13. cd.,,Pisze pan: „Dlatego chcę, żebyś szedł ze mną. Jeśli się zgubimy i tam nie dotrzemy, wówczas na mnie będzie ciążyła odpowiedzialność za twoje rozczarowanie”. Rozmawia pan o tym na spotkaniach?
    – Od 15 lat jeżdżę po różnych miejscowościach, gdzie mnie ludzie zapraszają. Mówię im, że trzeba mieć marzenia. Marzenia ma każdy i to jest drogowskaz od naszej duszy, za którym trzeba iść. Człowiek potrzebuje nieustannie idola: papieża, Brada Pitta, Beyoncé. Ale trzeba sobie uzmysłowić, że ten sam geniusz, mój własny, jest we mnie. Jest w tobie, Bogusi, Mirce i oznacza przekroczenie ograniczeń.
    Marzenia w trudnych warunkach ekonomicznych, może i w przemocy, wielodzietności, alkoholizmie, powtarzaniu, że trzeba „nieść swój krzyż”? Komu pan to mówi, bitym kobietom?
    – Mówię to tak samo do tych alkoholików, jak i do tych kobiet w przemocy. Mówię o bijących facetach, oni są tak samo biedni jak te bite kobiety. Nie ma katów i ofiar, wszyscy jesteśmy ofiarami.
    Krzysztof Pieczyński, bezdyskusyjnie znakomity aktor, „zegarmistrz światła”, antyklerykał…
    – Chciałbym wystosować odezwę do tego nikłego procenta księży w Kościele katolickim, którzy nie zostali jeszcze całkowicie zindoktrynowani, którzy nie zostali całkowicie uwolnieni od czegoś takiego, co się nazywa sumieniem. I proszę, żeby nie znajdowali usprawiedliwień, dlaczego są w tej instytucji, która ma w historii akty ludobójstwa, w której dominuje mentalność purpuratów, pogardy dla ludzi, manipulacji i okradania ludzi nie tylko z dóbr materialnych, ale nade wszystko z dóbr duchowych. Chciałbym, żeby ci księża nie oszukiwali się, tak jak to robi 2 mld katolików, ponieważ są obdarzeni większą świadomością, dlatego ponoszą większą odpowiedzialność za partycypowanie w zbrodni na duchowości ludzkiej. Mam propozycję, żeby się zwolnili z Kościoła katolickiego i żeby zaczęli rozmawiać z nami, z ludźmi. Pomożemy wam przejść do życia za murami, pomożemy w okresie przejściowym, w znalezieniu pracy i zaadaptowaniu się do życia pośród ludzi, a nie do życia w machinie, w której tkwicie po uszy.
    Z tą pracą może być trudno. Z sumieniem także. „Ale jeśli poczujesz, że robi się zbyt niebezpiecznie, wracaj z powrotem po swoich własnych śladach”, tak pan pisze. Dziękuję za spotkanie.
    Rozmawiała Beata Dżon-Ozimek

    OdpowiedzUsuń

Drukuj