środa, 20 kwietnia 2016

Być jak Forrest, czyli od przełęczy do przełęczy


Z Passo della Consuma zaczęliśmy zjeżdżać w stronę Rufiny rozglądając się intensywnie za odpowiednim miejscem na piknik. Pogoda się wyklarowała, cienie Vallombrosy ustąpiły miejsca słońcu, które łagodnie oblewało kamienne domy, oliwne gaje i winnice rozciągające się na wzgórzach. 

Passo della Consuma
Consuma

Po wielu zakrętach, kiedy już byliśmy nieco zniecierpliwieni udało się w końcu znaleźć przytulny zakątek. Rozłożyliśmy koc, obrus w kratę, wyciągnęliśmy czerwony koszyk i zaczęliśmy ucztować. Panini, pomidory, ciasto czekoladowe i wino... Poezja!
Nagle na ten nasz mały kawałek raju zaczęły spadać krople ... kap ... kap... kap ... Nad nami zawisła chmura, dosłownie na naszym kawałku nieba. Chmura niewiele większa od piknikowego koca.
- Chmura Fantozziego!
- To już jest szczyt wszystkiego. Jedzie człowiek, jedzie, miejsca szuka, a jak się w końcu z piknikiem rozłoży, to mu natura pluje w talerz!
Kap. Kap. Kap. Deszcz zaczynał się nasilać, więc słodkości przegryzaliśmy już w biegu pakując cały rozgardiasz do samochodu. 

Kiedy właściciel wyszedł z baru, na pewno mocno się zdziwił!
Majtkowa kolekcja na okiennicy

Ruszyliśmy w dalszą drogę i co oczywiste - po kilku kilometrach deszcz ustąpił tak nagle, jak się pojawił. Dotarliśmy do Borgo San Lorenzo. Przed skrzyżowaniem, skąd odchodzi droga do Marradi, Mario zapytał:
- Nadkładamy drogi? 
- Mhm.
- Przejedziemy przez Giogo?
- Dobry plan! Chętnie popatrzę na Mugello z góry.
Plan dobry, bo wycieczka nie może nigdy kończyć się w połowie dnia. To nic, że powrót do Marradi przez Giogo, był jak podróż z Bolognii do Mediolanu przez Rzym, ważne, że droga przed nami była jeszcze długa. 

W drodze

W promieniach popołudniowego słońca dotarliśmy do Passo del Giogo, które tak jak i Consuma oblepione było motorami. 
- Może kawa?
- Znajdźmy lepiej jakieś spokojniejsze miejsce.


Zaczęliśmy powoli staczać się do Firenzuoli. 
- To co teraz robimy? 
- A może byśmy tak zahaczyli o Passo della Raticosa, poprzednim razem nic nie było widać. 
W Firenzuoli zamiast w kierunku domu odbiliśmy znów w góry, w stronę Emilii - Romagnii i po kolejnych kilku kilometrach dotarliśmy do następnej przełęczy, która znajduje się tuż przy granicy dwóch regionów. Co dominowało w krajobrazie? Motory!! Całe zastępy motorów!


- A może zobaczymy co jest dalej? Zaraz powinno być miasteczko Gianniego Morandi - Monghidoro.
I tu przypomniał mi się film... Forrest Gump, co to dobiegł do oceanu, a potem pomyślał, że mógłby biec dalej i ruszył na drugie wybrzeże i biegł, biegł, bo zwyczajnie miał ochotę pobiegać. Byliśmy właśnie jak ten Forrest, jechaliśmy i jechaliśmy, od jednej przełęczy do drugiej, a potem dalej, żeby zobaczyć, co jest za następnym zakrętem, za kolejnym wzniesieniem. 


Za Monghidoro, na horyzoncie, bardzo niewyraźnie zaczęła majaczyć Bologna. 
- Bologna 26 km - odczytałam z tablicy przydrożnej. Szczyt wszystkiego, z Vallombrosy wywiało nas aż tu. 
- To chyba tylko nam się zdarza...
- Skręcamy w najbliższą drogę, która odbija w kierunku Imoli, jakaś chyba być musi!
Tymczasem zatrzymaliśmy na jednym z punktów widokowych. Strada della Futa. Wyciągnęliśmy z bagażnika niedojedzone ciasto, nadszedł bowiem czas na podwieczorek.  Mieliśmy za plecami długie kilometry, choć tak naprawdę wciąż kręciliśmy się po okolicy.


- Myślę, że tu można skręcić, nawet dżipies się ze mną zgadza, co nie często się zdarza!
Odbiliśmy z drogi "Futa" w stronę Sassoleone. Krajobraz roztaczał się przed nami bajkowy. Niekończące się zielone łąki, góry i pagórki z przycupniętymi na szczytach kościołami i domostwami. Jechaliśmy podśpiewując razem z Battistim zauroczeni nieznanymi stronami. 

To nie sztuka podróżować w życiu wygodnymi drogami...

- Tomi, coś mi się zdaje, że dziś trafimy i do twojego Fontanelice! 
Detto - fatto - jak mówią Włosi, czyli coś jak polskie "mówisz - masz". Przejechaliśmy przez tereny, gdzie latem się gubiliśmy i zrobiło się całkiem znajomo. Dzieci pod nosem zaczynały mamrotać ... casa dolce casa ...
Fontanelice, Castel del Rio, granica Toskanii, Palazzuolo sul Senio, casa ... 


- Czy ty wiesz ile my dziś kilometrów przejechaliśmy? 
- Dużo, bardzo dużo. Od rana do wieczora w samochodzie. 
- Wyjeździliśmy się jak wariaci, ale tak naprawdę nie zobaczyliśmy un c...o - tu sama tekst ocenzuruję i nie zacytuję dosłownej wypowiedzi Mario.  
Widzieliśmy, nie widzieliśmy, jakie to ma znaczenie? Kolejna karteczka do słoika szczęśliwości.



AVANTI  E   INDIETRO - to znaczy WTE  I WEWTE (awanti e indietro)

2 komentarze:

  1. Ładne zdjęcia. Włochy mają to coś. Dawno tam nie byłam a dobrze je wspominam.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj