piątek, 6 listopada 2015

Spacer po Tramazzo


I znów oklepany scenariusz: 
- Taka ładna pogoda, nie mam lekcji do wieczora, zróbmy coś z czasem. 
- Ale co? gdzie chcesz jechać? 
- Gdzieś.
- Gdzieś ... 


- Czyli jedziemy w stronę San Benedetto?
- W stronę San Benedetto jest zawsze dobrze, czyż nie?
Trudno się nie zgodzić. To z tej drogi wyrusza się i na Lavane i na Gamognę i do pięknej willi i do Acquachety ... Ale my na pewno w żadne z tych miejsc dziś nie pójdziemy.  


- O! Tramazzo! To tędy jedzie się nad jezioro, prawda? 
Zjeżdżamy z asfaltowej drogi i zatrzymujemy się przy pierwszym zalążku szlaków.
Nie będzie wielkiej wyprawy, nie ma na to czasu. Ale choć kilka kroków, by poznać to, co nowe. Coraz bardziej klaruje mi się w głowie pewien plan, przewodnik dedykowany trekkingowcom i "włóczykijom". Chcę opisać góry i szlaki Toskanii Romagnii. Znam je już prawie jak własną kieszeń i wiem, że warto, że trzeba o nich opowiedzieć.



Z buków opadły już wszystkie liście, teraz czuję pod stopami miękki dywan. Szuszuszu ... towarzyszy moim krokom. Wiatr zmienił kierunek, ciepłe scirocco dmucha przyjemnie w twarz, jakbym nagle znalazła się w innej porze roku. Przystaję na łysej przełęczy i ciesząc się tym jego łaskotaniem, analizuję horyzont. Monte Falterona ... Czyżby to tam? Czy możliwe że ten największy masyw z tyłu to ona? 



Szuszuszu. Znów nasuwa mi się skojarzenie z tolkienowskim światem i przypomina mi się cytat - komentarz na jednym z podróżniczych blogów - "Unikajcie gościńca". Przez chwilę czuję się jak Frodo.
- Oooo!!! Grzyby!!! Ale będzie uczta!
- Co przepraszam? A co to za grzyby? Na pewno są dobre? 
- Na pewno!
- Przecież to jakieś psiury!
- Zaufaj mi!
Hmmm przekonana nie jestem, trzeba będzie potwierdzić ich przydatność do spożycia, nim podam sobie i dzieciom ostatnią kolację w życiu. Ściągam chustę z szyi, która posłuży za worek. Grzyby jadą z nami.

Ordinali
Artyzm natury
Ditola gialla - również jadalna

Odkryte ścieżki z panoramą sinych wzgórz, potem znów bukowe lasy z miękkim, brunatnym dywanem... Aż żal mi wracać, zerkam tylko na zegarek i wzdycham z rezygnacją,  że znów czas wyliczony... 


- Pojedźmy jeszcze kawałek w stronę jeziora. 
- Chcesz zjechać na dół?
- Nie, dojedźmy tylko do punktu widokowego. Potrzebuję przestrzeni.


Tutaj jest wszystko - przestrzeń, dal, wysokość. Tu jest widok na Romagnę i Toskanię. Czuję się znów szczęściarzem, mam je obydwie. Mogę stanąć jedną stopą tu, jedną tam. Po burych pagórkach przemykają cienie chmur, ukradkiem, jak zjawy, gnane ciepłym wiatrem. Jeszcze chwilę, jeszcze tylko chwilę, by się pogapić w ciszy w niezmierzoność...


- Czy daleko stąd do San Benedetto?
- Daleko nie, ale tam nic nie ma.
- A czy to będzie problem, jeśli podjedziemy, skoro jesteśmy już tutaj.
- Możemy podjechać, ale tam nic nie ma.
- Jest na pewno, coś być musi ... 


dopisek: grzyby potwierdzone, nazywają się ordinali, są ponoć przepyszne, o czym mam zamiar przekonać się osobiście, przygotowując je według recepty znajomej barmanki.  

TAPPETO po włosku to DYWAN (wym. tappeto)

2 komentarze:

  1. Choć przypomina mi się zespół Moda ze swoim "Tappeto di fragole" to widzę równie piękny tappeto di foglie :) Jednak jesień potrafi być urzekająca! Pod warunkiem, że wraz z nią jest mnóstwo ciepłego słońca. To nie zmienia faktu, że wolę wiosnę i lato :) Pozdrawiam M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak przyjemnie się patrzy na słoneczny, jesienny krajobraz. A u nas od kilku dni mglisto... ciemno się robi już o 15, jakby to grudzień był...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj