środa, 11 listopada 2015

Piękna wypadkowa nieprzewidzianych zdarzeń


Tyle już na blogu słów poświęciłam przypadkowemu odkrywaniu miejsc, że po wczorajszym dniu najchętniej nic bym dziś nie pisała. Zostawiłabym tylko zdjęcia z jednym słowem komentarza - przypadek. 


Pojechaliśmy do Faenzy w celach absolutnie niewycieczkowych i nierelaksacyjnych. Sam cel tak naprawdę  w ogóle do przyjemnych nie należał. Kiedy jednak swoje odbębniliśmy - padła propozycja: a może o coś "zahaczymy", masz coś na myśli tu blisko, skoro do 16.00 zostało nam trochę czasu?
Wyjątkowo na myśli nic nie miałam, poza tym zaległości w domu i nawał obowiązków sprawiły, że tym razem rozsądek wziął górę. - Wracamy do Marradi. 


Czasem jednak dzieje się tak, że wtrącą się inne moce, siła wyższa, przeznaczenie, czy właśnie tak zwany przypadek i niespodzianki następują jedna po drugiej, znów czyniąc codzienność bardzo niecodzienną.


Traf chciał, że zaraz za Brisighellą coś się stało. Przejazd kolejowy był zamknięty, a korek w dwie strony powiększał się z każdą minutą. Niewiele myśląc, wycofaliśmy się w kierunku Brisighelli, by znaleźć najdogodniejszy objazd. Przyszła mi wtedy do głowy droga, którą przejechaliśmy - też przypadkiem - w jedno z wczesnoletnich popołudni. Mieliśmy wspiąć się tak jak wtedy, na sam szczyt, zjechać do sąsiedniej doliny i wrócić do domu przez Modiglianę. Jednak już po pierwszym kilometrze, zorientowałam się, że droga, na której się znaleźliśmy wcale nie była tą, którą miałam na myśli. I już mieliśmy zawrócić, bo podziurawiony jak ementaler asfalt zwęził się do granic możliwości i zaczęłam szczerze wątpić, czy taką drogą w ogóle gdziekolwiek dojedziemy, kiedy nagle wjechaliśmy w oliwne gaje, w których trwały zbiory...


- Oliwki zbierają!! Ale super!!! - nie mogłam się nacieszyć! 
Tak, tak, to słynna egzaltacja, ale tak już mam. Choć myślę, że te zbocza Romagnii, krajobrazowo bardziej przypominające Toskanię, porośnięte gajami zielono - srebrzystymi, ze słońcem listopadowym przemykającym między drobnymi listkami, zachwyciłyby też innych, nawet bardziej powściągliwych. 


Kiedy po kilku zarośniętych zakrętach, nakrapianych pomarańczowymi kaki, wyjechaliśmy na odkrytą przestrzeń, było jeszcze ładniej. Jesienne winnice, niemal bezlistne, paleta listopadowych kolorów, sosny, cyprysy, malownicze poderi ...  Potrzeba zimnej krwi, by się nad tym nie wzruszyć.




Oliwkowe zbiory nie były jedyną niespodzianką, jaka czekała na tej przypadkowej drodze. Na szczycie, spośród starych drzew wyłonił się nagle fragment fortyfikacji. Kamienne mury oblepione były poczerwieniałym bluszczem. Nie sposób było obojętnie pojechać dalej.  


Fragment murów obecnie należący do rozległej posiadłości agroturystycznej jest pozostałością średniowiecznej fortyfikacji. Nie udało mi się wyśledzić nic więcej z jej historii. Zanotowałam tylko drobną ciekawostkę - choć znajdowaliśmy się w Romagnii, na ziemi widniał też symbol Toskanii.   


Może to był odpowiedni moment, wyjątkowo miękkie światło, może wysokość słońca, a może kolor liści, w każdym razie miejsce podobne do wielu innych w Italii, wydało się niezwykłe. Machnęłam już ręką, na obowiązki, które czekały w domu i błogosławiłam w duszy korek, zamknięty przejazd i moją pomyłkę. 
Kiedy już sfotografowaliśmy każdą kratę, okienko, schodek i liść, ruszyliśmy dalej. A po około kilkuset metrach niespodziewanie przeniosłam się do Puglii, Basilicaty, na Sardynię - jednym słowem na południe... 


Dlaczego? Otóż takie obrazki jak poniższej dla tych właśnie regionów są niemal jak emblemat, klasyka, stały punkt ruchomego krajobrazu. Tuż przed nami pasterz przeganiał owce na drogą stronę drogi. Popatrzył na mnie spokojnie i tylko się uśmiechnął, kiedy jak oparzona wyskoczyłam z samochodu i wycelowałam w jego stado mój obiektyw. Taki obrazek w Romagnii to zjawisko dość niezwykłe. 
Jesienne winnice, zbiór oliwek, średniowieczna forteca i jeszcze owce na drodze, tyle bodźcow, inspiracji, kadrów zachowanych w głowie, wszystko to widziałam w jedno popołudnie. Ot, wypadkowa kilku nieprzewidzianych zdarzeń, przypadek... czy to nie jest fascynujące? 

PRZYPADEK to po włosku CASO (wym. kazo)



5 komentarzy:

  1. Pieknie, bajecznie :) pozdrawiam
    Nicko

    OdpowiedzUsuń
  2. no i jeszcze bardzo plastycznie. Ciepłą i słoneczną jesień można zaakceptować :D
    pozdrawiam M.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nic tylko zazdrościć takich widoków! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja bym utknęła już przy pierwszym "zarośniętym zakręcie, nakrapianym pomarańczowymi kaki" i nazbierała kosz tych owoców - tak je lubię!. Pozdrawiam. Hanka

    OdpowiedzUsuń

Drukuj