sobota, 18 lipca 2015

Upał, rzeka i kaczki


Wiadomości telewizyjne podają, że w wielu miejscach Italii temperatura odczuwalna to 48 stopni. Telewizyjni "eksperci" wciąż powtarzają jak się zachowywać, co robić, a czego nie, zupełnie jakbyśmy nie mieszkali na południu Europy, gdzie takie lato na pewno nie jest anomalią, tylko w Norwegii bądź na Syberii. Pokazują przeładowane plaże i ludzi, którzy wodę w morzu porównują do rosołu. Jednak kto sprytniejszy, zamiast nad morze pędzi w góry. Dla florentyńczyków pagórki Mugello to najbliższe schronienie, chętnie zaszywają się w tutejszych kamiennch domach nad rzeką, w poszukiwaniu odrobiny chłodu. 
A my?


A my nigdzie nie musimy się zaszywać! Morze? - Po co komu morze! - wołają dzieci i kolejny raz wskakują z rozbiegu do wody! Basen? E tam jakiś basen! Błogosławimy naszą rzekę pod oknami. Chłopcy siedzą tam od rana do wieczora, a wczoraj i ja w końcu zgarnęłam książki, notatki, aparat, usadowiłam się na brzegu ze stopami w wodzie i oddetchnęłam z ulgą, choć jestem ostatnią osobą na kuli ziemskiej, która miałaby narzekać na upał. Niech trwa do grudnia! 
Wyobrażam sobie, że w miastach trudno wytrzymać, bo mury są tak nagrzane całodniowym słońcem, że nawet po zmroku buchają gorącem niczym piece hutnicze. Kiedy o północy wyszłam na taras podlać kwiaty, czułam jeszcze ciepłe kamienie pod stopami, zupełnie jakbym miała ogrzewanie podłogowe, rozkręcone do oporu.


Woda w górskiej rzece powinna być chłodna, ale teraz nawet i nasze Lamone zrobiło się jak Adriatyk. Siedziałam na kamieniu z nogami w wodzie po kolana, małe rybki łaskotały mi stopy jak oszalałe. No proszę! Nawet eko - pedicure w pakiecie! 
Nagle jakieś pluf obok mnie, jakby kamyk, zaraz drugi, więc głowę zadarłam w stronę mostu. 
- Chcesz prosecco? - zawołał Mario nie przestając przy tym łobuzersko ciskać kamykami.


Siedziałam tak do późnego popołudnia. Już nawet dzieci poszły do domu, a ja wciąż nie miałam ochoty się ruszyć. Moje książki i notatki leżały w bezładzie wokół kamienia, porzucone w połowie pracy, nie miałam weny, ani umysłu otwartego na twórcze myślenie. Gorąc mnie rozleniwił. Obserwowałam tylko biernie kaczą mamę z maluchami, która pojawiła się pod naszym domem i darła się w niebogłosy, kiedy pisklaki niebezpiecznie się od niej oddaliły i znalazły w zasięgu mojej ręki. Jakie miłe towarzystwo ... Przez moment się porozglądały ciekawe świata jak wszystkie dzieci, a potem siup, zakręciły i odpłynęły posłusznie za matką. Jakie jesteśmy do siebie podobne - pomyślałam... Ja też pokrzykiwałam uważaj, nie poślizgnij się, uważaj gdzie skaczesz, uważaj ... 


ANATRA to znaczy KACZKA (wym. anatra)

5 komentarzy:

  1. Pieknie i slonecznie i piekne lato.Pozdrawiam z deszczowej Irlandii Alicja

    OdpowiedzUsuń
  2. I czego chcieć więcej :) U nas na szczęście też są upały, oby jak najdłużej. Pozdrawiam, Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  3. Na Pani blog trafiłam przypadkiem... Kolega wkleil zdjęcia z wakacji z Toskanii, a ja tak jakbym w głowę dostała czymś ciężkim... Opanował mnie smutek, żal, i tęsknota ze aż zrobiłam się chora z tęsknoty za czymś nie znanym... Stwierdziłam ze chyba do psychologa musze iść... Zaczelam szukać informacji jak przeprowadzić się do Toskanii, i tak trafiłam na Pani blog, i nie mogę przestać marzyć, tak jakbym widziała siebie...Ja mieszkam w Szkocji, ale moja dusza tu umarła... PANI KASIU życzę wszystkiego dobrego i niech spełniają się wszystkie Pani marzenia...

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytam Pani bloga z zapartym tchem i nie przestaje marzyć o zamieszkaniu w Toskanii...

    OdpowiedzUsuń

Drukuj