poniedziałek, 23 lutego 2015

Niedzielne zabijanie czasu




Niedziela od "po obiedzie" już nie daje łatwo się lubić, bo zaraz znów obowiązki, bo szkoła, bo wczesne wstawanie... A jak jeszcze pogoda kaprysi tak, że nosa za drzwi nie można wystawić, to już całkiem człowieka marazm ogarnia i nawet dywany prymulek i lęgnące się w ogródku tulipany są niewielkim pocieszeniem. W takich momentach, potrzebny jest ktoś, kto przyjdzie, tupnie nogą, myśli bure pogoni i zarządzi, że "jedziemy" na spacer tak czy inaczej.
Jak jedziemy, to jedziemy, dzieci na zachętę mają obiecaną gorącą czekoladę, więc dwa razy im powtarzać nie trzeba, a mi wystarczy możliwość zrobienia nowych zdjęć, uchwycenia nieznanych kadrów, choćby szarych i mglistych, zapukania do kolejnych wiekowych drzwi.
I tak w niedzielne popołudnie, paskudnie deszczowe pojechaliśmy do Brisighelli, a przez całą drogę rozprawialiśmy o okolicznych opactwach, o których wciąż jeszcze za mało opowiedziałam.



Brisighella choć tak mała i wydawało się dobrze znajoma, znów zakamarki nowe pozwoliła odkryć. Na jednej ulicy dwa kościoły, jeden obok drugiego, zamknięte na głucho, kilkusetletnie, samotne, podparte rowerem, też samotnym i opuszczonym. Dalej kwiaciarnia z półkami prymulek we wszystkich kolorach, im deszcz nie straszny.



Wchodzimy do baru na obiecaną czekoladę. Mimo pustych ulic, w barze pełno i gwarnie. Ktoś popija rozgrzewające trunki, mężczyźni wpatrzeni w ekran śledzą mecz. Wyrazy twarzy napięte, rozemocjonowane, że aż mam ochotę zrobić im zdjęcie, nie sądzę jednak, by byliby tym zachwyceni. Chciałoby się rzec - klasyka włoskiego popołudnia.

Na koniec wstępujemy do głównego kościoła. Nie wiem jak to się stało, ale nigdy go wewnątrz nie sfotografowałam. Nawet jeśli sama osobiście bardziej zachwycam się wiejską "pieve", to jednak i tej świątyni nie można odmówić uroku. Historia sięgająca siedemnastego wieku, witraże, ołtarze, ławki tradycyjnie opisane i nawet polski akcent, z resztą nie jedyny w Brisighelli. 

Dobrego tygodnia Wam życzę, a sama dalej idę walczyć z przeciwnościami losu. 


 JESZCZE to po włosku ANCORA (wym. ankora)

2 komentarze:

  1. Ten rower - fajne klimat. Widać, że sprawny :) Cisza, spokój... Po prostu błogo.

    OdpowiedzUsuń
  2. A Ty , Kasiu, tak zachłannie, łapczywie chwytasz każdą chwilę, aby poznawać świat. Tak trzymaj!

    OdpowiedzUsuń

Drukuj