piątek, 5 grudnia 2014

Smak panettone i mój mały wielki zaszczyt.


W czwartkowy ranek, kiedy jestem już po lekcji i najpilniejszych obowiązkach, biorę aparat i idziemy do Marradi. Paw też ma ochotę odetchnąć, tym bardziej, że w końcu choć na chwilę przestało padać. Mamy do zrobienia drobne zakupy, ale głównym powodem krótkiej włóczęgi mają być zdjęcia, chciałam pokazać Wam jak wygląda nasze miasteczko w wersji najbrzydszej. Zmokłe, lekko zamglone, chłodne i wilgotne, niemniej wciąż tak samo piękne.
Zdjęcia, które przyniosłam z tego spaceru pokażę Wam jednak jutro, a dziś o tym jak zboczyliśmy z obranego szlaku i o małym zaszczycie, którego dostąpiłam.

- To może wejdziesz do Costicci, skoro już jesteśmy obok - zasugerował Paw, kiedy doszliśmy do miasteczka. - Przynajmniej załatwisz przy okazji to, co chciałaś.
- Chodźmy - przytaknęłam.
Powitała nas właścicielka, która zwykle stoi za ladą, ale w tamtej chwili wieszała przed sklepem świąteczne dekoracje. Naświetliłam w dwóch słowach z czym przychodzę, po czym przemiła kobieta natychmiast zadzwoniła do swojego męża piekarza i zaanonsowała moje rychłe najście.



Sama piekarnia znajduje się na obrzeżach miasteczka. Kiedy doszliśmy tam po kilku dłuższych minutach i zajrzęliśmy nieśmiało przez uchylone drzwi, odurzył nas zapach słodkich wypieków, które właśnie wyjechały z pieca. Armando zaprosił nas do środka. W pomieszczeniu było gorąco jak w tropikach. Ponieważ przesymatyczny piekarz, był akurat w ferworze wkładania jednych wypieków do pieca i wyciągania drugich, szybciutko  wyjaśniłam z czym przychodzę i umówiliśmy się na spokojnie na inny dzień, kiedy będzie mniej zająty. Jednak nim wyszłam, mimo całego natłoku pracy, piekarz pokazał mi rajskie pomieszczenie i opowiedział co go w danej chwili bardzo zajmuje! Otworzył metalowe drzwi, a tam .... równiutko poustawiane na półkach, w papierowych formach wolno w ciepełku wyrastające baby panettone!!!
- Aaaaa!!! - wyrwało mi się mimowolnie. - To moja ukochana słodkość! Nie ma nic lepszego niż dobre panettone!
- Tak je lubisz? To choć coś Ci pokażę. 
Podreptałam posłusznie za piekarzem. 



- Zobacz - zaprezentował mi z dumą dorodne ciasto - to pierwsze w tym roku panettone, które wyszło z marradyjskiego pieca. - Po czym odkroił słuszny kawałek i podał mi do spróbowania. 
- Mmmmmm !!! Jakie dobre! 
- Smakuje ci? 
- Boskie! - zajadałam się jak dziecko. - Czy to znaczy, że jestem pierwszą osobą, które degustuje w tym roku marradyjskie panettone?
- Nie, pierwszy bylem ja. Ty jesteś druga,
- To dla mnie prawdziwy zaszczyt. Bardzo dziękuję. Widzimy się we wtorek! 

I takie to wyróżnienie całkiem przypadkiem spotkało mnie w pochmurne czwartkowe przedpołudnie. Wracalam do domu, odrywając kawałki pachnącego, żółciutkiego ciasta, nadzianego bogato rodzynkami i pomarańczową skórką ...

RODZYNKI to po włosku UVETTA (wym. uwetta) 




3 komentarze:

  1. Az zapachnialo mi przez ekran! Oddawaj!

    OdpowiedzUsuń
  2. I dla mnie kawałeczek. Plissss.....

    OdpowiedzUsuń
  3. Normalnie Seks w wielkim mieście i nie waż się zaprzeczać - cudnie wyglądasz jedząc panettone :)
    Nicko

    OdpowiedzUsuń

Drukuj