środa, 29 października 2014

Lekcja z mitologii


- Mamusiu! - wpada po lekcjach do domu rozentuzjazmowany Tomek. Rzuca plecak, sadowi się wygodnie na moich kolanach i zdaje relację - mam dla ciebie nową historię!
- O! Umieram z ciekawości.
- Ty ją pewnie znasz, ale tak czy inaczej muszę ci ją opowiedzieć, tylko nie wiem czy po włosku czy po polsku? - zastanawia się na głos.
- Tak jak ci wygodniej.
Decyduje się na język ojczysty i zaczyna streszczać opowieść o Helenie, Parysie i jabłku.
- ... I wtedy Sabina, bo Sabina była Venere, zaczęła krzyczeć! O tak ... - tu demonstruje z przejęciem dźwięki wydawane przez koleżankę. - Bo widzisz mamusiu, my zazwyczaj jak omawiamy utwór, to go w klasie wystawiamy, żeby nam łatwiej było zrozumieć.
- Naprawdę? - nie mogę się nadziwić - to kim ty byłeś?
- Tym bogiem co miał skrzydełka przy butach. No jak on się nazywał...
- Hermes - podpowiadam.
- O właśnie Ermes! (opowieść jest po polsku, ale imiona bogów już serwuje mi po włosku). I ja robiłem o tak ...
Tu zeskakuje z moich kolan i całym ciałem wciela się w Hermesa.
- I gdy my się kłóciliśmy, zagrzmiał głos Zeusa.
- A kto był Zeusem?
- Maestra Rita! Czy ty wiesz mamusiu jak maestra świetnie gra! A jak nam czyta na lekcji, to zawsze zmienia głosy, naśladuje dźwięki - Tomek z przejęciem opowiada o swojej nauczycielce. - Trafił swój na swego - myślę sobie.
Wysłuchałam historii z najdrobniejszymi detalami i nacieszyć się nie mogłam Tomka zaangażowaniem. Jak musi być szkoła ciekawa, jak interesująco można poprowadzić lekcje, że dziecko wraca do domu i aż kipi od nadmiaru emocji, z przejęciem opowiada i przeżywa ile się nauczył, co nowego zrobił i jak wspaniale się bawił. 
Znałam w swoim życiu tylko jednego takiego nauczyciela. W pierwszej klasie liceum - profesor języka polskiego. To był jego pierwszy rok w naszej szkole. Pierwszy i ostatni, bo po roku wyrzucono go z hukiem za niestandardowe metody parcy z uczniami. Zbyt odstawał od ogólnie przyjętych schematów... Szkoda, że tak bezpardonowo tłamsi się w ludziach indywidualność... Ja Antygonę, którą wtedy wystawialiśmy w klasie - w ramach "przerabiania" lektury, tak jak Tomek mity na swoich lekcjach, pamiętam do tej pory i pamiętać pewnie będę nawet za sto lat ...
Jutro o szkole maradyjskiej więcej refleksji, bowiem odbyło się pierwsze zebranie, zatem czas na szkolny raport i jeszcze więcej bezkrytycznych zachwytów.

MITO to znaczy MIT (wym. mito)

Wybaczcie, ale pisanie po nocy owocuje czasem błędami. Tekst już poprawiony, pomyłka w imionach bogów, dziękuję za czujność:) 

3 komentarze:

  1. Czekam na wieści o szkole!!! Cierpię ogromnie z powodu polskiej szkoły, programów, które zmuszają dobrych nauczycieli do podporządkowanie się im, bezsensowne, testów, które część słabych uczniów znieczulają na wiedzę, część tak przytłaczają, że lądują w szpitalu psychiatrycznym coraz częściej z depresją (wiadomość od psychiatry dziecięcego)!!! Nienawidzę uczyć tak jak tego wymaga ministerstwo a inaczej się nie da, bo wyniki bedą nie takie i Cię dyskretnie usuną, nie spełniasz wymagań!!! Cierpię Kasiu wiesz dlaczego....
    Asia op.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiem Asiu, przyznam, że myślalam o Tobie pisząc ten artykuł!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kasiu, ja również czekam zawsze na posty o szkole chłopców. Nasi urzędnicy mogliby się wiele nauczyć.

    Asiu, chętnie bym z Tobą porozmawiała na temat szkoły. Ostatnio miałam rozmowę z nauczycielami w szkole Natki... I powiem Wam dziewczyny, że jestem tym wszystkim co się dzieje w naszych szkołach przerażona. Chociaż oczywiście zdarzają się cudowni nauczyciele, mam wrażenie, że częściej niż kiedy sama chodziłam do szkoły, ale... no właśnie jest to ale... Szybko są krytykowani i co mnie dziwi również przez rodziców. Wyobrażacie to sobie?! U Natalki w szkole też są tacy nauczyciele, do których Natalka na lekcje biegnie jak na skrzydłach, a już słyszałam o skargach na nich... Brak słów.

    OdpowiedzUsuń

Drukuj