sobota, 2 sierpnia 2014

Znajome nieznajome




Nie raz pisałam już o włoskim krajobrazie, architekturze, wszechobecnym pięknie. I nie mam tu na myśli widoków tak spektakularnych jak Florencja czy Alpy Apuańskie. Nie mogę się wciąż nacieszyć najbliższą, nieturystyczną, całkiem "zwyczajną" okolicą. Nie ma dysonansu w architekturze, każde jedno miasteczko jest perełką. Czasem zastanawiam się czemu akurat to czy tamto jest sławne, a inne nie? Dlatego też często powtarzam - zgubcie się w trasie, pozwólcie sobie zablądzić, a dopiero wtedy odkryjecie prawdziwy urok Italii. Kamienne domy udekorowane z pietyzmem kwiatami, kamienne uliczki, kamienne fontanny. Wszystko nieustannie zachwyca. 



I wydawałoby się, że w promieniu 30 kilometrów widziałam juz wszystko, a jednak wciąż coś mnie zaskakuje. Maleńkie miasteczka, które oglądałam z głównej drogi, nie zadając sobie trudu, by zajrzeć do środka. Tak było w przypadku oddalonego o 9 kilometrów od mojego domu Crespino. Jak głosi tablica na wjeździe Crespino to miasto dobrej wody, słynne ze swoich życiodajnych źródeł. Zazwyczaj samochody zatrzymują się przy starodawnym ujęciu, by napełnić baniaki i jechać dalej. Sami tak zwykle robiliśmy. Jednak w jeden z chłodniejszych dni dla zabicia czasu postanowiliśmy zapuścić się w plątaninę kamiennych uliczek i poznać miejsce doglębnie.




Zaczęło się kiepsko. Zjechaliśmy z głównej drogi wprost na maleńki placyk, przy którym jak informowała tabliczka, znajdował się kościół, którego historia sięgala XII wieku. Jednak moją uwagę przykuło niestety coś innego, wstyd się przyznać - ten oto osobnik skutecznie zablokował mnie w samochodzie. 




- Ja nie wysiadam - oświadczyłam rodzinie. 
Wysiadł więc Paw, kręcąc głową z politowaniem. kiedy przekazywałam mu apart z instrukcją co i jak ma sfotografować. Po obejrzeniu (ja z okien samochodu oczywiście) fasady kościoła i małej kamiennej fontanny, postanowiliśmy wycofać się i zostawić samochód poza miasteczkiem, bo Crespino tak maleńkie, nie daje możliwości długiego spaceru, kiedy dotrze się do samego "centrum". 








Przeszliśmy więc labiryntem stromych uliczek, wyłożonych kamieniami, których historia sięga zapewne zamierzchłych wieków. Obejrzeliśmy dokładnie fasady budynków, drzwi, schodki, klamki, doniczki, po czym przeszliśmy na drugą stronę drogi, gdzie płynie "nasza" rzeka - Lamone. Tę część miasteczka widzieliśmy kiedyś przy innej okazji, wtedy też poznaliśmy dramatyczną historię tutejszej ludności z czasów II Wojny Światowej. Nim jednak znaleźliśmy się nad samą rzeką rozleglo się radosne: 
- Nicola!!!!!!




Z oddali nabiegł kolega Mikołaja z klasy - jak widać, w tak maleńkim miasteczku nikt nie przejdzie niezauważony. Powitanie było radosne i wzruszające. I tyle moich chłopców widziałam, bo za chwilę dołączył jeszcze jeden i wszyscy razem pognali nad rzekę. I dalej już klasycznie - kamyki do rzeki, wspinaczka, zabawa, szleństwo...
Na koniec wypchaliśmy kieszenie orzechami laskowymi, przykazując sobie nawzajem, że zjemy je po obiedzie i kiedy pozostali chłopcy zostali wezwani do domu na posiłek i my wolno ruszyliśmy w swoją stronę...      





PICCOLINO to znaczy MALEŃKI (wym. pikkolino)

3 komentarze:

  1. Ach... przypomniały mi się nasze "zbaczanie z głównych dróg" i spacery w tak cudnych miejscach, małych miasteczkach w któryś czas się zatrzymał. Do tego sympatia mieszkańców, która nas za każdym razem urzekała i wprawiała we wzruszenia... Takie miejsca kocham najbardziej :-) Takie miejsca znalazłam też tu w Polsce, w moich ukochanych górach. Tylko mieszkańcy zupełnie inni niż u Was ;-) Chociaż... w tym roku wydało mi się, że jest ciut lepiej. A może tylko tak mi się wydawało mając w pamięci nadal Toskanię? Chcę jednak wierzyć, że nie, że coś się i u nas zmienia :-)
    Przesyłam uściski :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzień dobry Pani Kasiu, czytam Pani blog już od jakiegoś czasu i za każdym razem obiecuję sobie, iż w końcu i ja napiszę do Pani - i oto jestem :) Oglądając dzisiejsze zdjęcia zatęskniłam po raz nie wiem który do takich samiuśkich widoczków prawie ale na Sycylii - mieszkałam tam kiedyś , wieki temu i tylko wtedy, mając niewiele ponad 20 lat wszystko wydawało mi się takie stare , brzydkie, ludzie nie tacy jakich ja bym oczekiwała...słowem - chciałam do Polski wtedy :( Ech...ale miłość do Italii pozostała i teraz , po tylu latach ciągle tęsknię i nieustająco wierzę, że kiedyś uda mi się zamieszkać właśnie na Sycylii. Czytając Panią, wiem ,że marzenia się spełniają trzeba tylko ....zacząć marzyć - tak prawdziwie i bez zwątpienia .Dziękuję Pani Kasiu , jestem Pani stałą czytelniczką a za chwilę też klientką sklepu bo na pewno zakupię parę smaków w sklepiku. Pozdrawiam ciepło.Monika

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem tu nowa i podziwiam te widoki i budownictwo- coś pięknego...a Ty ze swoją śliczną urodą nie mogłaś lepiej trafić :) moje klimaty! muszę kiedyś jechać w te strony koniecznie! moje marzenie ... znałaś włoski język jak pojechałaś tam pierwszy raz?

    OdpowiedzUsuń

Drukuj